11 Zlot Letni

Ten zlot stał pod znakiem braku konkretnych planów. Nowością było wynajęcie całego domku, który znalazła w Novej Lesnej Kasia. Początek był schematyczny, ruszamy ok.12, najpierw niespodzianka w postaci godzinnego oczekiwania na drodze z powodu wypadku, potem już do samego Tarnowa spokojnie. Ponieważ knajpka obok bloku Wojtka została zamknięta, trafiliśmy do „chińszczyzny”. Tu ekipa się skompletowała i dalej na 3 auta spokojnie dotarliśmy na Słowację. Ostatni przyjechał „ninja” Radek 🙂

Największą niespodzianką był pobyt „czternastego” 🙂 Kasia z dumą obwieściła, że zostanie szczęśliwą mamą, co zresztą nie przeszkodziło jej w bieganiu po górach.

Po wymianie pierwszych wrażeń popadaliśmy, zmęczeni nieco całodzienną jazdą. Kolejny dzień zaczął się od pochmurnego nieba, mgły i chłodu. I tak już miało pozostać do końca zlotu. Mimo to dobry duch nas nie opuszczał – Wojtek filozoficznie stwierdził, że pogoda jak każda inna, ciuchy mamy, więc i w deszczu można chodzić. Chyba tylko pioruny zniechęciłyby nas do wyjścia. Sprawnie się zebraliśmy i zaraz byliśmy na parkingu w Smokovcu. Potem wyjazd na Hrebienok i decyzja, że idziemy do Teryho. Tuż przed Chatą Zamkvskiego zaczęło się chmurzyć i za chwilę padać. Nie pozostało nic innego jak siąść, skosztować najlepszej czesnakovej polevki i cierpliwie czekać. Lało z godzinę i kiedy zaczęło słabnąć stwierdziliśmy że już się da iść. Plecaki poszły na plecy, kaptury na głowę i ruszyliśmy w stronę Teryho. Przestało całkiem padać, nad Doliną przewalały się chmury, wokół mgły. Całkiem sympatycznie 🙂 I tak suchą stopą doszliśmy do Doliny 5 Stawów Spiskich. Ostatnie 15 minut szliśmy w chmurach – widoczność kilka metrów – ale za to wychodziły rewelacyjne zdjęcia 🙂 Okienko pogodowe wytrzymało… ale od razu po przekroczeniu progu schroniska z dołu nadciągnęła kolejna sina ławica chmur i znów zaczęła się ulewa.. dsc_2770 Kolejna godzinka oglądania strug wody przez okna. Mimo to nie narzekaliśmy – trafialiśmy w okienka idealnie 🙂 Popas, zupka, pogaduchy, drzemka – i tak przeczekaliśmy deszcz. Kiedy na chwilę się uspokoiło, wybiegliśmy na sesję foto, popodziwiać m.in. Czerwoną Ławkę i okoliczne szczyty. Wojtek miał parcie na Lodowy, ale pogoda zdecydowanie nie sprzyjała. Deszcz ponownie zaczął siąpić, ale że było późno zdecydowaliśmy się nie czekać na kolejne okno pogodowe i zaczęliśmy w tych warunkach schodzić. Nie było najgorzej, była to raczej mżawka niż deszcz i towarzyszyła nam aż do Zamkovskiego. Zespół się trochę rozciągnął, bo jednak każdy ma swoje tempo i pierwsi, którzy zbiegli do Zamkovskiego, czekali na pozostałych. Tam nagle nastąpiło przebudzenie, że do ostatniej kolejki w dół zostało bardzo mało czasu – szybkie porównanie czasu z tabliczkami TANAP-u i zaczął się karkołomny bieg. Tego dnia padło chyba wiele rekordów świata w pokonaniu trasy Zamkovski-Hrebienok 🙂 Wieczorem uczta w Gazdovskim Domu – ta sama co zwykle sala specjalnie dla nas 🙂

Pogoda następnego dnia wyglądała dokładnie tak samo jak poprzedniego. Chwila dyskusji – gdzie my to jeszcze nie byliśmy. I olśnienie, tyle razy podziwialiśmy pnący się po stromym zboczu zygzak szlaku na Przełęcz pod Ostervą – więc pora go przejść. Aby jednak nie deptać kolejny raz asfaltu nad Popradskie Pleso, zmodyfikowaliśmy trasę i ruszyliśmy Magistralą z okolicy Strbskiego Plesa. Szlak jest niezwykle widokowy, wiedzie zboczami odchodzącej od głównej grani Tatr Grani Baszt – pod warunkiem, że coś widać 🙂 Tego dnia nasza wyobraźnia miała zastąpić krajobrazy roztaczające się z punktów widokowych. O ile na początku szlaku pogoda jeszcze w miarę się trzymała, to im bliżej Popradskiego Plesa, tym mgła bardziej gęstniała, ostatnie 10 minut przed schroniskiem zaczęło mżyć, a ostatnie kroki przed progiem już całkiem konkretnie padać. Jak zwykle zdążyliśmy na czas 🙂 Odczekaliśmy dłuższą chwilę, trochę się posilając, z nadzieją, że reguła „godzinnego deszczu” zadziała. Zadziałała 🙂 Przy okazji – nie polecam zupek z Popradskiego… Dzięki Szarnóla za uratowanie mi życia swoimi magicznymi pigułkami 😉 Znowu na chwilę się przetarło, więc w drogę. Wspinaczka po zboczu na pewno dostarcza dużo wrażeń przy dobrej widoczności, my mogliśmy podziwiać tylko okolicę w promieniu 50 metrów 🙂 Na przełęczy natura wynagrodziła nasz wysiłek. Piękne widoki na wszystkie strony wśród przewalających się przez granie chmur. dsc_2924 Grupa szturmowa urządziła pogoń za kozicą 🙂 Nie trwało to jednak długo. Całą drogę w dół szliśmy w deszczu. Chwila w schronisku i potem szybki marsz do Strbskiego. A na koniec dnia miła niespodzianka – „piękny Maryjan” trzymał dla nas rezerwację naszej sali w Gazdovskim Domu 🙂

Trzeci dzień zlotu bez zmian – mokro, pochmurnie. Wymyślam wyprawę na Solisko. Argument, że nikt tam nie był przekonuje ekipę. No to ruszamy – znów nad Strbskie Pleso. Tym razem parkujemy trochę dalej niż dzień wcześniej – pod dolną stacją kolejki na Solisko. Niektórych nawet chwilę ta kolejka kusi, ale bunt zostaje zażegnany 🙂 Pierwsze pół godziny zajmuje nam odnalezienie w gęstej mgle początku szlaku. Idziemy jakimś stromym podejściem na przełaj, zaglądamy w okoliczne krzaki w poszukiwaniu znaków. Wreszcie są! Okazuje się, że podeszliśmy gdzieś z boku skracajac podejście i trafiamy na właściwą ścieżkę widodącą w górę. Mgła jest tak gęsta, że praktycznie nic wokół nie widać. Chwilami tworzą się na kilka sekund małe prześwity,w których majaczą słupy kolejki i tylko to nas utwierdza, że podążamy w słusznym kierunku. Od czasu do czasu kolejka rusza, więc mamy dźwiękowe potwierdzenie, że to dobry kierunek. Las się kończy, ścieżka zamienia się w szerokie kamieniste zbocze. Po godzinie we mgle zaczyna majaczyć zarys górnej stacji. Euforia! Wstępuje w nas nowy duch, biegiem zdobywamy ostatnie metry – stąd już tylko 5 minut do widocznego obok schroniska. Lekko się przeciera, ale samego Soliska nie widać, podobnie jak doliny skrytej w mgłach. Zarządzamy chwilkę przerwy przed atakiem szczytowym, wypijamy herbatkę, suszymy się. Korzystając z chwilowej poprawy pogody napieramy dalej w górę. Szlak jest przepiękny. Nagle znajdujemy się jak w kanapce – na dole chmury, nad nami chmury, a my idziemy podziwiając góry wokół i pasek błękitnego nieba. Niezwykłe zjawisko. Szczyt zdobywamy szybciutko i korzystając z okna pogody, rozbijamy biwak. W tych warunkach nikomu poza nami nie chciało się tutaj wyłazić, więc szczyt jest nasz na wyłączność. Obowiązkowe sesje fotograficzne, wyłażenie na wyhlady, podziwianie Krywania i kolejnych grani wokół zajmuje nam z godzinę. Kolejny raz aura wręcza nam nagrodę za to, że nie zniechęcił nas deszcz. Znów pomału wszystko zasłania mgła, więc zbiegamy dobrym tempem do schroniska, tam chwilę siedzimy i dalej w dół do parkingu. Im niżej tym mgła gęstsza, świat znów znika za mleczną zasłoną. Bez większych problemów trafiamy do aut. Na dole znów pada. Zostaje nam tylko wrócić do kwatery i ponownie ruszamy na pyszności z Gazdovskiego Domu.

Teraz już tylko pożegnalny wieczór, a rano pakowanie, uściski i w drogę do domu.

Dodaj komentarz