11 Zlot Zimowy

Zlot zimowy czyli „Wiosna, ach to Ty” 😉

Pomieszały się zupełnie pory roku – z różnych powodów tegoroczny zimowy zlot rozpoczął się po raz pierwszy w historii zlotów w styczniu i tu kompletne zaskoczenie – w Tatrach nie ma śniegu. Przed schroniskiem na Ornaku, gdzie zorganizowaliśmy tegoroczny wyjazd, leżał może centymetr śniegu, który w trakcie naszego pobytu całkowicie zniknął, cała Dolina Kościeliska zaś pokryta była świeżymi kopcami kretowisk… brakowało tylko kwitnących krokusów 🙂

Ale po kolei. W Polsce szaleją zamiecie, więc Grasia zakłada duży poślizg swego pekaesa i umawia się z nami na 12. To oznacza, że możemy zamiast jechać całą noc jak zwykle, spokojnie wyruszyć około 4 rano. Zamiecie faktycznie są, ale tylko przez około pierwsze 50 km – śnieg leci przez drogę, a po każdej mijanej z przeciwka ciężarówce przez chwilę jedziemy w białej chmurze. Na szczęście w okolicach Puław robi się już spokojnie, a chwilę później świt rozjaśnia świat i droga jest już spokojna. Podziwiamy piękną szadź jadąc przez Góry Świętokrzyskie, mijamy Kraków i w okolicach Rabki zachwycamy się pokrytymi świeżym puchem świerkami. Za chwilę Zakopane i wiosna w pełni. Biały płat śniegu na Gubałówce wygląda dość abstrakcyjnie 🙂

Grasia dociera chwilę po nas i wbijamy się do Kolibecki na rewelacyjne jak zwykle jedzonko 🙂 Strawa drwala stawia mnie na nogi. Za chwilę ruszamy do Kir, parkujemy i w drogę na Ornak.

dsc_4445  Od razu rzuca się w oczy przygnębiający widok skutków halnego, który szalał w Tatrach w ostatni tydzień grudnia. W czasie świąt w Tatrach i na Podhalu porywy wiatru dochodziły do 180 km na godzinę. Efekt – drzewa popękane jak zapałki, całe zbocza do około 1/3 Doliny Kościeliskiej    pokryte zwalonymi pniami. Wygląda to trochę jak po meteorycie tunguskim… Na szczęście po przejściu połowy Doliny wszystko wygląda już lepiej, tu większość drzew ocalała, ale wszystkie po kolei odejścia szlaków w stronę Doliny Chochołowskiej są nieczynne. Idziemy po resztkach śniegu, czasem nie ma go w ogóle. Mijamy dość nielicznych turystów i jedną hałaśliwą wycieczkę małolatów, która chyba padła gdzieś po drodze, bo na Ornak nie dotarła. Małolaty szaleją i trafiają nam Grasię śnieżką. Przeżyła 🙂

Wreszcie schronisko, zmęczony Piotr po kolacji natychmiast odlatuje do krainy snów. Odbywamy wspominkowe pogaduchy, wbijamy się po czubek nosa w ciepłe śpiwory i momentalnie zasypiamy. Jeszcze tylko przez chwilę próbuję sobie przypomnieć czy Ornak zawsze był tak słabo ogrzewany…

dsc_4257  O 7 rano wyłażę ze śpiwora ocenić sytuację. Kaloryfer lodowaty, więc lecimy szybko na dół wypić ciepłą kawkę i napchać żołądki przed planowaną na dziś wycieczką. Piotr walczy dzielnie ze swoimi stuptutami, ale wreszcie trzecia próba udana. Gotowi do wymarszu, wychodzimy przed schronisko. Od strony hali Ornak powieszono na schronisku taką wielką ohydną tablicę, zeszpeciła kompletnie urok budynku. Nawet mi się nie chciało rozstawiać statywu na zdjęcia nocne, żeby się nie denerwować. Nie da się tego dyskretniej zrobić?

Ruszamy w stronę Wyżniej Polany Tomanowej. Na ścieżce, gdzie kilka lat temu zakopaliśmy się w śniegu po 100 metrach, dziś leży 1 cm śniegu. Trochę przygnębiające, bo to przecież zlot zimowy… ale na szczęście im wyżej tym go więcej. A swoją drogą – żeby w lutym nie było w górach śniegu??? Dolina Kościeliska zryta kretowiskami, do szczęścia brakowało tylko krokusów 😉

Po drodze napotykamy intrygujące zjawisko. Na drzewie wisi polar…. nic to, pewnie ktoś zgubił…. Ale 500 metrów dalej na następnym wisi koszula 🙂 Obiecujemy Grasi, że na kolejnym będą wisiały gatki, a na przełęczy czeka jakieś ciacho 😉 Niestety nie czekało …

dsc_4069  Po około godzinie osiągamy nasz cel. Zielony szlak na Ciemniak jest zamknięty, więc zostaje zwiedzanie okolicy. Według mapy czerwony szlak wiedzie w stronę Przełęczy Tomanowej, która jest drugą najniższą przełęczą w całej grani Tatr. Tu warstwa śniegu jest już pokaźna i trudno ocenić gdzie biegnie ścieżka, zostaje więc azymut. Wspomagając się wskazaniami GPS z telefonu, pomału pniemy się w górę, zapadając się co jakiś czas w kosówkę. Co prawda żlebem wiedzie w miarę prosta droga, wolimy go jednak unikać. Zalega w nim twarda i spękana deska, która zapewne czeka tylko, aby ruszyć w dół. Robię zdjęcia pęknięć, aby pokazać potomnym „szczelinę w lodowcu” 🙂 Gdzieś nad Przełęczą Iwaniacką przelatują chmury o dziwnym kształcie. Jedna z nim to zdecydowanie był Obcy 8 Pasażer Nostromo 🙂

dsc_4160_1_2_tonemapped  Ostatni trawers z długiej grzędy i wreszcie jesteśmy na przełęczy. Widok rzuca na kolana. Jest po prostu pięknie. Intensywny błękit nieba, pojedyncze chmury, biel szczytów. Nagroda za dwie godziny przedzierania się w górę. Jak to mamy we zwyczaju, wyciągamy naleweczkę i świętujemy sukces. Wiatr trochę wieje, chwilami nawet mocno, ale da się ustać 🙂 Pozytywnie naładowani, ruszamy w dół po własnych śladach. Tym razem poszło nam szybko, skróciliśmy nawet nieco drogę nie wbijając się w kosówkę, tylko idąc krawędzią żlebu w rozsądnych odległościach.

W schronisku lądujemy jeszcze przed zmrokiem. Marzy nam się placek po zbójnicku, szczególnie po kulinarnych wspomnieniach z Kolibecki, ale niestety ten serwowany w schronisku bardziej służy do zapchania żołądka i oszukania głodu niż do delektowania się smakiem. Ale też sprawiedliwie dodam, że zjeść się dał 🙂 Po obiadku oczywiście drzemka. Nadciąga wieczór, podrywamy się i zdzwaniamy z Wojtkiem i Dorotką, którzy mają do nas dołączyć w nocy. Ponieważ schroniskowe piwo do najtańszych nie należy, rodzi się pomysł zakupu tegoż przez jadącą do nas ekipę, a my zejdziemy do Kir i wniesiemy stosowny ładunek. Osobiście wniosłem w plecaku 10 puszek 🙂

W oczekiwaniu na wymarsz dzwonimy do Radka, który nie mógł nam w tym roku dotrzymać towarzystwa. Humor ma jednak – jak to on – dobry i zaskakuje nas cytatem z klasyka, że „wódka wprowadza element baśniowy do rzeczywistości”. Powiało patosem 🙂

Żarty żartami, a tu czas ruszać. Woda, która płynęła w dzień drogą z Kir, teraz przymarzła, więc tempo marszu jest nienadzwyczajne, bo zamiast kroków, jest jeden długi ślizg. Bardzo szybko Grasia wyłapuje efektowną glebę. Komentarzy nie zacytuję 😉  Próbujemy z Piotrem niewiastę ratować, ale ta uparta leży i mówi: „a jeszcze sobie poleżę”. Na szczęście obywa się bez strat, nie licząc obitego kuperka naszej koleżanki. Zachwalam przy tym umiejętności Piotra  w stosowaniu leczniczego masażu, ale entuzjazmu nie ma 😉 W kirach pojawiamy się około 22, a po 20 minutach są już Wojtek i Dorota. Powitania, graty na plecy i już bez niespodzianek docieramy około 1 w nocy do schroniska. Po wyjątkowo krótkiej integracji decydujemy, że „trzeba rano wstać”, w co nikt za bardzo nie wierzy 🙂

No i stało się, śpimy prawie do 9 🙂 Śniadanie, ubieranie się i do wyjścia jesteśmy gotowi przed 11. Późno, ale co tam – czołówki do plecaka, nie pierwszyzna. W międzyczasie Grasia opowiada nam swój fascynujący sen o jogurcie 😉

dsc_4279  Wieje… ale mamy nadzieję, że nie za mocno. Na szlaku na Przełęcz Iwaniacką wiosna. Idziemy po kamieniach, mocno zbulwersowani 🙂 Chwilami pojawiają się drobne płaty śniegu. Biało robi się dopiero pod samą przełęczą. Po drodze mijamy ciekawy okaz świerka, który pękł w pionie na długości kilku metrów i z każdym najlżejszym podmuchem wiatru wydaje tajemnicze skrzypiące odgłosy, co Wojtek kwituje sentencją „tu nie ma co podziwiać tylko trza sp…ć”. Na przełęczy kilka osób się przepakowuje, jedni ruszają w górę, inni już wracają. Spotkany wczoraj pod Tomanową krakus opowiada nam swoje przygody z grani pod Ornakiem – zjeżdżający po zboczu plecak, zabrany przez wiatr i próba jego odzyskania, zakończona wyjazdem deski śnieżnej spod stóp. Góra pogroziła mu palcem mimo dwójki lawinowej. Ostrzeżenie przyjmujemy również do siebie.

dsc_4324  Po 10 minutach kończy się las i tu wreszcie widać zimę, no ale jest około 1500 m npm. Zakładamy raki i w drogę. Wejście na grań Ornaku staje się dość ekstremalne, bo ściana staje mocno, a do tego gwałtowne porywy wiatru co rusz wstrzymują zdobywanie wysokości. Kilkusekundowe uderzenia mas powietrza powodują, że wbijamy się wszystkim co mamy w zbocze, aby przeczekać atak i po chwili szybko wykonać kilka zdecydowanych kroków w górę. Jest naprawdę stromo, bo zimowy szlak nie idzie zakosami, tylko najkrótszą drogą podchodzi w górę. Godzina walki i wreszcie grań. Co za widok! Warto było powalczyć.

Zbieramy się wszyscy i zwartą grupą ruszamy w stronę Ornaku. Nagłe porywy wiatru co chwila wstrzymują nasz marsz – w takich chwilach wbijamy mocno raki, kije robią za podpórki i tak wbici czterema punktami w śnieg dajemy odpór wichrowi, który próbuje zamienić nas w żagiel 🙂 Warunki świetnie nadają się do ćwiczenia pozycji „na Małysza” 🙂 Tylko telemarki trochę rozchwiane 😉

dsc_4385  Mijamy Suchy Wierch i zmierzamy w kierunku Ornaku. Niestety warunki się pogarszają, kończy się widoczność, ogarnia nas siwa chmura, a wściekły atak wiatru zatrzymuje nas na dobrą minutę. Do szczytu zostało pewnie ze 100 metrów, ale zgodnie ustalamy, że odpuszczamy. I tak mieliśmy nagrodę w postaci pięknych widoków na odwiedzany ostatnio Trzydniowiański Wierch, Dolinę Chochołowską, Babią Górę, Kominiarski Wierch i w drugą stronę – na halę Ornak i Tomanową Przełęcz.

W drodze powrotnej Dorotka przypomina sobie, że jest mistrzem podnoszenia ciśnienia i nagle zalicza szybki pięciometrowy zjazd. Wojtek zdefiniował w tym momencie na nowo pojęcie nanosekundy i przemieścił się w czasoprzestrzeni około 2 metry w bok, aby wyłapać ukochaną. Uff, na szczęście zaraz zatrzymała się sama. Zbocze było mocno zmrożone, do tego chwilami z 50 stopni, więc tempo zejścia siadło mocno, aby uniknąć kolejnych podobnych historii.

Na Przełęczy Iwaniackiej pojawiliśmy się wraz z zapadającym zmrokiem. Było jednak na tyle widno, że można było jeszcze wyczyścić plecaki z całych zapasów żywnościowych i gorącej herbaty 🙂 Potem czołówki na głowę i karkołomne zejście w rakach po kamieniach 🙂 W połowie trasy pokonujemy „lodowiec” i  w tym momencie z ulgą zdejmujemy raki i zbiegamy szybko do schroniska. Szło mi się na tyle dobrze , że nagle stwierdziłem, że oderwałem się od peletonu, więc chciałem trochę postraszyć ekipę. Muszę chyba jeszcze długo poćwiczyć, bo dzik w moim wykonaniu nie zrobił żadnego wrażenia 😉

dsc_4437  Nareszcie możemy siąść wszyscy razem i bez pośpiechu się zintegrować. Zajmujemy nasz stary kąt na piętrze schroniska, urządzamy obowiązkowe telekonferencje z nieobecnymi, likwidując przy okazji całe zapasy wniesione do schroniska. Jutro będzie lżej schodzić 🙂 Lodów za oknem niestety nie było, więc pozostaje tylko powspominać nasz pierwszy zlot na Ornaku. I pierwszy w ogóle. W drugim kącie siedzi inna ekipa, gra w karty i pogrywa na gitarach, więc klimat jest 🙂

Ostatni gasimy światło i do śpiworów.

Wstajemy z Piotrem przed ósmą, śniadanko i biegniemy w dół do Kir. Śnieg zniknął całkowicie, więc omijając kałuże w około godzinę jesteśmy na parkingu. Plecaki do bagażnika i w drogę. Zatrzymujemy się jeszcze na 15 minut przy rondzie w Kuźnicach, aby spotkać się z Kozicą, wyściskać, wręczyć zlotowe znaczki i jazda.

O 18 jesteśmy w domu i znowu mamy zimę. Jest ponad 10 stopni mrozu, zaspy przy drodze po 2 metry i więcej.

A wiosna została w Zakopanem…

Jeszcze załączniki z GPS:

Dzień 1:

tomanowa

Dzień 2:

ornak

Dodaj komentarz