Jest ciepła niedziela, zima się skończyła – czas ruszyć w teren. Korzystam z okazji i zabieram córki na wyprawę w okolice Romanowa. To właśnie tam po zakończeniu wojny zostali przesiedleni moi Dziadkowie.  Nie mówię dziewczynom gdzie jedziemy – to będzie niespodzianka. 

Pół godziny jazdy i zatrzymujemy się na rozstaju dróg. Stoi tu kapliczka. Stoi od 1946 roku – jest dziełem Dziadka. Widać po niej upływ czasu, ale miewa się całkiem dobrze. Za to siedlisko opustoszało – nie ma już ogrodów, nie ma domu, budynków gospodarczych.

Tak się nostalgicznie zrobiło. Robimy trochę pamiątkowych fotografii.

Po drodze jest jeszcze Romanów. Jako że tutejszy lokator jest patronem Liceum moich córek, robimy postój na krótki spacer wokół dworku. Lokatora oczywiście od dawna tu nie ma, ale jest jego Muzeum. To Józef Ignacy Kraszewski.

Jakkolwiek wszystko było przeciw, uparłem się, że dotrę znowu na Roztocze. Odpryski różnych sytuacji z zeszłego roku trochę ograniczyły moje plany, ale jednak się udało. Ruszam pół godziny po wyjściu z pracy z nadzieją, że prognoza się nie sprawdzi i zapowiadana odwilż jednak nie nastąpi. Mam względnie blisko, bo do Szczebrzeszyna jest 200 km i spodziewam się około 3 godzin spokojnej jazdy. Nawigacja wskazuje mi jednak skrót przed Zamościem, więc skuszony perspektywą oszczędności 20 km skręcam w Krzaki 🙂

Droga jest zaskakująco dobra, ale tylko do czasu. Nagle w środku niczego trafiam na czerwone światło 🙂 Droga jest w remoncie i tkwię dobre 10 minut w zupełnych ciemnościach, podziwiając gwiazdy. Potem jakieś zakręty, krzyżówki, przejazd kolejowy i z ulgą odkrywam, że jestem pod Szczebrzeszynem.

Wjazd do miejsca zlotu wiedzie niestety pod górę. Już od kilku kilometrów czułem, że samochód bardziej płynie niż jedzie, więc po kilku próbach rezygnuję z podjazdu i z przytupem ląduję w zaspie. Chwila beznadziejnej walki i oto nadciąga odsiecz! Znajome gębule szybko wypychają mnie z mokrego, zbitego śniegu, pokrytego śliską glazurą 🙂

Po mnie dojeżdża jeszcze catty, która powtórzyła mój manewr i tym razem ja organizuję odsiecz.

Okrągły stół pokrywa się dobrem wszelakim, co pozwala na długie biesiadowanie przy trzech gitarach, kanonie hitów polskiego rocka i mnóstwie śmiechu.

Niestrudzony Kulczyk ujawnia prawdziwą i jedyną słuszną wersję tekstu taty Kazika:  „Tę burzę włosów każdy zna, tak to Justyna, to Justyna…„ ciąg dalszy każdy zna 🙂

I tak nam zleciało do drugiej w nocy…

Poranek wita nas odwilżą. Już na początek trzej panowie (wcale nie smutni) odłączają się w niewiadomym kierunku, aby realizować swój tajemniczy plan. Pozostali dzielnie maszerują za paniami przewodniczkami. I tym sposobem już na początku wycieczki gubimy szlak 🙂

Dzielny creamcheese czuwa jednak nad ekipą, wyciąga swoje magiczne urządzenie do szukania zagubionych ścieżek i za chwilę przedzieramy się przez pola i chaszcze w kierunku, gdzie przypuszczalnie jest poszukiwany przez nas czarny szlak. 

Jest pierwszy wąwóz! To przecież ich tu poszukiwaliśmy 🙂 Za namową pani przewodnik trwa konsumpcja lessu, podziwiamy też dziwne kulki z szeleszczącą zawartością.

A potem w drogę. Kolega Creamcheese idzie coraz wolniej i w końcu awaria kolana zmusza go do odwrotu.

Po kilku kilometrach przedzierania się przez mokry śnieg pada propozycja pierwszego postoju. Wyciągamy kanapki, termosy – tylko siąść się nie da. Uczta trwa w najlepsze na stojąco, gdy nagle mój wzrok rejestruje latający kubek. Z herbatą 🙂 Już wiem – to Krutul uczy się nalewać herbatę z termosu po własnym palcu… 
Skutki są dwa – próba się nie udaje i herbata zostawia na śniegu żółty ślad… a wieczorem okaże się, że nie da się z takim palcem grać na gitarze… 

Pora ruszać. Wchodzimy w las i nagle w tej głuszy… słyszymy głosy! Dzików jak do tej pory nikt nie widział, więc mamy nadzieję, że to nie polowanie 🙂 Na wszelki wypadek niewiasty zaczynają głośno podśpiewywać. Wkrótce dostrzegamy dym, a potem… imprezującą przy ognisku miejscową ekipę.

Następuje powitanie tradycyjnym „macie coś?” Falco czujnie dopytuje się na wszelki wypadek, co dostaniemy w zamian 🙂 Nić przyjaźni na szlaku zostaje błyskawicznie nawiązana, a niewątpliwie sprzyja temu tradycyjna wymiana płynów turystycznych. Młodzi ludzie są bardzo sympatyczni i rozmowni.

Lidka stwierdza, że wróciła jej wiara w młodzież. Mogli siąść do swoich trunków gdzieś przy telewizorze w ciepłym domu, a jednak chciało im się przejść kilkanaście ładnych kilometrów przez lasy i wąwozy, by zasiąść przy ognisku w leśnej głuszy. Robimy wspólne foto i czas w drogę.

Chłopaki młode, to ostro ruszają w kopyta.

Dochodzimy do miejsca, gdzie w zasadzie chcieliśmy skręcić w leśną ścieżkę poza szlakiem, która miała nas wyprowadzić do wsi Topólcza. Wszystkie niewiasty z zadziwiającą zgodnością i bez słowa sprzeciwu decydują jednak „idziemy za młodymi chłopakami” 🙂
Wkrótce znowu się spotykamy… chłopaki wykryli dziurę w drzewie, a naturalna w tym wieku ciekawość świata zmusiła ich do rozpoczęcia ekspedycji po pniu, aby ocenić zawartość dzieła jakiegoś dzięcioła, tudzież głębokość rzeczonej dziury. Poszło im całkiem sprawnie, nie bez słów zachęty ze strony pań 😉


Chłopaki znowu wyrywają do przodu, ale kilkaset metrów dalej napotykają kolejne wyzwanie. Pod wielkim pniem świerka leży ogromny łańcuch. Próby wyciągnięcia go okazują się nieskuteczne. Falco rzuca od niechcenia „Wy nie dacie rady?” Po czym szybko się oddalamy 🙂 Sam jestem ciekawy czy się udało, bo już ich więcej nie widzieliśmy… 🙂
Rozstajemy się z przewodniczkami, które ruszają w stronę Kawęczynka, a my odbijamy skrótem w kierunku wsi Topólcza. Tak się nam przynajmniej wydawało 🙂
Gdzieś minęliśmy odejście, którym mieliśmy zejść do wsi. Nagle z wielkim zdziwieniem odkrywam, że znowu wkraczamy na niebieski szlak od Kawęczynka. Oznacza to tylko tyle, że czeka nas około 5 kilometrów asfaltu w drodze powrotnej. 
Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w okolicy szkoły w Topólczy, potem podziwiamy wylot wąwozu, którym mieliśmy zejść i zrypani jak koń po westernie z ulgą widzimy naszą kwaterę w Turzyńcu.

 

Rano wstaję skoro świt, dowiadując się przy okazji, że ominęła mnie nocna partia bilarda 🙂

Sprawnie opuszczamy lokal, część grupy udaje się w drogę powrotną do domów (jak to w  życiu – Ci co mieli najbliżej 🙂 ), pozostali ruszają jeszcze do Szczebrzeszyna na pamiątkową fotkę z chrząszczem. Czekają tam na nas panie przewodniczki z Lubelskich Parków Krajobrazowych, które umożliwiają nam wejście m.in. do synagogi i cerkwi, opowiadając przy okazji parę słów na temat odwiedzanych miejsc.

Za kurtyną dziewczyny szukają Tory 🙂

Wielki klucz do cerkwi wzbudza w Dakocie niekłamany zachwyt, porywa go z błyskiem w oku i kręci nim z pasją w świetle fleszy 🙂

W środku – lodówka. Na zewnątrz niestety roztopy, jest pewnie koło 7-8 stopni a my wkraczamy do chłodni. W cerkwi byłem kilka lat temu i w zasadzie nic się tu nie zmieniło. Diabełki hasają jak hasały, niebo nad nimi też się nie zmieniło. Cisza i spokój, chwila zadumy.

Ruszamy dalej, kilkaset metrów obok jest kirkut. Szczebrzeszyn to stare żydowskie miasteczko z bogatą historią. Widać ją właśnie na wzgórzu, do którego zmierzamy. Tuż za bramą wita nas ogromne i dziwne drzewo, które strzeże grobu cadyka. Kręcimy się po terenie kirkutu około pół godziny.

I tu niestety muszę odłączyć się od grupy i ruszyć w drogę powrotną.

Galernicy debatowali do świtu, a ja spalem. Nic dziwnego, że gdy oni poszli spać, pierwsze ciepłe promienie słońca obudziły mnie szybko a skarpa natychmiast wezwała do siebie 🙂 

Na paluszkach ubieram się, łapię aparat i już mnie nie ma.

Teraz tylko ja i Bug.

Wracam przemoczony do kolan poranną rosę i mogę jeszcze pospać 🙂

Śniadanie mamy umówione na dziewiątą. Jest jak zwykle obficie, smacznie i bo jak powiedział gospodarz „byłoby wstyd gdyby czegoś zabrakło”. Agroturystyka trafia do ulubionych i polecanych miejsc. Szybkie pakowanie, żegnamy gospodarzy i w drogę.

Docieramy do Czumowa. Czeka tu na nas właściciel pięknego obiektu położonego nad samym Bugiem – pałacu Podhoreckich.

Obiekt został wzniesiony dla Pohoreckich w II połowie XIX w. Zaprojektowali go dwaj nieznani architekci włoscy. Pałac oparty jest na planie nieregularnym i nakryty wysokim dachem z facjatkami. Od frontu znajduje się Portyk o czterech filarach dźwigających balkon z balustradą. Jedno z naroży zajmuje ośmioboczna kaplica nakryta dachem namiotowym. Czworoboczna wieżę ze szpiczastym dachem, zwieńczonym kopułą, umiejscowiono przy zachodniej ścianie szczytowej.Teraz obiekt stanowi własność prywatną i adaptowany jest do celów turystyczno-wypoczynkowych. Zanim jednak do tego doszło pałacyk miał wielu użytkowników. W czasie I wojny światowej Austriacy założyli tutaj szpital polowy. Pożar wywołany działaniami bojowymi pozostawił po sobie wiele zniszczeń. Na początku II wojny światowej stacjonujący tu żołnierze radzieccy spalili wyposażenia wnętrz, zaś Niemcy okupujący później obiekt, zakładając placówkę graniczną, wycieli drzewa zasłaniające widok na Bug. Po zakończeniu działań wojennych pałacyk zajęto na strażnicę WOP. Później umieszczono w nim szkołę. Obecnie, dzięki gościnności właścicieli, jest miejscem, gdzie organizowane są m.in. imprezy krajoznawczo-turystyczne [źródło: Polska Zabytki].

Właściciel jest bardzo sympatyczny, opowiada zarówno historię obiektu jak i własne wspomnienia związane z tym miejscem. Z ciekawostek wyłowiliśmy ideę postawienia tutaj pomnika Edwardowi Gierkowi w podzięce za dokonania dla Polski 🙂

Dalszą podróż przerywa jeszcze tylko na chwilę wieża obserwacyjna w Gródku i docieramy ponownie do Hrubieszowa. Z platformy obserwacyjnej widać wieże kopalń węgla kamiennego… Wiąże się z tym historia pewnej zamiany dokonanej między bratnimi państwami. Można o tym poczytać na Wikipedii. W efekcie tej wymiany Polska zyskała trochę łąk w Bieszczadach, ale straciła ogromne złoża węgla. Takie czasy były…

I główne danie dnia. Po tu przyjechaliśmy.

Jak napisali organizatorzy: Bitwa nad Bugiem rozegrana 22 lipca 1018 roku przez wojska władcy Polski-Bolesława Chrobrego z wojskami Jarosława Mądrego (księcia kijowskiego) podczas wyprawy kijowskiej, to wydarzenie historyczne, które pomogło w budowie potęgi państwa pierwszych Piastów. W wydarzeniu organizowanym przez władze lokalne, instytucje związane z Hrubieszowem oraz grupy rekonstrukcji historycznej udział wezmą odtwórcy z Polski i innych państw. Wielka inscenizacja bitwy oraz dodatkowe atrakcje i wydarzenia towarzyszące tysięcznej rocznicy zapewnią wiele ciekawych wrażeń i dawkę fachowej wiedzy historycznej wszystkim którzy przybędą do Hrubieszowa.

No i przybyliśmy.

W oczekiwaniu na bitwę pokręciliśmy się trochę po Hrubieszowie.

Na pole bitwy z centrum miasta jest niedaleko. Kilka minut i rozpoznaję teren. Już wiem, gdzie będzie inscenizacja, kręcę się trochę po obozowiskach przybyłych drużyn, podglądam przygotowania do bitwy. Pogoda jest znakomita, impreza z rozmachem, ludzi tłum, jakieś pokazy, jest obrona terytorialna ze swoimi zabawkami, mnóstwo straganów. Ze sceny słychać stosowną do imprezy muzykę.

Przychodzi czas bitwy. Wzdłuż wyznaczonych linami granic kłębi się tłum chętnych do podziwiania, ja jednak postanawiać pofotografować bardziej dynamicznie, więc biegam ciągle tam, gdzie się coś dzieje. Najpierw zasadzam się na wkraczających na pole bitwy, potem gdzieś nad głowami łapię kluczowe momenty inscenizacji, w końcu dopadam schodzących z pola bitwy zwycięzców i pokonanych. Widowisko było naprawdę dobrze przygotowane, natomiast nagłośnienie lektora niestety – leżało. Może przy następnej inscenizacji organizatorzy wyciągną wnioski. Oby nie za tysiąc lat 🙂 

Oto i bitewna galeria.

 

Może nie aż tak odległych, ale jednak – korzystając z okazji zapowiadanej od dłuższego czasu Bitwy nad Bugiem, zaproponowałem niestrudzonym Galernikom dwudniowy wyjazd w okolice Hrubieszowa. Idea została szybko podchwycona, plan wycieczki ustalony, a niezawodny Jarek dograł szczegóły związane z noclegami i przewodnikami.

Spotykamy się jak zwykle o szóstej rano pod Galerią, gdzie za chwilę podjeżdża elegancki, wielki bus. Miejsca jest tym razem aż nadto 🙂 Rozsiadamy się wygodnie i trochę przysypiając przemierzamy kilometry nadbużańskimi drogami w kierunku pierwszego dziś punktu naszej trasy. Będzie to wyszperany przeze mnie na mapach „najdalej wysunięty na wschód punkt Polski”. Znajduje się on w pobliżu przejścia granicznego Zosin i wymaga porzucenia wygodnych foteli i przejścia około 1,5 kilometra. Zatrzymujemy się w pobliżu polnej drogi i ruszamy błotnistym traktem.

Docieramy do rzeki. Jest dzika, wąska – to zupełnie inny Bug od tego jaki znam. Po drugiej stronie widać jakąś drogę, po której spacerują obywatele Ukrainy i machają do nas rękami 🙂 Na granicy białoruskiej nie do pomyślenia.

Docieramy do słupka granicznego i oceniamy, że to tu. Robimy pamiątkowe foto. Dalej na wschód się nie da.

Wracamy do busa i ruszamy do Hrubieszowa. Tu mamy umówione spotkanie z „batiuszką”, który udostępnia nam do zwiedzenia cerkiew, opowiadają przy tym ciekawie o historii miejsca i faktach z nim związanymi. Cerkiew słynie ze swoich trzynastu kopuł no i w środku też robi wrażenie swoją wielkością i wystrojem.

Dzisiejsza Cerkiew prawosławna P.W Zaśnięcia N.M.P. w Hrubieszowie zastała wyświęcona w 1875 roku (o tym świadczy napis wewnątrz świątyni na ścianie przy miejscu gdzie sprzedaje się świece cerkiewne). Pan Stanisław Jadczak w Roczniku Hrubieszowskim 2/2002 pisze że kamień węgielny został wmurowany 11 maja 1873 r. a po 3 latach dokładnie 13 maja 1876 roku, arcybiskup chełmsko – warszawski Leontij poświęcił nowobudowana cerkiew, murowana z cegły w stylu bizantyjskim, o 13 kopułach, z przylegająca do niej dzwonnicą. Ikonostas wykonano z masywnego drzewa dębowego, z pozłoconymi rzeźbami. Wszystkie ikony w ikonostasie i na cerkwi pisał (nie mówi się namalowana ikona a napisana ) artysta z Petersburga Siłajew [źródło:http://www.cerkiew.hrubieszow.info].

Krótka przerwa na kawę i ruszamy zgodnie z planem do Kryłowa. Tu czekają na nas ruiny zamku w zakolu Bugu oraz dwójka sympatycznych przewodników. Zaglądamy na chwilę do kościoła, który -jak się okazuje, ma poważną przypadłość. Podziemne wody doliny Bugu spowodowały, że główna wieża zaczęła się oddzielać od reszty budowli. W środku widać jakieś prace mające na celu ratowanie budowli, natomiast na zewnątrz robi to znacznie większe wrażenie, bo rysa jest całkiem pokaźna.

Ruszamy na trasę naszej wycieczki. Najpierw zaglądamy w miejsce, gdzie stał dwór. Teraz pozostała po nim tylko brama wjazdowa.

W roku 1781 Kryłów nabyła Józefa Chrzanowska. Jej syn Józef w miejsce drewnianego dworku wzniósł w 1820 roku dwór murowany klasycystyczny z wątkami barokowymi, zakładając także rozległy park. Była to wówczas jedna z bardziej znaczących budowli województwa lubelskiego. Kolejną spadkobierczynią dworu została Józefa Aniela Gabriela Chrzanowska, która wyszła w 1878 roku za mąż za Antoniego Horodyskiego z Mołodiatycz (jednego z najbogatszych ziemian w ziemi hrubieszowskiej). Dwór znacznie rozbudowano, podwyższono o jedno piętro, dostawiono z frontu wysoką więżę, całości nadano cechy neogotyku, przez co dwór stał się magnackim pałacem z prawdziwego zdarzenia. W czasie I wojny światowej pałac został znacznie uszkodzony, po czym tylko częściowo go odrestaurowano. W roku 1938 pałac został wykreślony z ewidencji zabytków. We wrześniu 1939 roku został zdewastowany przez Armię Czerwoną. Zerwano dach, stolarkę okienną, drzwi, rozkradziono wyposażenie. W czasie wojny pałac używany był przez Niemców do celów magazynowych. W lipcu 1944 roku wojska niemieckie cofające się od strony Włodzimierza Wołyńskiego ostrzelały pałac, powodując pożar. Po zniszczeniach wojennych obiekti nie został odbudowany. Ostatnim właścicielem był Mieczysław Ustaszewski, który w latach 60-tych zrzekł się majątku na rzecz Skarbu Państwa. Po roku 1960 rozebrano zachowane resztki ścian, portyku i południowego ryzalitu. Dziś po dworku pozostała neogotycka brama wjazdowa i domek odźwiernego przy parku (jak i sam park) oraz pałacowa studnia. Dawniej istniała nieopodal drewniana cerkiew pounicka, wystawiona na miejscu poprzedniej (sprzed 1667 roku), rozebrana w roku 1938 [źródlo: krylow.info].

Przedzieramy się chwilę przez gąszcz, po czym wiszącym mostem nad starym korytem Bugu wkraczamy na zamek. Właściwie to trudno powiedzieć, że to zamek – niewiele z niego zostało.

Dziś po zamku, który przed wiekami świadczył o potędze Kryłowa pozostały tylko same ruiny, które z roku na rok coraz bardziej zapadają się pod ziemię. Sam zamek został ufundowany przed 1585 rokiem przez Jana Ostroroga. Budowla ta została zniszczona przez liczne najazdy Kozaków, Tatarów i Szwedów. Zamek był potężną twierdzą (świadczą o tym resztki bastionu i lochy pod nim imponujące swoją wielkością oraz pozostałości pozostałych bastionów i zarysy rozległych murów kurtynowych), położoną na wysepce oblanej Bugiem, posiadającą mury grube na cztery łokcie, obszerne podziemia (które według opowieści starszych ludzi prowadziły także pod Bugiem aż do miasteczka, klasztoru czy nawet Włodzimierza), murowane bastiony, wały i przekopy.
Pierwszy zamek powstał tu najprawdopodobniej jeszcze w końcu X wieku. Była to konstrukcja drewniana, będąca jedną z warowni Grodów Czerwieńskich będących pod władaniem Mieszka I. Po zagarnięciu Grodów Czerwieńskich przez kaiążąt ruskich Kryłów przez prawie trzy stulecia nie leżał w granicach państwa polskiego. Zmieniło się to w 1387 roku, jednak właścicielami ziem pozostali ruscy feudałowie. Kryłów należał wtedy prawdopodobnie do księcia kobryńskiego Romana Lubartowicza a potem do jego potomków. W 1458 roku włość kryłowska za zasługi w wojnie trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim i w rządach w Królestwie nadana została przez króla Kazimierza Jagiellończyka Janowi Tęczyńskiemu, pierwszemu dygnitarzowi w Królestwie. Jan zmarł w 1470 roku a ziemię odziedziczył jego syn Mikołaj, który w 1497 roku otrzymawszy nominację na wojewodę i starostę ruskiego podniósł Kryłów do rangi mista i w miejsce dotychczasowego zamku drewnianego rozpoczą budowę zamku murowanego. W tym samym roku Mikołaj zginą w wyprawie bukowińskiej. W 1523 roku majątek po Mikołaju podzielono. Kryłów przypadł miecznikowi krakowskiemu Janowi Tęczyńskiemu, który to dokończył budowę zamku. Jan zmarł w 1541 roku a Kryłów w spadku w 1544 roku otrzymała jego córka Zofia. Została ona porwana przez Stanisława Ostroroga (kasztelana międzyrzeckiego), który zakochał się w niej bez pamięci. Stanisław uprowadził Zofię do Wielkopolski, gdzie została jego żoną. Jednak opiekunowie i krewni Zofii tego małżeństwa nie uznali, gdyż Ostroróg był aktywnym kalwinem a Tęczyńscy gorliwymi katolikami. Dopiero do dwuletnich pertraktacjach w 1546 roku małżeństwo zostało uznane a Zofia i Stanisław Ostrorogowie otrzymali Kryłów wraz z trzynastoma wsiami. Osiedlili się tu dopiero w 1560 roku a Stanisław założył zbór kalwiński, prowadząc ożywioną działalność polityczną i religijną. W 1561 roku podejmował tu Curiona, agena księcia pruskiego, w 1566 A. Vereria, dworzanina księcia wirtemberskiego. Stąd pisał też listy i posłania do Księcia Albtechta. Stanisław Ostroróg zmarł w 1568 roku, po czym Kryłowem rządziła jego żona. Po jej śmierci w 1588 roku włość przejął ich najmłodszy syn, Mikołaj, który w 1593 roku założył tu słynne gimnazjum kalwińskie, będącą jedyną poza Akademią Zamojską szkołą o wyższym poziomie w tym regionie. Wykładali tu znakomici nauczyciele i zarządzali znani ministrowie. Nie przeszkodziło to jednak w 1601 roku synodowi lubelskiemu w rzuceniu klatwy na ministra Serpentina z Kryłowa. W 1612 roku po smierci Mikołaja kwestia majątku nie została rozstrzygnięta. Spory dotyczące spadku trwały kilkanaście lat. Ostatecznie właścicielem zadłużonego majątku za 700 tysięcy ówczesnych polskich złotych został starosta kamionkowski Jarzy Wiśniowiecki wraz z żoną Eufrozyną Eulalią z Tarnowskich. Po śmierci Jerzego Eufrozyna wyszła drugi raz za mąż za podkanclerzego koronnego Hieronima Radziejowskiego. W 1651 roku zamek kryłowski został spalony przez Rosjan i Kozaków cofających się spod Lublina. Zniszczono wtedy mosta zamkowy, bramę, drewniane budynki stojace w tyle zamku, młyn o dwóch kołach, statki szkutnicze, namioty, zbroje. Zasoby bibloteczne zatopiono w rzece Bug, część murów zamkowych została zburzona. W tym czasie Hieronima nie było w kraju, ze względu na ciążące na nim wyroki za liczne przewinienia. Jednak w końcu po burzliwym zyciu i darowaniu kar wrócił do Polski i odbudował zamek w Kryłowie. W 1656 roku w zamku kryłowskim przez dwa dni gościł król Jan Kazimierz, będąc w drodze pod Beresteczko. Hieronim uzyskał łaski króla i jako jego poseł wyjechał do Turcji, gdzie zmarł w 1667 roku. Kryłów objął jego syn Michał Stefan Augustyn Radziejowski biskup warmiński, następnie arcybiskup gnieźnieński i prymas, a w końcu kardynał. Był hrabią na Kryłowie i Radziejowicach. W Kryłowie 1687 roku wysłannik papieski A. Cuzani wręczył Radziejowskiemu kapelusz kardynalski. Kardynał przyjaźnił sią z wojewodziną łęczycką Konstancją Towiańską z Niszczyckich. Jej zapisał część swych dóbr a Kryłów w 1694 roku przekazał kasztelanowi łęczyckiemu Krzysztofowi Towiańskiemu, synowi Konstancji. W 1705 roku włość przejęła siostra kardynała Anna (żona Wojciecha Remigina Prażmowskiego). Późniejszmi właścicielami byli Hieronim Kaziemierz a po nim Michał Prażmowski. Włością zarządzali administratorzy zwani gubernatorami lub dzierżawcy (dbający o własne interesy), gdyż właściciele nie mieszkali w Kryłowie. Majątk popadł w długi, czego konsekwencją były liczne i długotrwałe procesy sądowe. Przez kilka lat władał tu Jerzy Lubomirski. W 1710 Kryłów został spalony przez Szwedów a w 1718 roku dalszych zniszczeń dokonali konfederaci. Zamek stał się ruiną. W 1753 roku dobra przejął Józef Jeżewski, stolnika płockiego regimentu konnego buławy polnej koronnej Jego Królewskiej Mośli i Rzeczypospolitej oberszteleytmana (cokolwiek miałoby to znaczyć). Ruiny zamku w tym czasie nie były jeszcze w beznadziejnym stanie, oba bastiony były częściowo naruszone i popękane ze względu na niestałość fundamentu. Mury pałaców zamkowych były w podobnym stanie, oba pałace nie posiadały dachów a sklepienia były całkowicie zawalone. Z czasem zamek popadł w całkowitą ruinę a jego cegły wybierano do budowy pieców i kominów [źródlo: krylow.info].

Zwiedzamy chwilę jedyną pozostałość zamku – podziemną cześć jednego z narożnych bastionów.

Jak zwykle ciągnę gdzieś z tyłu wycieczki, bo przecież muszę wszystko sfotografować 🙂 Pogoda dopisuje, gdzieś na horyzoncie mruczy burza, ale nas omija. Krążę po wyspie, podziwiając naturalny ogród kwiatowy. Wszystko pachnie, wokół mnie wije się Bug. Wąski i dziki. Na cypelku stoi wielki sum – symbol rzeki.

W tym miejscu stawiany jest most pontonowy z okazji Dni Dobrosąsiedztwa. Podobnie jak w Zbereżu, można tu przez kilka dni odwiedzać bezwizowo sąsiadującą z Polską Ukrainę. Przewodnik proponuje jeszcze, byśmy odwiedzili Świętego Mikołaja. Jest to podobno obowiązkowy punkt wszystkich wycieczek tutaj, więc nie możemy odmówić. Wpadamy z odwiedzinami do świętego, który spogląda na nas z niewysokiego wzgórza, otoczony dębami. Krótki postój, zaczerpnęliśmy wody z uzdrawiającego źrodła, posililiśmy się i w drogę.

Zerkamy na zegarki i okazuje się, że czas pozwoli nam na realizację jeszcze jednego  punktu. Jest to miejsce, gdzie Bug wpływa z Ukrainy do Polski i staje się rzeką graniczną.  Całkiem blisko, bo około 5 kilometrów za Kryłowem jest miejscowość Gołębie. Docieramy tam sprawnie. Droga jest nieco błotnista, ale trudy wynagradzają rosnące przy niej dzikie wiśnie, na które z ochotą rzuca się nieco już wygłodniała wycieczka. Spacer zajmuje około 20 minut i tu niestety spotyka nas niespodzianka. Gdy oglądałem zdjęcia satelitarne, dalsza droga biegła wzdłuż pasa granicznego, okazuje się jednak, że ta jest nie obok, a biegnie po pasie. Jest spore ryzyko że Straż Graniczna aresztują nam całą wycieczkę, gdy ruszymy do odległego około 500 metrów Bugu, więc uznajemy, że „tu byliśmy” i nie ryzykujemy marszu po zaoranej ziemi. Powrót wiśniową aleją i zostaje nam dotrzeć na naszą kwaterę.

Ta została wybrana w miejscowości Ślipcze, gdzie Galernicy już mieszkali i przywieźli same dobre wspomnienia. Docieramy tam sprawnie, gospodarze witają nas serdecznie i po krótkim zamieszaniu związanym z dobieraniem składów do pokojów ruszamy na spóźniony nieco obiad. Jedzenie jest wyśmienite, przyrządzone wyłącznie z produktów pochodzących od naszych gospodarzy. Jest nawet przysłowiowe „mleko prosto od krowy”.

Najedzeni „pod korek”, chwilę odpoczywamy, jednak jest tu jeszcze jedna atrakcja, o której słyszałem i która nie daje mi spokoju. Gospodarstwo leży około 200 metrów od Bugu, który tutaj mocno meandruje. Musi być widokowo. Próbuję poderwać ekipę na wieczorny spacer i dość szybko udaje się zwerbować dużą grupkę. Schodzimy w stronę rzeki, a potem zaczynamy się wspinać łąką, by znaleźć się nagle… nad urwiskiem. Widok przeszedł moje oczekiwania. Bug płynie głębokim wąwozem, wyżłobionym wodami rzeki w rozległym płaskowyżu. Największe jednak wrażenie robią skarpy. Niemal pionowe, 30 metrowe urwiska budzą lekki niepokój, gdy się podchodzi do ich krawędzi. A już myślałem, że ta rzeka niczym mnie nie zaskoczy. Jest już trochę mało światła, więc postanawiam pojawić się tutaj skoro świt. Na razie jednak przechodzimy wzdłuż dwóch ogromnych zakoli rzeki, by ostatecznie dotrzeć do bitej drogi i powrócić na naszą kwaterę. 

Zmęczenie daje znać o sobie i dość szybko odpływam, jednak niezmordowani Galernicy prowadzą dość długie dyskusje do świtu, co oczywiście mi nie przeszkadza, bo sen mam kamienny – jak zawsze 🙂