16 Zlot Letni

Formuła zlotów zdaje się być niewyczerpana. Kolejny znowu okazał się jedyny i niepowtarzalny. Czym nas zaskoczył? Na początek pogodą! W zasadzie chyba tak dobrych warunków jeszcze nie mieliśmy. Może aż za dobrych. Wbrew swoim zwyczajom nie sprawdzałem w tym roku prognozy pogody aż do ostatniego dnia przed wyjazdem. W końcu się złamałem i zajrzałem. Zaskoczenie! Cztery dni bez jednej chmurki…  niedowierzanie! I co najważniejsze – prognoza się sprawdziła 🙂

Wypada też wspomnieć o tradycyjnych kłopotach ze skompletowaniem składu 🙂 Pierwszy stabilny pojawił się w lipcu, a że termin wybraliśmy już wcześniej i miał to być koniec sierpnia – zbytnio się nie śpieszyliśmy z szukaniem kwatery. Pierwsze maile z zapytaniami poszły dopiero na początku sierpnia i okazało się, że jest problem. Wszyscy chyba zakochali się w tym roku w Słowacji, bo znalezienie 14 miejsc w okolicy Strby graniczyło z cudem.

Potem było jeszcze gorzej 😉 Pierwszy ze składu wykruszył się Radek, a wkrótce też Amelia z przyjaciółką Donatą i jej córkami. I nagle zrobiło się 9 osób. Kilka rozmów z Kasią i podejmujemy decyzję, że wracamy na „stare śmieci” czyli do Novej Lesnej. Jeden telefon i już mamy swoje „podkrovi” 🙂 Nareszcie z górki!

Plan… był. Bystre Sedlo, zwane z polska Bystrym Przechodem. Patrzyliśmy jednak z niepokojem na mapę, bo czasy przejścia były dość poważne, co w poniektórych natychmiast budziło wspomnienia z Otargańców 🙂 A tak naprawdę to postanowiliśmy improwizować.

Prolog

Zjeżdżamy się naszym zwyczajem w środę wieczór. Pierwsza jest na miejscu Kasia z Koziołkiem i Elą. Mojej ekipie idzie gorzej, bo wybrana trasa okazuje się dość powolna, w efekcie spóźniamy się na zbiórkę w Tarnowie i ruszamy prosto do Novej Lesnej. Około 23 kompletny skład jest na miejscu 🙂

Chwilkę pogadaliśmy i do łóżek. Ustalamy, że po całodziennej podróży trzeba nieco odpocząć i pobudkę zarządzamy na ósmą.

W nocy śniło mi się, że zapomnieliśmy butów trekingowych. Wkrótce okaże się, że to proroczy sen 🙂

Dzień 1. Chata Teryho

Na pierwszy ogień uradziliśmy znamy nam już szlak do schroniska Teryho. Po śniadaniu sprawnie umieszczamy naszą grupkę w dwóch autach i jazda do Smokovca. Wojtek jako rasowy maratończyk wbiega na Hrebienok „z buta”, my – cepry – wjeżdżamy kolejką 🙂 Aaa, no przecież Baca też wszedł, czym wzbudził podziw u pozostałych wędrowców. Realizujemy plan Adasia, który polega na zbieraniu pieczątek do książeczki PTTK. A to oznacza, że musimy dziś zaliczyć wszystkie schroniska na szlaku 🙂

DSC_1527_z16d1

Tak więc zaczynamy od Bilikowej Chaty, potem oczywiście wodospady Białej Wody, jest i Rainerowa Chata, a w końcu Chata Zamkovskiego. Zajmuje nam to… 3 godziny 🙂 Wojtek jest bliski załamania 🙂

DSC_1537_Panorama

Obowiązkowo wciągamy „cesnakovą”, kufelek Kofoli i czas na realizację drugiej części planu dnia. Rozdzielamy grupę, bo Dorotka nie najlepiej się czuje, a Adaś odkrywa plac zabaw. Zostaje nas piątka i w tym składzie ruszamy do Chaty Teryho. Jak zwykle zachwycam się Doliną Małej Zimnej Wody, chociaż jest końcówka sierpnia i wszystko już przekwitło. Jednak w pełnym słońcu nadal robi wrażenie swoim spokojem, ciszą, przestrzenią.  Dość szybko przebiegamy jej płaską część i oto widać w górze Chatę. Czas na godzinne podejście wśród skał, wodospadów i leżących wokół gigantycznych głazów. Jest chwila na wspominki i pogaduchy na temat naszych studentek. Taaaak, obaj z Wojtkiem dorobiliśmy się w tym roku studentek! Jak ten czas leci.

DSC_1550_z16d1

Basia jest tu pierwszy raz i wpada w dziki zachwyt. Bo Dolina Pięciu Stawów Spiskich rzeczywiście robi wrażenie. Jest tu już ponad 2000 metrów npm, klimat chłodny, skalny teren i piękne jeziora. Do tego fantastyczna pogoda – słońce rozświetla okolicę, po niebie snują się obłoki, wokół strzeliste turnie, słowem – sielanka.

DSC_1576_z16d1
DSC_1577_Panorama

Kręcimy się trochę po okolicy, robię zdjęcia, podziwiam i cieszę się naturą. Potem rozkładamy się nad jednym ze stawów, aby zjeść trochę zapasów z plecków. Oczywiście zdejmujemy buty, aby sprawdzić temperaturę wody 😉 Ziiimnaa…. Pieczareczki, kanapeczki, gdy nagle…

O [piii]! Gdzie jest moja podeszwa!„.

Dopisujemy kwestię Ryśka do listy kultowych powiedzeń zlotowych 🙂 Co się okazuje – nasz Baca stracił na podejściu podeszwę w bucie i nawet tego nie zauważył 🙂 Punkt dla mnie, a raczej dla mojego snu 🙂

DSC_1611_z16d1 DSC_1628_z16d1

Czas leci, robi się późno. Oceniamy możliwość zejścia na ostatnią kolejkę na Hrebionku. Powinno się udać. Pokonanie fragmentu drogi spod schroniska na dno doliny zajmuje nam pół godziny. Miłe zaskoczenie 🙂 No to nie musimy się dalej śpieszyć. Spokojnie schodzimy do Chaty Zamkovskiego, 5 minut odpoczynku i po kolejnych czterdziestu minutach jesteśmy na stacji. Zdążyliśmy – na przedostatnią 🙂 Tu czeka na nas Kasia z Adasiem, Elą i Dorotką. Wojtek z Bacą oczywiście zbiegają na dół na własnych nogach. 15 minut zajmuje nam powrót do naszego pensjonatu.

DSC_1635_z16d1

Za chwilę będzie kolejny punkt dla mnie. Opowiadamy historię z butem Ryśka, gdy Dorotka odkrywa, że w jej bucie również odpadła podeszwa. Już się bójcie moich kolejnych snów 😉

Mimo, że już ciemno, mobilizuję jeszcze ekipę na wyjście na „rezane” do naszych słowackich przyjaciół Pavla i Mariana. Niegdyś prowadzili oni kultowy „Gazdovski Dom”, teraz mają własny pensjonat, do którego zresztą co roku zaglądam z rodziną. Na nasz widok Pavel rzuca się na nas z radości 🙂  Pojawia się też na chwilę Marian, który od jakiegoś czasu chorował. Widać, że odżył, jest uśmiechnięty i przysiada się do nas na parę minut, aby porozmawiać.

„Rezane” zdecydowanie poprawia humory, po powrocie na kwaterę od razu widać wzrost chęci do kontynuowania tak mile rozpoczętego wieczoru 🙂 Posiedzimy prawie do północy. Na kolejny dzień chcemy wyskoczyć na zaplanowaną trasę na Bystry Przechód, więc pobudkę zarządzamy na siódmą.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.27.53

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 22.59.39

Dzień 2. Solisko

To była dziwna noc 🙂 Około 4 obudziłem się i już nie zasnąłem. Tak zleciało do siódmej. Pozostali też kręcili się na łóżkach a rano stwierdzili, że mieli dokładnie tak samo jak ja…

W trakcie śniadania Wojtek obwieszcza – mamy problem i stoimy przed trudną decyzją. Problem jest poważny. Dorotka miała ciężką noc, ledwo dycha, kaszle aż się dusi i w związku z tym muszą się spakować i wracać do Polski – do szpitala. Już dzień wcześniej ledwo chodziła i ostatecznie choroba położyła ją na dobre. Rozjeżdżamy się – niestety – w dwie strony. Wojtek z Dorotką do Tarnowa, pozostali – nad Strbskie Pleso. To była jedyna słuszna decyzja.

DSC_1657_z16d2

Pogoda jest ponadprzeciętnie piękna, a my ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Jamskiego Plesa.

DSC_1661_z16d2

Z każdą minutą temperatura rośnie, wytapia z nas resztki wilgoci. Po skręcie na żółty szlak w Dolinę Furkotską zaczyna się podejście i morale siada. Z jednym wyjątkiem 🙂 Adaś, którego do tej pory nudziła szeroka i płaska droga, na widok kamieni dostaje zastrzyk energii i zaczyna dyktować tempo godne kozicy (nie darmo Kasia, mama Adasia, została kiedyś ochrzczona przez nas Kozicą). Widoki coraz piękniejsze, jednak tempo marszu oklapło i szansa ma przejście przełęczy coraz mniejsze. Rodzi się plan B. Pójdziemy łącznikiem do Chaty Pod Soliskiem. Bystry Przechód musi poczekać. Tym bardziej, że Ela ma dziś kryzys formy 🙂

DSC_1666_z16d2

Robimy więc dłuższą przerwę nad strumieniem. Buty z nóg i czas na krioterapię. Wczorajsza woda w Stawach Spiskich wydaje się gorąca z porównaniu z dzisiejszą z potoku. Po 5 sekundach każdy wyciąga stopy z krzykiem, czując, jak od temperatury ścina się białko 🙂 Po wyjęciu z wody stopy pieką dłuższą chwilę, schnąc na słońcu 🙂 Oj dobrze, że przygrzewa… a jest pewnie ze 30 stopni! Adaś niezmordowanie topi kamienie, by za chwilę je wyciągnąć. Ręce ma jak sopelki, ale szczęście na twarzy bezcenne 🙂

DSC_1687_z16d2

Dłuższa przerwa kończy się poderwaniem przeze mnie ekipy do dalszej walki. Dochodzimy do rozstaju szlaków. Kusi mnie ciągle jezioro w głębi doliny, ale czasy na tablicy szlakowej wskazują, że to ciągle daleko. Odpuszczamy.

Teraz czeka nas przyjemny – 15-minutowy spacer do schroniska zboczem Predniego Soliska.

DSC_1697_z16d2

Korzystamy z okazji, że jest coś normalnego do zjedzenia, bo żyjemy drugi dzień na zupkach w proszku 🙂 Zamawiam „kotlikowy gulasz”, a inni idą w moje ślady. Oj mocno pikantny jest 🙂 Wokół spory tłumek, koniec wakacji i piękna pogoda sprawiają, że góry przeżywają najazd. Mam wielką ochotę na szczyt, który znajduje się tuz nad nami – według mnie o około pół godziny marszu od schroniska. Jednak temperatura tak wszystkich rozleniwia, że nikogo nie udaje mi się poderwać do heroicznego boju. Już po zlocie usłyszałem jednak: „trzeba było wejść, szkoda”.

DSC_1701_z16d2

Podczas gdy pozostali pomału ruszają w dół, ja biegnę sam ponad schronisko, w ciągu kilku minut osiągając dość znaczna wysokość. No nic, trzeba zawracać. Robię to z żalem, ale grupa to grupa.

DSC_1702_z16d2 Panorama

Schodzimy najprostszym wariantem, czy prosto w dół w kierunku widocznego na horyzoncie Strbskiego Plesa. Dwójka prowadząca omija jednak odejście na niebieski szlak i pędzi dalej w dół nartostradą, co kończy wbiciem się do podnóża skoczni. No cóż, przynajmniej mam okazję obejrzeć ją z bliska. Wygląda marnie… skruszony beton, rdzewiejące blachy – pewnie świetność ma dawno za sobą i raczej już do niej nie wróci. Jest tez pewna trudność – kończy się przy niej droga. Obchodzimy podstawę skoczni i odnajdujemy wąską ścieżkę. Robi się ekstremalnie 😉 Przez zarośla, krzaki – zygzakami – schodzimy w dół po bardzo stromym zboczu. Udało się 🙂 Bez strat w ludziach meldujemy się ponownie z drugiej strony Strbskiego Plesa. Zostaje jeszcze spacer na parking i powrót na kwaterę.

DSC_1719_z16d2

Jako że propozycja wycieczki na Rysy padła na podatny grunt, postanawiamy skrócić wieczorną integrację do minimum i  kolejnego dnia poderwać się o szóstej 🙂 Udaje się  – przed północą wszyscy śpią.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.30.50

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 23.00.06

Dzień 3. Rysy

Od rana upał. Niebo nieskazitelnie błękitne, na którego tle pięknie prezentują się Tatry. Kasia z żalem odpuszcza wyprawę, bo Adaś spał niespokojnie, jakby przeczuwając, że zostanie tylko z nianią. Po 20 minutach jazdy jesteśmy na parkingu przy Popradskim Plesie. Pierwszy szok – jesteśmy przed ósmą, a na parkingu już setki samochodów. Parkujemy w okolicy dawnego szlabanu – około 500 metrów od stacji kolejki. Pierwszy raz widzę tak nabity tutejszy parking.

Ludzie jednak już poszli, więc wydaje się że będzie spokojnie. Pierwszy czterokilometrowy odcinek pokonujemy w orzeźwiającym chłodzie poranka w dobrym tempie. Pierwszy sygnał, co się będzie działo, mamy po godzinie – po dotarciu do początku właściwego szlaku na Rysy.

DSC_1756_z16d3

Tu zaczyna się nieustający sznur ludzi. Idą wąską ścieżką długimi kolumnami po kilka-kilkanaście osób. Weekend, pogoda i zaczyna być ciasno. Póki co jednak pokonujemy sprawnie pierwszy odcinek do mostku, gdzie szlak rozdziela się na dwa: na Koprovy Stit i na Rysy. Miałem nadzieję, że tu tłum się rozdzieli, ale moje nadziej szybko zostały jednoznacznie zweryfikowane: wszyscy gnali na Rysy.

DSC_1762_z16d3

Cóż zostało… idziemy w tłumie. Słońce przypieka, z ulgą łapiemy każdy kawałek cienia. Wyprzedzamy strudzonych wędrowców, za chwilę oni nas. Dojście do Żabich Ples mocno nadwątla siły, bo trzeba pokonać zygzakiem wysoką morenę i wydrapać się na ponad 1900 metrów npm.

DSC_1780_z16d3

Wreszcie Żabie Plesa. I widok, który robi wrażenie… nie, nie szczyt, ale kolejka do jedynego tutaj łańcucha. Czas ucieka, my stoimy. Wreszcie udaje się złapać „swój kawałek żelaza” i już ruszamy dalej.

DSC_1791_z16d3

Przeżywam szok: Słowacy montują… schody. Chyba komuś tutaj mózg przegrzało. W dodatku zrobione z ażurowych kratek. Całkiem bez sensu – w otworkach utknie każdy turysta idący w szpilkach 😉 Na pewno będziemy mieli z Wojtkiem kolejny długi temat do dyskusji na temat instalowania żelaza w górach.

DSC_1773_z16d3 Panorama

Teraz czeka nas najbardziej wyczerpujący fragment – do schroniska. Krew, pot i łzy. Wokół skały, a my ciągle w górę… Mamy chwile zwątpienia – to ciężki i niewdzięczny odcinek szlaku – niby widać już schronisko, a tu ciągle stromo pod górkę. Oprócz Piotrka, który chyba coś brał, bo melduje, że on już na szczycie! Tym samym załatwił porachunki sprzed kilku lat, kiedy to „przyspawał się do skały” 200 metrów przed szczytem.

DSC_1801_z16d3

Pod schroniskiem znowu tłum. Nawet nie próbujemy wejść do środka. Że nie wspomnę o słynnym kibelku pod Rysami. Plotki głoszą, że trzeba stać koło godziny, aby podziwiać widoki 🙂

Mobilizuję naszą grupkę, by ruszać w górę, bo czas nadal mamy całkiem dobry. Na przełęcz Waha wchodzimy w kilkanaście minut. Teraz ostatnia prosta, czyli grań aż do szczytu. Tu ruch jak na Krupówkach. Góra-dół pędzą kolejne ekipy. Sprawnie przemieszczamy się aż do uskoku, nazwanego przeze mnie roboczo „uskokiem Hillary’ego” 😉 To tu kilka lat temu zakończyli atak nasi przyjaciele z ekipy 🙂 Czekam chwilę na Basię, żeby popatrzeć, jak sobie poradzi z ekspozycją. Ta przechodzi trudniejsze miejsce ekspresowo i za chwilę zostaje nam tylko 50 metrów stromego zbocza z „lufą” za plecami. Ostatnie minuty i jest szczyt! Tu wita nas Piotr. Cieszymy się wspólnie z sukcesu. A nad nami idealnie bezchmurne niebo. Baca nie może się nadziwić, bo tyle lat chodzi po górach, a jeszcze takiej pogody tu nie widział…

DSC_1807_z16d3

Już z daleka widać było, Rysy przeżywają dziś oblężenie. Teraz jednak możemy naocznie się przekonać co do skali zjawiska: są tu starzy, młodzi, psy, niemowlęta (dlaczego nie było żadnego kota? – chyba zabiorę kiedyś swojego) 😉

Czas na tradycję. Znajdujemy kawałek wolnej skały i sięgamy do plecaków. Na pierwszy ogień idą pieczarki. W trakcie posiłku staje nad nami tajemniczy osobnik w ciemnych okularach i przygląda się nam z szerokim uśmiechem. Otóż i Mirek we własnej osobie. Czyli solenizant z zimowego zlotu na Chochołowskiej. Serdecznie się witamy 🙂

DSC_1824_z16d3

Mirek prowadzi dziś ekipę z polskiej strony, o czym wiedzieliśmy już wcześniej i nieśmiało mieliśmy nadzieję, że uda nam się zgrać godzinę wejścia. Dowiadujemy się, że idąc z polskiej strony, złapali prawie 3 godziny opóźnienia, w efekcie czego weszliśmy niemal równocześnie. Poznajemy grupkę Mirka – sympatyczną i wesołą. Los połączy nas dziś aż do nocy 🙂 I pewnie na dłużej też.

Póki co jednak świętujemy spotkanie, robimy zdjęcia i sycimy się widokami na wszystkie strony świata. Tłumów nie ubywa. Około 15 zarządzamy odwrót.

DSC_1836_z16d3

Na uskoku pojawia się pierwsza krew… Basia zrobiła sobie w dramatycznych okolicznościach bąbla na palcu. Ma pewnie około milimetra średnicy i wygląda strasznie 😉 Bąbel będzie tematem analiz do późnej nocy.

Dalej już bez przeszkód sprawnie schodzimy do Chaty Pod Rysmi, gdzie obowiązkowo musimy odstać swoje do najsłynniejszego wychodka w Tatrach 🙂 Teraz czas w dół. Początkowy odcinek pokonujemy ekspresowo, pogadując sobie z ekipą Mirka.

Dochodzimy do łańcuchów. I tu szok. Kolejka 🙂 Dłuuga – na prawie godzinę stanie. Obok stoją jakieś młode panny i strasznie „gwiazdorzą”. Trochę pokory by się przydało – noszenie dupy wyżej jak głowa strasznie rzuca się w oczy 😉

DSC_1854_z16d3

Po odstaniu swego zostaje już tylko pokonanie długiej drogi w dół: Żabie Plesa, przy których robimy pmiątkowe foto grupowe, zejście na dno Doliny Mięguszowieckiej, krótki kawałek do Popradskiego Plesa i wreszcie ostatnia prosta na parking. W okolicy Żabich Ples zaczynamy malą akcję ratunkową: jedna polskich turystek ma problem z kolanem. Dostaje od nas kije, bandaże i eskortę 🙂 Szczęśliwie jakoś zeszła.

DSC_1872_z16d3

Pojwia się jednak inny problem. Na wariant zejścia na słowacką stronę zdecydowało się wielu Polaków. Po polskiej stronie jest korek na kilka godzin. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że parkują w Palenicy. Robi się ciemno i chłodno – w końcu jest koniec sierpnia. Na parkingu gęstnieje tłumek ludzi bez ciepłych ubrań, tylko z czołówkami i bez szansy na wydostanie się z pułapki. Chyba mało kto miał świadomość, że na Słowacji nie ma busów, jest tylko kolejka, która o tej porze już nie jeździ, a do najbliższej miejscowości jest kilkanaście kilometrów. Zaczynają się gorączkowe telefony, pomysły na ratowanie sytuacji. Do Palenicy jest stąd około 40 kilometrów. Jako szczęśliwi posiadacze auta po tej stronie gór, deklarujemy pomoc i robię dodatkowy kurs do Smokovca, przewożąc część ekipy Mirka na dworzec autobusowy, podczas gdy moja grupka drepcze w kierunku głównej drogi. Zgarniam ich pół godziny później i na 22 docieramy na kwaterę w Novej Lesnej.

Pula dobrych uczynków znacznie tego dnia urosła i mam nadzieję że kiedyś do mnie wrócą 🙂

Zmęczeni, dość szybko odpływamy w sen, a rano już o 7 zaczynamy pakowanie. Chwila na pożegnanie i w drogę. Szczęśliwie dojeżdżamy do domu po 12 godzinach jazdy, odwożąc po drodze Bacę i Basię.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.32.08

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 23.00.31

Można już myśleć o zimie 🙂