Chęć odkrywania świata pchnęła mnie w tym roku w kierunku poznawania terenów wokół miasta – i to najlepiej tam, gdzie trudno dojechać 🙂

Nie ukrywam, że w podjęciu tej decyzji pomógł nowy nabytek – rower – prawdziwa terenówka. Czerwiec jest ciepły, więc wypada wykorzystywać pogodę do oporu. Oglądam kilka przygotowanych tras i jak zwykle spontanicznie wybór zapada dopiero po przejechaniu kilku pierwszych metrów.

Kieruję się więc za rzekę, w kierunku niewyciętej jeszcze całkiem Puszczy Bialskiej. Trochę już znam tutejsze leśne ścieżki, ale obieram nowy wariant, by poczuć trochę emocji w szukaniu przejazdu w kierunku przysiółka Młyniec.

Dość szybko odnajduję znajomy budynek.

Gdzieś tu obok powinien być pomnik. Oczywiście jest!

Ruszam dalej polnymi drogami w nieznane. Pomaga mi wyraźny ślad w aplikacji, który pracowicie wyrysowałem przed wyjazdem i teraz prowadzi mnie jak po sznurku 🙂

Zieleń czerwcowa nie ma sobie równych – soczysta, świeża, jeszcze nie pokryta kurzem.

Jadę brzozową aleją, walcząc trochę z piaskiem, ale na szczęście szerokie opony dają radę. Wspominam zeszłoroczny wyjazd za Drohiczyn, gdzie piasek był na tyle skuteczny, że musiałem prowadzić rower.

Odkrywam moje ulubione klimaty – stare, zapomniane budynki. Ich czas świetności minął, ale cieszą nadal moje oko.

Docieram do kolejnego znanego mi już punktu. To pomnik poświęcony żołnierzom Armii Krajowej.

Leśna, zbiorowa mogiła  żołnierzy AK z oddziału „Zenona”, poległych w walce z Niemcami w dn. 22- 26 lipca 1944r,   znajduje się na   terenie Leśnictwa Leszczanka. Przed laty, w ramach akcji „Burza”,   w rozległym  kompleksie leśnym „smolne Piece”  rozegrała się  krwawa bitwa. Oddziały partyzanckie AK  „Zenona” – Stefana Wyrzykowskiego i „Lecha” – Stanisława Chmielarskiego  sparaliżowały wówczas odwrót cofającym się formacjom Wermachtu. Finał akcji „Burza” w Obwodzie AK Biała Podlaska zakończył się 26 lipca 1944r zajęciem miasta przez oddziały partyzanckie.

Mijam kolejne zabudowania i pomału zbliżam się znowu do Puszczy Bialskiej.

Odkrywam leśną polanę pokrytą paprociami. Wygląda magicznie.

Zbliżam się do miasta a informuje mnie o tym charakterystyczna kapliczka na drzewie.

Podliczam kilometry i ze zdziwieniem stwierdzam, że zrobiłem ponad 50 kilometrów.

Kolejny kawałek świat został odkryty 🙂

… się fotografuje. Właściwie to znalazłem się nad Bugiem o zachodzie słońca z powodu kociołka z pyszną zawartością. Ugotowaną na miejscu. A aparat jak zwykle był pod ręką.

Może aura nie do końca sprzyjała, ale próbowałem 🙂

Jakiś czas temu zaproponowałem Galernikom niedzielny nadbużański wypad. Skoro pomysł został rzucony, wypadało się zabrać za jego realizację.

Oczekiwanie na dobrą pogodę zakończyło się pełnym sukcesem. Ustalona wcześniej data idealnie zgrała się ze słoneczną, czerwcową niedzielą.

Od rana ogarniam sprawy organizacyjne, zarządzam zbiórkę i wyjazd do miejsca startu. Jeszcze tylko zgłoszenie pogranicznikom, że oto rusza w teren dwunastodobowy patrol 🙂

Parkujemy pod lipami w Derle, gdzie za chwilę dołącza do nas sympatyczny, starszy pan. Lubię Derło. Tu bardzo szybko nawiązuje się kontakt z ludźmi. Żyjąc trochę na uboczu rozpędzonego świata, chętnie zagadują, opowiadają miejscowe historie, czy też tańczą z psami 🙂 Nasz gość przybliża nam historię lip, które niezmiennie mnie inspirują fotograficznie (i cały bialski Fotoklub 🙂 ).

Auta zaparkowane, czas w drogę. Kolejny raz przemierzam krętą „drogę fotografów”, zmierzając w stronę Bugu. Grupka się nieco rozciąga, są w niej „ścigacze” i „podziwiacze”, więc jest to nieuniknione. Najważniejsze jednak, że się pilnujemy i co jakiś czas będziemy meldować się w komplecie do grupowych fotek 🙂

Póki co wytyczoną przez pograniczników ścieżką kroczymy niemal nad samą rzeką.

Chyba nie doceniłem pasji odkrywania świata w swojej ekipie, bo w pewnym momencie ruszają oni wąską dróżką wiodącą w gęste krzaki, którą – jakkolwiek zdawało mi się, że znam każde tutejsze przejście – nigdy nie szedłem. W tej sytuacji nie mam wyjścia i ruszam za nimi. Tym sposobem mam okazję obejrzenia łęgu od strony rzeki 🙂 Na pamiątkę mam nieco podrapane łydki i zaliczam kilka skoków nad rowami przecinającymi ścieżkę.

Obawy okazały się niepotrzebne: mimo sporej wody odwrotu nie będzie i szczęśliwie docieram do głównej drogi po drugiej stronie łęgu. A razem ze mną komplet moich podopiecznych 🙂

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – plaży. To jedna z najchętniej odwiedzanych przeze mnie nadbużańskich plaż. O każdej porze roku czymś zaskakuje.

No i niezmiennie tyka tam zegar słoneczny 🙂

Widok piasku, rozległej płycizny i do tego wyśmienita pogoda powodują, że rozbijamy dłuższy biwak.

Niezawodny Leszek wyciąga tajemniczy wywar z 25 ziół i z miną czarnoksiężnika rozlewa wszystkim, powodując „nadbużański atak wesołości”. Kończy się to bieganiem po wodzie, wzajemnym ochlapywaniem i nawet najbardziej oporni lądują w Bugu na pamiątkową fotografię.

Siedzimy na gorącym piasku prawie godzinę.

Pogoda jest wyśmienita, podobnie jak humory. Jako nieoficjalny kierownik decyduję w końcu, by poderwać cztery litery i wszyscy pomału ruszają w kierunku kolejnej wsi Woroblin.

Nie jest łatwo opuścić tak piękne miejsce.

Teraz mamy w miarę proste zadanie – mamy trzymać się rzeki i dojść do miejsca zwanego „kibel”.

Tempo marszu mamy różne więc trochę się porozciągaliśmy na trasie. Poza tym nikt nas nie goni, więc jest czas na spokojne pogadanie i tak krok za krokiem jesteśmy przy kiblu.

Szybka kontrola ilościowa wykazuje brak strat w ludziach i oddalamy się od rzeki. Droga jest prosta, nikt nie powinien się zgubić, Tak mi się przynajmniej zdawało 🙂 Docierając do Woroblina, dowiadujemy się że zguba jednak była. Jakoś wszyscy przeoczyli brak Zosi… Mina Leszka nie wróżyła nic dobrego – może kiedyś odważę się zapytać go o szczegóły egzekucji 🙂

Została nam przysłowiowa „ostatnia prosta”. I tu ze zdziwieniem stwierdzamy, że będzie jeszcze jedna niespodzianka – tym razem od natury. Na horyzoncie robi się ciemno i to bynajmniej nie z powodu późnej pory 🙂

Burze czerwcowe są jak czołgi w stary dowcipie wojskowym – wyjeżdżąją znienacka. Nasza też wyskoczyła zza lasu i zaczęła nas szybko gonić. Z każdym metrem nasze szanse malały, na szczęście w połowie drogi do Derła znajduje się schron. Stara szopa na siano stała dokładnie tam, gdzie była potrzebna – wpadliśmy do niej, gdy spadały na nas pierwsze krople.

W tej sytuacji zostało wyciągnąć królika z kapelusza. Czyli niezawodną pelerynkę, która zawsze gdzieś tam leży na dnie plecaka. Fakt przygotowania się kierownika wycieczki na każde warunki wzbudził aplauz u zebranych 😉 Zdecydowanem, że lecę do aut oddalonych o około 3 kilometry i ściągnę auto Piotra, a reszta czeka. Chwilę wcześniej pod kawałkiem foliowej osłony uczynił to samo Leszek.

Marsz w ciepłym letnim deszczu to jednak radocha 🙂 Droga minęła błyskawicznie i nim rozbroiłem alarm, dojechał Leszek z pozostałymi kierowcami. Zostało jeszcze zgarnąć pozostałych z szopy i szybko do domu 🙂 Tak szybko że nawet nie zdążyliśmy się pożegnać w tym zamieszaniu 😉

Nic straconego – wkrótce widzimy się na kolejnej wyprawie Galerników.

Końcówkę maja wreszcie zdominowała zieleń, dodatkowo spłukana litrami wody, które spadły z chmur przez ostatni tydzień. W tej sytuacji słoneczna sobota natychmiast zmobilizowała mnie na kolejny dłuższy wypad rowerowy. Wybór padł na jedną z zeszłorocznych tras, na której nie miałem przy sobie aparatu – w kierunku wsi Swory i Zabłocie. Czekały tam na mnie pewne obiekty do uwiecznienia i liczyłem na dobre ujęcia. Nie zawiodłem się.

W kilka minut ląduję za miejską obwodnicą i już mogę mknąć swoimi ulubionymi ścieżkami, pośród zielonych pól i łąk. Długa prosta przecina wieś Sitnik z bardzo charakterystycznym domem pokrytym … łąką 🙂

Potem znowu pustka, nieduży las i kilka domów w oddali i docieram do rozrzuconej po polach kolonii Pólko. Domy dzieli tu od siebie  często kilometr albo więcej. Poza tym cisza, przerywana szumem wiatru.

W oddali pojawia się wieś Swory. Skręcam w jej kierunku i zahaczam właściwie o jej skraj.

Jest tu mały placyk z charakterystyczną kapliczką i krzyżami. To mój pierwszy cel na dziś.

Robię krótki przystanek na zdjęcia.

Kilkaset metrów dalej jest kolejny obiekt. Stary dom bez dachu zyskał nowe życie. Zielone. W środku wyrosło drzewo, porastają go krzaki, dojście ginie w wysokiej trawie. Takie klimaty zapomnienia bardzo mi odpowiadają. Znowu aparat idzie w ruch. Światło jest dość mocne, ale pomaga mi nieco filtr polaryzacyjny, który przygasza niebo, dając głęboki niebieski odcień. Zieleń też zyskuje na tej operacji 🙂

Kolejne kilometry będę już jechał drogami asfaltowymi. 

Wkrótce dojeżdżam do ronda w Zabłociu 🙂 Nawet nieźle to brzmi 😉 W rzeczywistości wąska asfaltowa dróżka okrąża z dwóch stron kapliczkę. Wygląda na to, że tu dobrych zdjęć nie będzie i trzeba się będzie pokazać o innej porze dnia. Teraz skrywa ją głęboki cień lasu, nie pomaga też silny kontrast, jaki daje słoneczny dzień.

Kilometr dalej kolejne ciekawe miejsce. Kapliczka Objawienia. Prowadzi do niej leśna ścieżka wysadzona paprociami. Miejsce jest zadbane, jest czyściutko, jest zadaszone miejsce z ławeczkami no i sama kapliczka, która skrywa korzeń sosny.

Jak głosi miejscowa legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie jest to miejsce niezwykłe tutaj miała ukazywała się Matka Boska. Miejsce to zasłynęło jeszcze w czasach, gdy „Unici Podlascy”, za swoje przywiązanie do wiary ojców byli w okrutny sposób prześladowani przez władze Carskiej Rosji. To właśnie w tym miejscu znajdowali pocieszenie i siłę do trwania przy swojej wierze pomimo okrutnych prześladowań. I tu również jak głoszą miejscowe przekazy miały mieć miejsce cudowne uzdrowienia chorych i inne cudowne zjawiska, których nie da się w normalny sposób wytłumaczyć [źródło: bialskieforum.pl].

Stąd miałem plan skrótem dojechać do drogi krajowej, ale tym razem nie będzie mi to dane. Każda droga do lasu zawiera tablicę z ostrzeżeniem o opryskach chemicznych i zakazem wejścia do lasu. Pozostaje jechać do końca wsi, potem skręcam w drogę do kolejnej wsi Woroniec i stąd już docieram do krajówki. Ruch to jest duży, ale na szczęście to tylko kilkadziesiąt metrów i znikam w bocznej drodze do wsi Sycyna. To kolejna wioska z dala od cywilizacji, gdzie życie płynie pomału pośród drewnianych starych domków.

Tu też mam do odwiedzenia pewne miejsce, które ostatnio umknęło moje uwadze. Jest tu stary cmentarz z fundamentami kościoła.

Cmentarz prawosławny w Sycynie – czynna nekropolia prawosławna administrowana przez parafię Świętych Cyryla i Metodego w Białej Podlaskiej, położona w Sycynie. Znajduje się za wsią, od strony południowo-zachodniej.

Cmentarz został założony ok. 1820 na potrzeby miejscowej parafii unickiej. W 1875, wskutek likwidacji unickiej diecezji chełmskiej, została ona przymusowo przemianowana na prawosławną. Pięć lat po tym wydarzeniu cmentarz poszerzono, zaś w końcu XIX w. otoczono go ogrodzeniem murowanym i wzniesiono bramę. Po 1925 cmentarz był oficjalnie nieczynny, kolejnych pochówków dokonywano na nim podczas II wojny światowej i po niej. Na początku XXI w. cmentarz został odremontowany dzięki dotacji unijnej.

Na cmentarzu przetrwało kilka nagrobków z II poł. XIX w.. Znajdują się na nim również trzy nagrobki powstańców styczniowych poległych w potyczce z Rosjanami przy drodze między Sycyną i Worońcem.

Na cmentarzu znajdowała się cerkiew, która uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Podczas remontu cmentarza w miejscu fundamentów budynku wyłożono kamienie.

Cmentarz został wpisany do rejestru zabytków 25 października 1996 pod nr A/1337[źródło: Wikipedia].

Robie po nim krótki spacerek i ruszam dalej drogę. Asfalt się kończy i teraz pędzę doliną Krzny, mijam kolejne zagajniczki, od czasu do czasu pojawiają się jakieś pojedyncze zabudowania. Mijam kawałek bagiennego lasu, potem jeszcze sosnowy zagajnik i jestem w kolejnej wsi Styrzyniec.

Tu dominuje już zabudowa podmiejska co majętniejszych bialczan, którzy uciekli z miasta. Mijam wieś i stąd długa prosta wyprowadza sprowadza mnie znowu do miasta 🙂

Jeszcze parę kilometrów  i po zaliczeniu około 40km mogę obrabiać swoje dzisiejsze łowy fotograficzne.

Burzowe chmury to dla fotografii pejzażowej wymarzona scenografia. Cały dzień wyglądam przez okno i je podziwiam. Nic więc dziwnego, że po południu ich widok podrywa mnie do boju. Szczęśliwie się składa, że miasto kończy się kilkaset metrów od mego miejsca zamieszkania, a potem zaczynają się przestrzenie. Jedyny problem to słupy elektryczne – jest ich tu trochę, no ale to cena cywilizacji 😉

Na horyzoncie czają się dwie czarne chmury, z których leją się efektownie strumienie wody.


Ruszam za nimi w pogoń. Są w bezpiecznej odległości, więc nie ryzykuję, że mnie dopadną. Dystansu przybywa. Po około 10 kilometrach decyduję się na odwrót. Najpierw niebo rozświetla mi tęcza, a za chwilę zauważam, że zajęty pogonią nie zauważyłem trzeciej chmury, która chyłkiem zaszła mnie od tyłu 🙂

Zostaje mocno się sprężyć i przycisnąć tempo. Nowy rower sprawuje się wyśmienicie, więc jestem w mieście dość szybko. Motywacja by nie zmoknąć zadziałała 🙂

Ale na przerwę w brzozowym gaju znalazłem chwilę 🙂

No i mam swoje zdjęcia 🙂