Stwierdzam, że ostatnio przybywa imprez korzystających z tradycji nocy świętojańskiej. A skoro są, warto tam zaglądać, bo są barwne, efektowne, pełne radości i niosą duży pozytywny ładunek emocji. 

W tym roku wybrałem dwie propozycje w swoim regionie.

Pierwsza z nich odbyła się tuż pod miastem, nad rzeką Krzną, gdzie bialskie stowarzyszenie Przez Pryzmat zaprosiło wszystkich zwolenników tradycji i dobrej zabawy. Pogoda co prawda trochę straszyła, ale ostatecznie wytrzymała 🙂

Kolejna impreza, na którą się wybrałem, odbyła się przy okazji Landart Festiwalu i oczywiście mogła mieć miejsce tylko nad Bugiem, bo gdzieżby indziej 🙂 Było ognisko, występ zespołu wokalnego, puszczanie na wodzie świec z życzeniami. I był klimat.

Nad wszystkim czuwał dobry duch imprezy.

Były tajemnicze kręgi.

Przy ogniu siedziały dziwne skrzaty.

I był pochód nad rzekę, którą popłynęły przyniesione świece.

 

 

Taki mały powrót w stare kąty. 

Jak zwykle zajrzałem pod dąb. Zastałem krzaki, śmieci…. podjąłem desperacką próbę pomocy zaniedbanemu drzewu. Wójt odpisał następnego dnia, że zajmie się nim. Sprawdzę 🙂

A poza tym jak zwykle spacer po znanych miejscach i trochę opowieści co tu było kiedyś i jak się zmieniło. Córcia chętnie słuchała 🙂

Trochę terenów wokół klasztoru, stara szkoła podstawowa. Sentymentalnie się zrobiło 🙂

 

 

Już od kilku lat realizuję pomysł obejrzenia jak największej ilości nadbużańskich zakątków, więc tylko czekałem na pierwszą okazję, by zapuścić się w rejony dotąd niezbadane. 

Woda w Bugu jeszcze wysoka, zieleni jak na lekarstwo, ale ciepłe niedzielne popołudnie natychmiast podrywa mnie z miejsca. Jakiś czas temu podziwiałem na zdjęciach satelitarnych ogromne rozlewiska Bugu w okolicach Drażniewa. Wodowskazy sugerują, że właśnie przechodzi tegoroczna kulminacja, więc jest szansa popatrzeć na dużą wodę.

Godzinka jazdy i jestem w Drażniewie. Przebijam się przez las w okolice znajomego bużyska i już mogę podziwiać swój ulubiony pejzaż.

Woda jest owszem – wysoka, ale nie na tyle by zalać łąki. Ale drogi już tak. Już po kilkuset metrach muszę zdjąć buty i podjąć pierwsze tegoroczne wyzwanie – kontakt z wiosenną wodą 🙂

Pokonuję w sumie ze trzy rozlewiska i docieram do rzeki. Ujście Tocznej w niczym nie przypomina sielankowej letniej plaży – wody jest dużo, piasek skrywa szeroka (i pewnie głęboka) płaszczyzna wody. Światło też dziś nie sprzyja, jest jakieś mętne, liści jak na lekarstwo, więc zdjęciami nie jestem zachwycony 🙂

Wracam nieco okrężna drogą, podziwiając jakieś strażackie manewry po drugiej stronie Bugu we wsi Zajęczniki.

Docieram do auta i zerkam na zegarek. Jest zapas czasu. No to szukam skarpy. Tej, której jeszcze nie widziałem. Nawigacja pokazuje 20 minut. Mijam Drażniew i kolejne znajome wsie, które niedawno przemierzałem rowerem.

Za Korczewem wkraczam w nowe rejony. Stare, zapomniane wioski, sielski klimat, wolno płynący czas. Mijam Mogielnicę. Tu muszę wrócić na zdjęcia, bo miejscowość bardzo mi się podoba. Z mapy wynika, że zbliżam się do rzeki. Pierwsza próba odszukania skarpy nie udaje się. Przechodzę około 200 metrów i coś jest, ale do rzeki stąd daleko. W dole widać łąkę, a w oddali kościoły Drohiczyna. Nieudaną próbą rekompensują widoki 🙂

Przejeżdżam jeszcze około pół kilometra i widzę wąską ścieżkę w bok. Może tu? Prawdę mówiąc z drogi nic nie widać i nic nie zapowiada tego, co za chwilę zobaczę. Przechodzę 100 metrów i jest! 

Co tu dużo mowić. To jest skarpa skarp. Widziałem jakieś zdjęcia w sieci, ale wygladało to raczej na kawałek nasypu. A tu niespodzianka. Ogromna! 

Na oko 60 metrów pionu wpada prosto w pędzący w dole Bug. Robi to niesamowite wrażenie. I budzi respekt. Tu nie ma gdzie się zatrzymać. Zjazd w dół skończyłby się niechybnie głośnym PLUM. Skarpa rozciąga się na kilkaset metrów. Grozę budzi potężny pionowy uskok. Przechodzę najpierw w lewo,  potem w drugą stronę.

Młoda ekipa w tych pięknych okolicznościach rozpija wino, są uśmiechnięci i odpowiadają na pozdrowienie. A ja fotografuję. W dole widać zalane łąki, a sam zakręt przypomina trochę Bindugę w Gnojnie.

Trzeba tu będzie wrócić przy niskiej wodzie i zbadać teren 🙂 A na razie wracam do auta, dojeżdżam o mostu we Frankopolu i ruszam najkrótszą drogą przez Drohiczyn do domu 🙂

 

Co roku przychodzi ten weekend kwietnia, gdy pojawia się biały dywanik zawilców, choć drzewa jeszcze szare i pozbawione liści. Wtedy wiadomo, że naprawdę przyszła wiosna. Nie inaczej było w tym roku. Gwałtowny skok temperatury o prawie 20 stopni obudził przyrodę i nagle zrobiło się zielono.

Wracam zmęczony po pracy, ale pojawia się słoneczko i szybko wracają siły i chęci na zregenerowanie się na dłuższym spacerze. Wybór jest oczywisty – rezerwat Chmielinne.

Las, w którym znam każdą ścieżkę i który muszę odwiedzić każdej wiosny. Właśnie dla zawilców. Te jedne są wieczne, bo sam las… z każdym rokiem marnieje, jest systematycznie niszczony, co nazywa się „planową gospodarką leśną”. Pamiętam go, gdy był jeszcze naturalny, piękny, dziki, rosły w nim grzyby. Teraz to zwykłe krzaki, pogrodzone metalowymi plotami. A chronione zawilce rozjechane kołami traktorów…

Ten las już nigdy nie będzie taki sam.

Leśna szkółka zarosła i zdziczała. Przepracowałem w niej trochę, pieląc sadzonki drzew a potem je sadząc w okolicy. Tak – były takie czasy, gdy całe klasy jechały do lasu i spędzały tam cały dzień na sadzeniu drzew.

Sam rezerwat też oberwał. Od natury. Ogromna ilość drzew padła pod naporem wiatru. Wygląda to tragicznie, ale tu przynajmniej sama natura zdecydowała, co ma przetrwać, a co stanowić podłoże dla kolejnych pokoleń lasu. Dopóki nie ma liści, ten widok będzie straszył przejeżdżających…

Ciepłe popołudniowe słońce przyjemnie grzeje. Dwugodzinny spacer kończę przed zmrokiem.

Nie mogło oczywiście zabraknąć mojego aparatu fotograficznego.Robię na pamiątkę trochę zdjęć i mam nadzieję, że za rok trochę lasu jeszcze zostanie. Bo na pewno znowu tu zajrzę. Tak, jak to robię od 40 lat 🙂

Już miała być wiosna. Tydzień wcześniej fotografowałem nadbużańskie pejzaże, brodząc w głębokim błocie, aż tu nagle przyszedł kolejny „wir polarny” i przypomniał, że połowa marca to jednak jeszcze nie wiosna. Z drugiej strony taka odmiana miała też swoją pozytywną stronę – krajobraz znowu zabielił się śniegiem, błoto zamieniło się w twarde grudy, a przede wszystkim zobaczyłem piękne, błękitne niebo. 

Oczywiście natychmiast poderwałem się do boju. Chwila namysłu – dokąd. Już wiem – nie mam Pralni w wersji zimowej. Będzie też okazja na dłuższy spacer w ramach przygotowań kondycyjnych. I zobaczę przy okazji, jak się miewa Stadnina w Janowie Podlaskim po kolejnych zmianach.

Od Janowa Podlaskiego dzieli mnie 15 minut jazdy, skręcam w stronę Stadniny i podziwiam piękny, zimowy krajobraz.

Brama jest otwarta… Z pewną nieśmiałością przejeżdżam obok budki strażnika, zatrzymuję tam gdzie zwykle – przy wybiegu dla koni. Z budki wychodzi pan, z którym zamieniam kilka słów. Okazuje się, że świat do końca nie zwariował – mogę spokojnie zaparkować, pan jest miły i gdy mówię mu o swoich planach, wspomina, że mogę spokojnie dojechać do celu swojej wyprawy.

Ja jednak ruszam pieszo nadbużańskim szlakiem „Łęg Dębowy”. Miłe zaskoczenie – jest odnowiony. Nowe oznaczenia, tablice informacyjne. Rok wcześniej szedłem tędy z Rajdem TKKF i wyglądało to marnie. 

Warunki są fantastyczne, idzie się świetnie. Ani się obejrzałem i jestem przy Łęgu. Ten zostawiam sobie na deser, bo czeka mnie jeszcze spory kawałek drogi do miejsca zwanego Pralnią – celu mojej wędrówki. Tu już muszę zejść z bitego traktu na polną, rozjeżdżoną drogę. Grunt się lekko ugina, lód trzeszczy, bo przymarzło jednak tylko z wierzchu, ale szczęśliwie docieram nad rzekę.

Pogoda jak marzenie, by przetestować nowy filtr polaryzacyjny 🙂 Efekty mile mnie zaskakują. Poprzedni wyzionął ducha w górach, a nowy sprawuje się rewelacyjnie! 

Kręcę się jakiś czas po okolicy, nad samą rzekę nie udało mi się jednak przebić. Woda w Bugu jest bardzo wysoka, dojścia pozalewało. Co prawda rozlewiska zamarzły, ale lód jakoś nie budzi mego zaufania 🙂

Ruszam w drogę powrotną. Czas na Łęg Dębowy. To jedno z moich ulubionych miejsc i pewnie nie tylko moich. O każdej porze roku i dnia fotograf znajdzie tu coś dla siebie. Korzenie nad gruntem, baobab, stare sosny, dęby, rozlewiska, a na nich łabędzie. 

Dziś też jest pięknie, śnieg, bezchmurne niebo. Co bardziej charakterystyczne obiekty obfotografowane, zerkam na zegarek i ruszam w drogę powrotną.

Cały dzisiejszy dzień nie spotkałem żywego ducha. No może z wyjątkiem pędzącego w oddali po rżysku Audi 80, które skorzystało z okazji że pole przymarzło i wędkarze zrobili sobie skrót nad rzekę 🙂

Kilometry lecą błyskawicznie i znowu jestem przy aucie. 

Ani się obejrzałem, jak zrobiłem ich dziś 15 🙂