…czyli „rozmówki polsko-słowackie” 😉

Plan znany był od dawna – niezałatwione porachunki z Giewontem. Mekka klapkowców już dwa razy pogroziła nam zimowym palcem – „nie jestem taka łatwa jakbyście chcieli” 😉

Postanowiliśmy więc oblegać złośnika aż do skutku – a przynajmniej w myśl przysłowia „do trzech razy sztuka”. Przygotowania rozpoczęliśmy tym razem dużo wcześniej. Nakręcanie zacząłem już w grudniu, aby sprawnie zgrać skład i szybko zarezerwować schronisko. Rok wcześniej zrobiłem to o wiele za późno i pozostał nam Ornak zamiast Hali Kondratowej. Ale może dobrze się stało, bo pogoda była niezimowa…

Stały skład ustalił się błyskawicznie, a Wojtek podsunął mi myśl, która już za mną chodziła od jakiegoś czasu – zaprośmy Lenkę, poznaną na letnim zlocie w Zubercu słowaczkę  🙂 Trochę pełny obaw – w końcu znała nas tylko jako konsumentów czernohorskiego i oravskiej pohutki – wysłałem zaproszenie. Ku wielkiej naszej radości odpowiedź była natychmiastowa – TAK! Jako że miał to być zimowy debiut Lenki, przygotowałem szybko pisemny „poradnik zimowego turysty ircownika” 🙂

Nasz skład miała uzupełnić w tym roku jeszcze jedna osoba, czyli Basia z zaprzyjaźnionego fotoklubu z Siedlec. Przegadaliśmy z Basią temat gór przy okazji jesiennych Warsztatów w Janowie Podlaskim i od razu wyczułem, że to pokrewna górska dusza i szybko się wśród nas odnajdzie 🙂

Ostatecznie już na początku grudnia wykonałem telefon do schroniska na Halę Kondratową i zarezerwowałem komplet miejsc. Pozostało czekanie…

Im bliżej zlotu, tym większe jednak zaczęły się kłopoty ze składem. Taka tradycja… Najpierw okazało się, że Radek przeszedł operację i lekarze zabronili mu większych wysiłków, a za chwilę Grasię dorwała „choroba norweskich biegaczek”  🙁 Dwa filary zlotów odpadły w przedbiegach… Poległ też Baca, któremu przyjazd uniemożliwiły choroby i kłopoty zawodowe. Ostatecznie zostało nas osiem osób, ale na kilka dni przed wyjazdem Kasia z żalem powiedziała, że nie jest w stanie zostawić Koziołka z nianią i będzie nam kibicować z Zakopanego.

No to została szczęśliwa siódemka 🙂

Wyjazd tradycyjnie zaczyna się wcześnie rano, chociaż tym razem wcześnie oznacza na szczęście tylko 4 rano 🙂

Piotrek zostaje gwałtowanie wyrwany ze snu i jak zwykle zapomina grzebienia 😉 Po godzinie jesteśmy już w Siedlcach, gdzie czeka Basia z bagażem i pudełkiem własnoręcznie robionych mufinek 🙂 Potem już bez żadnych przeszkód przemieszczamy się tam gdzie zwykle, czyli do ośrodka sportu w Zakopanem. Przed Zakopanem łapię kontakt telefoniczny z Lenką, którą przygarniamy z dworca PKP. Jest lekko wystraszona i wcale się jej nie dziwię 🙂

DSC_5639.jpg  Tu spotykamy Kasię, Koziołka i nianię Koziołka. Wbijamy się do naszej ulubionej Kolibecki, ostrzegając nowych załogantów, żeby uważali na zamówienia, bo będą trudności ze zjedzeniem 😉 Równo o 14 przebrani, spakowani, z ciężkimi plecakami podjeżdżamy busem do Kuźnic i zaczynamy podejście do schroniska. Brzuchy pełne, to i idzie się całkiem dobrze. Pogoda może nie rozpieszcza, jest klimatyczna mgiełka, ale za to widoki piękne – drzewa obsypane są białym puchem. Pot trochę płynie  z czoła, bo początek szlaku ma spore nachylenie. Koziołek dzielnie maszeruje, a jak mu się nudzi marsz, siada na sanki i Kasia pracuje za dwoje 🙂 Odejście szlaku za budką TPN daje już trochę wytchnienia, bo jest prawie płasko.

DSC_5650.jpg  Szybko osiągamy Kalatówki. Tu Kasia z wielkim żalem żegna się z nami. Dalej idziemy już sami i po 40 minutach jesteśmy w schronisku. Ciężkie plecaki lądują na łóżkach. Co za ulga 🙂

Nasz plan zakładał, że wejdziemy wszyscy razem, ale wskutek kłopotów z biletami, Wojtek z Dorotką dojeżdżają 2 godziny po nas. Po chwili odpoczynku i krótkiej naradzie wyruszamy im naprzeciw. Minęli akurat Kalatówki, więc spotykamy się dość szybko 🙂 Powitanie, toast „ludwiczkiem” i teraz możemy im kibicować, idąc na lekko. Szczególnie Wojtkowi, który kolejny raz przestrzega „nie kupujcie plecaków dziewięćdziesięciolitrowych” 😉

Wypakowujemy plecaki i nareszcie możemy oddać się ulubionemu zajęciu, czyli gadaniu 🙂 Lenka przez chwilę szuka „zdroju ciepła”. Patrzymy na siebie z niepokojem… i wreszcie odnajdujemy kaloryfer 🙂

Z racji tego, że schronisko jest malutkie, a nasz pokój przechodni, szybko łapiemy świetny kontakt z innym ekipami. Basia szaleje z aparatem, bo fotografowanie ludzi to jej żywioł. Lenka zaczyna się uczyć wersji polszczyzny, jakiej zapewne nie uświadczy w szkole 🙂 Nad całością czuwa Basia, która jest polonistką i przywołuje „nauczycieli” co jakiś czas do porządku. I tak nie unikniemy za 2 dni określenia naszego zlotu jako „perwersyjnego” 😉 A miał być podobno „międzynarodowy”…

Kończymy dobrze po północy, starając się jednak dać wyspać sąsiednim pokojom… Chociaż słychać, że bawią się nie gorzej od nas 🙂

DSC_5721.jpg  Rankiem przeżywam szok… wstałem bez budzika o 6:30. Zapowiadane na dziś okno pogodowe już nas kusi za oknem 🙂 Zbiegamy na śniadanie i sprawnie ubieramy się w stroje szturmowe. Giewont, bój się 😉

W międzyczasie Basia przeżywa małe załamanie nerwowe po konsultacjach z zaprzyjaźnionymi góralami, którzy straszą ją jako mogą, byle nie szła z nami 🙂 Udaje mi się ją uspokoić obietnicą, że zawróci kiedy tylko zechce, jeśli poczuje się niepewnie. Z każdym jednak krokiem widzę, że promienieje coraz bardziej i już wiem że jest moja 😉 Idziemy w głąb doliny, przed nami przebiegła ekipa w rakietach, ślad jest wyraźny. Sprawnie docieramy w okolice Piekła i tu nasi poprzednicy robią ostry zwrot w żleb i ciągną ślad na azymut, który wyznacza krzyż na Giewoncie. Ten świeci co chwila bielą w pięknym słońcu, by za chwilę skryć się w chmurach. Lekko wieje, pogoda jak marzenie. Pomni wszelkich przestróg, rozbijamy stawkę wędrowców w długi łańcuszek – idziemy co 20 metrów, błyskawicznie nabierając wysokości. Letni szlak pozostał gdzieś dalej pod śniegiem, a my kierujemy się w okolice Szczerby. Stok jest stromy, więc staramy się robić minimum przystanków, aby jak najszybciej opuścić żleb i wejść na pierwsze wypłaszczenie.

DSC_5738.jpg  Tam wreszcie robimy chwilę przerwy. Kolejny kawałek stromego płata śniegu i jesteśmy na grani. Chwila przebijania się przez kosówkę, kilka skałek i stoimy pod pierwszymi łańcuchami. Tu zaczyna się szlak letni na szczyt. Jesteśmy u stóp „narodowej góry Polaków”.

DSC_5820.jpg  Poprzednia ekipa urządziła tu sobie biwak, jest Paula, Olaf, Grzesiek. Urządzamy mały obóz szturmowy. Teraz czas na atak szczytowy. Widać lekką niepewność w oczach naszych koleżanek, no ale determinacja zwycięża – być 15 minut od szczytu i nie wejść? Mam wrażenie, że wejście zajmuje nam nie 15 a 5 minut 🙂 Po prostu wbiegliśmy na szczyt. Łańcuchy są dobrze widoczne, pewnie asekurują, raki wchodzą w zmarznięty śnieg – więc cała siódemka stoi za chwilę przy krzyżu. Nareszcie 🙂

Giewont

DSC_5832.jpg  Radość i widoki. Widoki i radość. Najbardziej cieszą się Basia i Lenka – pierwsze zimowe wyjście w Tatry i od razu takie osiągnięcie. To się nazywa debiut! Co chwila odsłaniają się widoki na całą Halę Kondratową, Długi Giewont, tylko Zakopane w dole skryte we mgle, tak jak i Wysokie Tatry.

Robimy obowiązkowy zestaw zdjęć, zjadamy pieczarki i… żal opuszczać to miejsce. Cisza, spokój, rozległa panorama i tylko my. Aż trudno uwierzyć, że latem tworzą się tu kolejki, w  których nieraz przychodzi czekać 2 godziny… Teraz czeka nas zejście. Wiadomo, że te zawsze są trudniejsze. Widać przed sobą sporo powietrza, początek drogi nie jest ubezpieczony, a przy tym zasypany śniegiem. Trzeba uwierzyć, że raki działają i czujnie krok za krokiem pokonać pierwsze kilka metrów w dół. Doświadczenie bierze górę i schodzę pewnie aż pod ścianę, wspomagając się chwilami łańcuchem. Nasze koleżanki jednak pierwszy raz doświadczają ekspozycji i idą krok za krokiem, asekurowane przez męską część grupy. Na łańcuchach jest już łatwiej, jeszcze trochę uwagi i jesteśmy znowu na biwaku pod szczytem. Czekają tam na nas nasi znajomi i wspólnie zaczynamy ostrożnie schodzić w dół. Znowu ustawiamy większe odstępy, obserwując się nawzajem. W drodze powrotnej niektórzy zaliczają kilka drobnych zjazdów, na szczęście bez strat – z wyjątkiem jednego złamanego kijka 🙂

DSC_5869.jpg  Część grupy pokonuje drogę w dół dość szybko – u wylotu żlebu czekamy na schodzących wolniej, bo idą ostrożnie i powoli. Miejsce jest trochę wietrzne, więc decydujemy się na zmianę miejscówki na bardziej zaciszne i bezpieczne miejsce.

DSC_5910.jpg  Rozsiadamy się na dmuchanej macie Grześka, dziewczyny przechodzą przyśpieszony kurs sikania na śniegu – niestety brak dokumentacji fotograficznej 😉 Podejmuję próbę udawania niedźwiedzia, który wyłazi z kosówki, ale ku memu rozczarowaniu, nikt misia nawet nie zauważył… Stuptuty Pauli zrobione z worek-texów niestety uległy zużyciu i chyba jej trochę zimno, bo nogawki ma przemoczone do kolan. Robię więc ze swoich pleców osłonę od wiatru i tak czekamy na pozostałych, którzy nadciągają po około pół godzinie. Pojawia się też niezawodny Olaf, który ma chyba napęd atomowy… Towarzyszą nam „ludwiczek” i imbirówka, które nie pozwalają zmarznąć – wznosimy kolejny toast za sukces.

Ruszamy do schroniska, w którym pojawiamy się około 14. Bigosik, odpoczynek. Nim zdołamy dojść do siebie, wpada po raz kolejny Olaf i tak od niechcenia informuje że był własnie na Giewoncie i zszedł (zbiegł???) w 18 minut na dół. Po czym… bierze czekan i przez pół godziny rozbija lód przed schroniskiem „coby się ludzie nie ślizgali”…. ciekawe co on bierze? 😉

Basia próbuje prostować barwny język Olafa i zostaje „profesorką” 🙂

Zapada zmrok, kręcimy się od stolika do pokoju i trochę nas nosi. Pierwsi na nocny wypad wyruszają Wojtek i Konrad. Wypogadza się zupełnie, na nocnym niebie pojawiają się miliony gwiazd, księżyc świeci tak intensywnie, że można chodzić bez czołówki. Zarządzam „szkolenie lawinowe” czyli zabawy na śniegu. Nim jednak się wyszykujemy, pierwszej dwójki już nie ma… Potem się pochwalą, że zabiegli aż pod Piekło. My tradycyjnie wbijamy się w wąwóz 100 metrów za schroniskiem. Jest dużo śmiechu, próby zjazdów w różnych położeniach, nauka obsługi czekana, hamowanie niekontrolowanego zjazdu i na koniec zasypanie śniegiem 🙂

DSC_5968.jpg  Kończymy zabawy po złapaniu porcji śniegu w miejsca do tego nieprzeznaczone 😉 Teraz grzane wino, pogaduchy, wspólne przeżywanie sukcesu. O 22 wynosimy się na górę. Jako ósma dołącza do naszej sali zakręcona Paula, której śmiech spod sufitu towarzyszy nam cały wieczór 🙂 Piotr jak zwykle sypie kawałami jak z rękawa, a Lenka przechodzi ekspresowy kurs polszczyzny, jakiej nigdy nie nauczyłaby się w szkole 😉 Tłumaczymy jej nasze „dziwne” pseudonimy z FB. Konrad zostaje „ty niedźwiedziu”, Piotr „ty kocie wyleniały”. Ja może przemilczę kim zostałem…

Nie da się tu opisać śpiewnej wymowy Lenki – połączenie słowackiej intonacji z polszczyzną daje coś, co brzmi jak balsam dla uszu 🙂 Myślę, że w tym momencie Lenka ostatecznie pozbyła się wszelkich wątpliwości co do przyjazdu i poczuła się wśród nas jak w rodzinie.

W trakcie wspólnych rozmów ustalamy że nie kopiemy grobów… w planach mieliśmy kopanie jam w śniegu, co trochę dziwiło Lenkę. Jak nam za chwilę wyjaśniła – u nich „jama” ma dość „podziemne” znaczenie 😉 Ponieważ jesteśmy sami w pokoju, w dodatku przyłączają się sąsiedzi, pozwalamy sobie na trochę dłuższą i głośniejszą integrację. Z dolnego łóżka towarzyszą nam jęki fachowo masowanej Basi 😉 Nie ma że boli – jutro będzie jak nowo narodzona 🙂

DSC_5991.jpg  Nasze spotkanie trwa w najlepsze, gdy rusza temat, który już znamy z opowieści Lenki – morsowanie. Skłania to co poniektórych do podjęcia próby wyjścia na zewnątrz w strojach lekko niekompletnych w celach badawczo-organoleptycznych 🙂
Nie wszyscy się odważyli, ale kilka morsów wybiegło przed schronisko, a nawet fotograf wychylił się na chwilę w celu uwiecznienia tegoż wydarzenia, jednak czując przeciąg od dołu szybko uciekł 😉

Zmęczenie powoduje, że pomału odpływamy.

DSC_5998.jpg  Rano o dziwo o 6:30 budzę się wyspany i rześki. Wieczorem podziwiałem fantastyczne rozgwieżdżone niebo z wielkim księżycem, teraz wszystko zasnuwa mgła.
Na razie pułap chmur jest dość wysoko i widać naszą dzisiejszą drogę przez dolinę, ale z dzisiejszej wycieczki będziemy już wracali z minimalną widocznością.

Po obfitym śniadaniu sprawnie szykujemy się do wymarszu i obieramy kierunek na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Idziemy dłuższy czas dnem doliny, a pułap chmur stopniowo obniża się, by w końcu całkiem nas wchłonąć jak cukrowa wata 🙂

Basia i Dorotka decydują się na powrót do schroniska – zmęczenie dnia poprzedniego daje o sobie znać, a perspektywa braku widoków tylko utwierdza je w przekonaniu, że nie ma po co iść. W zasadzie swój plan wykonały dzień wcześniej i nikt nie ma do nich pretensji, że wracają 🙂 Basia zapewne zajmie się ściganiem z aparatem wszystkiego co żyje w schronisku i do tego nie ucieka, a Dorotka najpewniej będzie asystentką 😉

DSC_6019.jpg  My ruszamy dalej i szybko zbliżamy się do ściany kończącej dolinę, która stopniowo staje się coraz bardziej stroma. Mgła gęstnieje, widoczność spada do 10-15 metrów, nic nie widać, szlak skrył się głęboko pod śniegiem, tylko niezawodna aplikacja Trekbuddy w moim telefonie co jakiś czas utwierdza nas w przekonaniu, że idziemy we właściwym kierunku.
Wspinamy się zaśnieżonym żlebem w dużych, 10 metrowych odstępach, z jednej strony chcąc widzieć się nawzajem, a z drugiej próbując ograniczyć ryzyko zbyt dużego nacisku na zbocze. Wg wskazań GPS szlak najpierw trochę oddala się od naszej trasy a następnie zaczynają się zygzaki pod przełęczą, na które za chwilę się natykamy. Jeszcze parę metrów i stajemy z Wojtkiem przy słupku oznaczającym przełęcz 🙂
Tuż przed samym wyjściem na przełęcz tracimy na chwilę z oczu idących za nami – okazuje się że myśleli, że jeszcze sporo drogi przed nimi i 30 metrów niżej założyli biwak 🙂

DSC_6054.jpg  Pokrzykując we mgle naprowadzamy grupę stojąca niżej i już stoimy w komplecie. Zakładamy dłuższy biwak. Nie wieje, jest nawet niezbyt zimno, tylko ta mgła… Wkrótce zaczyna się z niej wyłaniać większa grupa, która podążała za idącym przed nami Grzegorzem. Grześ, mimo że nie jest ircownikiem, towarzyszył nam w wycieczkach na swoich rakietach już drugi dzień, bo chyba Lenka wpadła mu w oko. My jednak czuwamy nad naszą koleżanką, by nie straciła za bardzo głowy 🙂

Otwieramy plecaki i trwa świętowanie sukcesu. Zaskakujemy nowo przybyłych słoikiem pieczarek, ale okazuje się że oni też mają swoje zwyczaje – ekipa wyciąga paczkę białoruskich papierosów dla prawdziwych twardzieli a potem nogi…. i robi pompki 🙂

Mają też pigwówkę, którą dzielą się z nami 🙂
Zrzut ekranu 2015-03-02 o 18.56.19

Dłuższy popas trwa prawie godzinę. Wspominamy nasz ostatni pobyt tutaj – też nic nie było widać, ale wiało tak, że nie dało się ustać na nogach. Dziś jest cisza…
nie ma nawet odrobiny wiatru, więc się tak bardzo nie wyziębiamy. Niestety – rozjaśnienia, na które czekamy, też nie ma. Wszystko otula gęsta mgła. Docierają kolejne osoby i na przełęczy robi się całkiem spory tłum. Rozgrzewamy się gorącą herbatka z termosów.
Wojtek „łapie fazę” na Kopę Kondracką, ale brak perspetywy na widoki zniechęca mnie do tego pomysłu. Potem zbiorę za brak zdecydowania… ale artyści tak mają, szczególnie jak noszą kilka kg sprzętu foto na szyi i jedyną opcją jest testowanie balansu bieli 😉

DSC_6063.jpg  Czas schodzić. Po kilku metrach pada propozycja „dupozjazdu”. Pomysł trochę ryzykowny, bo w rakach, z plecakami i kijami w dłoniach. Ekipie idzie całkiem dobrze, podjeżdżają po kilka metrów, zwalniają, przyśpieszają. Ja niestety mam dodatkowy balast w postaci sprzętu foto na szyi. Siadam w rynnę śniegową, którą przed chwilą zjechali moi przyjaciele i błyskawicznie nabieram „speeda”. Hamowanie kijami idzie marnie, rakami nawet nie próbuję 🙂 Mając aparat przed sobą i brak perspektywy obrotu na brzuch na wypadek „utraty kontroli trakcji”, rezygnuję z jazdy już po kilkunastu metrach…
Nie wierzyłem, że można tak szybko nabrać prędkości na stoku, a jeszcze trudniej wyhamować tą szaloną jazdę. Teraz już wiem 🙂 I nie będę się dziwił wypadkom na stokach przy schodzeniu…

Moja rozpędzona ekipa znika we mgle, a ja depczę w mleku rynną zrobioną przez ich zadki. 10 minut zajmuje mi dotarcie do nich – czekają na mnie na małym wypłaszczeniu, zadowoleni z życia i jazdy bez trzymanki 🙂 Dalej dolina robi się płaska, nie da się już zjeżdżać i dość szybkim tempem po około pół godzinie docieramy do schroniska. Cała dalsza droga w dół odbywa się w gęstej mgle…

DSC_6071.jpg  Jest dość wcześnie, zjazd znacznie skrócił nasze zejście. Naszych pań nie ma, ustalamy że poszły na Kalatówki coś zjeść. Postanawiamy do nich dołączyć. 100 metrów za schroniskiem… spotykamy obie niewiasty dziarsko zdobywające wysokość na ostatnim podejściu 🙂 Dzięki naszemu urokowi osobistemu i sile perswazji decydują się na marsz z nami… W tył zwrot. Basia po kilku metrach kwituje nasz pomysł „chyba mam deja vu”… 😉 No, dwa razy w przeciągu kilku godzin iść na Kalatówki – tego jeszcze w historii zlotów nie było 🙂

Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Mgła nie odpuszcza. Lokujemy się w restauracji, zamawiamy miejscowe specjały… grzane wino rozleniwia…

Czas na mały wątek forumowy… od jakiegoś czasu utrzymuję kontakt z pewnym sympatycznym podróżnikiem imieniem Vlado. Jakkolwiek zarzekał się, że jest nietechniczny, udało mi się nauczyć go obsługi Trekbuddy 🙂  Przed zlotem pochwaliłem się, że będe na Kondratowej i ten postanowił mnie ścigać przez pół Polski, aby się w końcu spotkać… Co za determinacja 🙂 Nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłem, że wreszcie pogadam z Vlado na żywo po godzinach spędzonych „na słuchawce” 🙂

Kończąc obiad na Kalatówkach, odbieram telefon od Vlada, że jest już w schronisku razem z Iwonką i Markiem S. No to lecimy 🙂

Wpadam i rozglądam się… sympatyczna dwójka na ławce pod ścianą – ale przecież w życiu nie widziałem moich forumowych przyjaciół. Jedno spojrzenie – nie ma innej możliwości – to muszą być oni 🙂 Okazuje się jednak że to Marek S nie Vlado 🙂 Vlado przed chwilą wybiegł i zasuwa właśnie po ciemku na Giewonta… ma zaraz wrócić. Zaraz?
Nam ta wyprawa zajęła cały dzień 🙂 Już sie boję gdziekolwiek wyruszać z nim na szlak 😉

My sobie rozmawiamy z Iwoną i Markiem,a tu nie mija pół godzinny i jest – przyjemne pogaduchy przerywa gość, który energicznie wpada do schroniska z szerokim uśmiechem i obwieszcza, że troche sobie pobłądził po Giewoncie, ale w gruncie rzeczy to był wypad jak do sklepu za rogiem 😉

Rozmawiam z całą trójką jak ze starymi znajomymi 🙂 Góry i podróże jednak łączą. Próba zdobycia miejsc w schronisku dla Vlada i Iwony, którą prowadziłem od dwóch dni, niestety nie powiodła się, więc moi gości muszą zejść do gościnnego domu Marka. Pożegnaliśmy się, mówiąc sobie „do zobaczenia” – i mam nadzieję że nie było to nasze ostatnie spotkanie.

DSC_6077.jpg  Wracamy do integracji, którą energicznie kończy szefowa schroniska równo o 22, ustawiając wszystkich do pionu w sposób zdecydowany acz niezwykle sympatyczny 🙂 Pośród śmiechów rozchodzimy się na swoje łóżka, by tam już znacznie ciszej spędzić resztę wieczoru. Nam na ósme łóżko zostaje przydzielony pan „elastyczny” 😉
Wbijamy wszyscy na dolna platformę połączonych łóżek. Gorący prysznic, grzaniec i zmęczenie powodują, że koło północy zaczynam odpływać i zostaję przepędzony do śpiwora. Do tego te kojące jęki masowanej Basi 😉

DSC_6095.jpg  Powrót… ta chwila, którą chcielibyśmy odwlec jak najdłużej… Już teraz wiemy, że zlot był wyjątkowy, nowe zlotowniczki wniosły mnóstwo świeżości, radości i pomysłów. Mamy nadzieję, że zechcą jechać na kolejne zloty. Powielamy stary schemat: śniadanie, pakowanie, wspólne zdjęcie i już czas do domu…

DSC_6161.jpg  Szybko schodzimy do Kuźnic, obiad w Kolibecce, spotkanie z Kasią i Koziołkiem. Lenkę pakujemy do busa na Siwą Polanę, skąd ma pójść do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Zaskakuje nas swoim niezwykłym pomysłem powrotu do domu przez Grzesia – ale cóż – siła młodości 🙂 Na Grzesiu mają ją przejąć jej koledzy z Zuberca.  Niezwykła dziewczyna.

A my… jedziemy 8 godzin i o 21 jesteśmy w domu.

Suplement zdrowotny 🙂

Podejście
26Giewont
27Przełęcz pod Kopą Kondracką i Kalatówki
28Powrót
01

Zlot zimowy czyli „Wiosna, ach to Ty” 😉

Pomieszały się zupełnie pory roku – z różnych powodów tegoroczny zimowy zlot rozpoczął się po raz pierwszy w historii zlotów w styczniu i tu kompletne zaskoczenie – w Tatrach nie ma śniegu. Przed schroniskiem na Ornaku, gdzie zorganizowaliśmy tegoroczny wyjazd, leżał może centymetr śniegu, który w trakcie naszego pobytu całkowicie zniknął, cała Dolina Kościeliska zaś pokryta była świeżymi kopcami kretowisk… brakowało tylko kwitnących krokusów 🙂

Ale po kolei. W Polsce szaleją zamiecie, więc Grasia zakłada duży poślizg swego pekaesa i umawia się z nami na 12. To oznacza, że możemy zamiast jechać całą noc jak zwykle, spokojnie wyruszyć około 4 rano. Zamiecie faktycznie są, ale tylko przez około pierwsze 50 km – śnieg leci przez drogę, a po każdej mijanej z przeciwka ciężarówce przez chwilę jedziemy w białej chmurze. Na szczęście w okolicach Puław robi się już spokojnie, a chwilę później świt rozjaśnia świat i droga jest już spokojna. Podziwiamy piękną szadź jadąc przez Góry Świętokrzyskie, mijamy Kraków i w okolicach Rabki zachwycamy się pokrytymi świeżym puchem świerkami. Za chwilę Zakopane i wiosna w pełni. Biały płat śniegu na Gubałówce wygląda dość abstrakcyjnie 🙂

Grasia dociera chwilę po nas i wbijamy się do Kolibecki na rewelacyjne jak zwykle jedzonko 🙂 Strawa drwala stawia mnie na nogi. Za chwilę ruszamy do Kir, parkujemy i w drogę na Ornak.

dsc_4445  Od razu rzuca się w oczy przygnębiający widok skutków halnego, który szalał w Tatrach w ostatni tydzień grudnia. W czasie świąt w Tatrach i na Podhalu porywy wiatru dochodziły do 180 km na godzinę. Efekt – drzewa popękane jak zapałki, całe zbocza do około 1/3 Doliny Kościeliskiej    pokryte zwalonymi pniami. Wygląda to trochę jak po meteorycie tunguskim… Na szczęście po przejściu połowy Doliny wszystko wygląda już lepiej, tu większość drzew ocalała, ale wszystkie po kolei odejścia szlaków w stronę Doliny Chochołowskiej są nieczynne. Idziemy po resztkach śniegu, czasem nie ma go w ogóle. Mijamy dość nielicznych turystów i jedną hałaśliwą wycieczkę małolatów, która chyba padła gdzieś po drodze, bo na Ornak nie dotarła. Małolaty szaleją i trafiają nam Grasię śnieżką. Przeżyła 🙂

Wreszcie schronisko, zmęczony Piotr po kolacji natychmiast odlatuje do krainy snów. Odbywamy wspominkowe pogaduchy, wbijamy się po czubek nosa w ciepłe śpiwory i momentalnie zasypiamy. Jeszcze tylko przez chwilę próbuję sobie przypomnieć czy Ornak zawsze był tak słabo ogrzewany…

dsc_4257  O 7 rano wyłażę ze śpiwora ocenić sytuację. Kaloryfer lodowaty, więc lecimy szybko na dół wypić ciepłą kawkę i napchać żołądki przed planowaną na dziś wycieczką. Piotr walczy dzielnie ze swoimi stuptutami, ale wreszcie trzecia próba udana. Gotowi do wymarszu, wychodzimy przed schronisko. Od strony hali Ornak powieszono na schronisku taką wielką ohydną tablicę, zeszpeciła kompletnie urok budynku. Nawet mi się nie chciało rozstawiać statywu na zdjęcia nocne, żeby się nie denerwować. Nie da się tego dyskretniej zrobić?

Ruszamy w stronę Wyżniej Polany Tomanowej. Na ścieżce, gdzie kilka lat temu zakopaliśmy się w śniegu po 100 metrach, dziś leży 1 cm śniegu. Trochę przygnębiające, bo to przecież zlot zimowy… ale na szczęście im wyżej tym go więcej. A swoją drogą – żeby w lutym nie było w górach śniegu??? Dolina Kościeliska zryta kretowiskami, do szczęścia brakowało tylko krokusów 😉

Po drodze napotykamy intrygujące zjawisko. Na drzewie wisi polar…. nic to, pewnie ktoś zgubił…. Ale 500 metrów dalej na następnym wisi koszula 🙂 Obiecujemy Grasi, że na kolejnym będą wisiały gatki, a na przełęczy czeka jakieś ciacho 😉 Niestety nie czekało …

dsc_4069  Po około godzinie osiągamy nasz cel. Zielony szlak na Ciemniak jest zamknięty, więc zostaje zwiedzanie okolicy. Według mapy czerwony szlak wiedzie w stronę Przełęczy Tomanowej, która jest drugą najniższą przełęczą w całej grani Tatr. Tu warstwa śniegu jest już pokaźna i trudno ocenić gdzie biegnie ścieżka, zostaje więc azymut. Wspomagając się wskazaniami GPS z telefonu, pomału pniemy się w górę, zapadając się co jakiś czas w kosówkę. Co prawda żlebem wiedzie w miarę prosta droga, wolimy go jednak unikać. Zalega w nim twarda i spękana deska, która zapewne czeka tylko, aby ruszyć w dół. Robię zdjęcia pęknięć, aby pokazać potomnym „szczelinę w lodowcu” 🙂 Gdzieś nad Przełęczą Iwaniacką przelatują chmury o dziwnym kształcie. Jedna z nim to zdecydowanie był Obcy 8 Pasażer Nostromo 🙂

dsc_4160_1_2_tonemapped  Ostatni trawers z długiej grzędy i wreszcie jesteśmy na przełęczy. Widok rzuca na kolana. Jest po prostu pięknie. Intensywny błękit nieba, pojedyncze chmury, biel szczytów. Nagroda za dwie godziny przedzierania się w górę. Jak to mamy we zwyczaju, wyciągamy naleweczkę i świętujemy sukces. Wiatr trochę wieje, chwilami nawet mocno, ale da się ustać 🙂 Pozytywnie naładowani, ruszamy w dół po własnych śladach. Tym razem poszło nam szybko, skróciliśmy nawet nieco drogę nie wbijając się w kosówkę, tylko idąc krawędzią żlebu w rozsądnych odległościach.

W schronisku lądujemy jeszcze przed zmrokiem. Marzy nam się placek po zbójnicku, szczególnie po kulinarnych wspomnieniach z Kolibecki, ale niestety ten serwowany w schronisku bardziej służy do zapchania żołądka i oszukania głodu niż do delektowania się smakiem. Ale też sprawiedliwie dodam, że zjeść się dał 🙂 Po obiadku oczywiście drzemka. Nadciąga wieczór, podrywamy się i zdzwaniamy z Wojtkiem i Dorotką, którzy mają do nas dołączyć w nocy. Ponieważ schroniskowe piwo do najtańszych nie należy, rodzi się pomysł zakupu tegoż przez jadącą do nas ekipę, a my zejdziemy do Kir i wniesiemy stosowny ładunek. Osobiście wniosłem w plecaku 10 puszek 🙂

W oczekiwaniu na wymarsz dzwonimy do Radka, który nie mógł nam w tym roku dotrzymać towarzystwa. Humor ma jednak – jak to on – dobry i zaskakuje nas cytatem z klasyka, że „wódka wprowadza element baśniowy do rzeczywistości”. Powiało patosem 🙂

Żarty żartami, a tu czas ruszać. Woda, która płynęła w dzień drogą z Kir, teraz przymarzła, więc tempo marszu jest nienadzwyczajne, bo zamiast kroków, jest jeden długi ślizg. Bardzo szybko Grasia wyłapuje efektowną glebę. Komentarzy nie zacytuję 😉  Próbujemy z Piotrem niewiastę ratować, ale ta uparta leży i mówi: „a jeszcze sobie poleżę”. Na szczęście obywa się bez strat, nie licząc obitego kuperka naszej koleżanki. Zachwalam przy tym umiejętności Piotra  w stosowaniu leczniczego masażu, ale entuzjazmu nie ma 😉 W kirach pojawiamy się około 22, a po 20 minutach są już Wojtek i Dorota. Powitania, graty na plecy i już bez niespodzianek docieramy około 1 w nocy do schroniska. Po wyjątkowo krótkiej integracji decydujemy, że „trzeba rano wstać”, w co nikt za bardzo nie wierzy 🙂

No i stało się, śpimy prawie do 9 🙂 Śniadanie, ubieranie się i do wyjścia jesteśmy gotowi przed 11. Późno, ale co tam – czołówki do plecaka, nie pierwszyzna. W międzyczasie Grasia opowiada nam swój fascynujący sen o jogurcie 😉

dsc_4279  Wieje… ale mamy nadzieję, że nie za mocno. Na szlaku na Przełęcz Iwaniacką wiosna. Idziemy po kamieniach, mocno zbulwersowani 🙂 Chwilami pojawiają się drobne płaty śniegu. Biało robi się dopiero pod samą przełęczą. Po drodze mijamy ciekawy okaz świerka, który pękł w pionie na długości kilku metrów i z każdym najlżejszym podmuchem wiatru wydaje tajemnicze skrzypiące odgłosy, co Wojtek kwituje sentencją „tu nie ma co podziwiać tylko trza sp…ć”. Na przełęczy kilka osób się przepakowuje, jedni ruszają w górę, inni już wracają. Spotkany wczoraj pod Tomanową krakus opowiada nam swoje przygody z grani pod Ornakiem – zjeżdżający po zboczu plecak, zabrany przez wiatr i próba jego odzyskania, zakończona wyjazdem deski śnieżnej spod stóp. Góra pogroziła mu palcem mimo dwójki lawinowej. Ostrzeżenie przyjmujemy również do siebie.

dsc_4324  Po 10 minutach kończy się las i tu wreszcie widać zimę, no ale jest około 1500 m npm. Zakładamy raki i w drogę. Wejście na grań Ornaku staje się dość ekstremalne, bo ściana staje mocno, a do tego gwałtowne porywy wiatru co rusz wstrzymują zdobywanie wysokości. Kilkusekundowe uderzenia mas powietrza powodują, że wbijamy się wszystkim co mamy w zbocze, aby przeczekać atak i po chwili szybko wykonać kilka zdecydowanych kroków w górę. Jest naprawdę stromo, bo zimowy szlak nie idzie zakosami, tylko najkrótszą drogą podchodzi w górę. Godzina walki i wreszcie grań. Co za widok! Warto było powalczyć.

Zbieramy się wszyscy i zwartą grupą ruszamy w stronę Ornaku. Nagłe porywy wiatru co chwila wstrzymują nasz marsz – w takich chwilach wbijamy mocno raki, kije robią za podpórki i tak wbici czterema punktami w śnieg dajemy odpór wichrowi, który próbuje zamienić nas w żagiel 🙂 Warunki świetnie nadają się do ćwiczenia pozycji „na Małysza” 🙂 Tylko telemarki trochę rozchwiane 😉

dsc_4385  Mijamy Suchy Wierch i zmierzamy w kierunku Ornaku. Niestety warunki się pogarszają, kończy się widoczność, ogarnia nas siwa chmura, a wściekły atak wiatru zatrzymuje nas na dobrą minutę. Do szczytu zostało pewnie ze 100 metrów, ale zgodnie ustalamy, że odpuszczamy. I tak mieliśmy nagrodę w postaci pięknych widoków na odwiedzany ostatnio Trzydniowiański Wierch, Dolinę Chochołowską, Babią Górę, Kominiarski Wierch i w drugą stronę – na halę Ornak i Tomanową Przełęcz.

W drodze powrotnej Dorotka przypomina sobie, że jest mistrzem podnoszenia ciśnienia i nagle zalicza szybki pięciometrowy zjazd. Wojtek zdefiniował w tym momencie na nowo pojęcie nanosekundy i przemieścił się w czasoprzestrzeni około 2 metry w bok, aby wyłapać ukochaną. Uff, na szczęście zaraz zatrzymała się sama. Zbocze było mocno zmrożone, do tego chwilami z 50 stopni, więc tempo zejścia siadło mocno, aby uniknąć kolejnych podobnych historii.

Na Przełęczy Iwaniackiej pojawiliśmy się wraz z zapadającym zmrokiem. Było jednak na tyle widno, że można było jeszcze wyczyścić plecaki z całych zapasów żywnościowych i gorącej herbaty 🙂 Potem czołówki na głowę i karkołomne zejście w rakach po kamieniach 🙂 W połowie trasy pokonujemy „lodowiec” i  w tym momencie z ulgą zdejmujemy raki i zbiegamy szybko do schroniska. Szło mi się na tyle dobrze , że nagle stwierdziłem, że oderwałem się od peletonu, więc chciałem trochę postraszyć ekipę. Muszę chyba jeszcze długo poćwiczyć, bo dzik w moim wykonaniu nie zrobił żadnego wrażenia 😉

dsc_4437  Nareszcie możemy siąść wszyscy razem i bez pośpiechu się zintegrować. Zajmujemy nasz stary kąt na piętrze schroniska, urządzamy obowiązkowe telekonferencje z nieobecnymi, likwidując przy okazji całe zapasy wniesione do schroniska. Jutro będzie lżej schodzić 🙂 Lodów za oknem niestety nie było, więc pozostaje tylko powspominać nasz pierwszy zlot na Ornaku. I pierwszy w ogóle. W drugim kącie siedzi inna ekipa, gra w karty i pogrywa na gitarach, więc klimat jest 🙂

Ostatni gasimy światło i do śpiworów.

Wstajemy z Piotrem przed ósmą, śniadanko i biegniemy w dół do Kir. Śnieg zniknął całkowicie, więc omijając kałuże w około godzinę jesteśmy na parkingu. Plecaki do bagażnika i w drogę. Zatrzymujemy się jeszcze na 15 minut przy rondzie w Kuźnicach, aby spotkać się z Kozicą, wyściskać, wręczyć zlotowe znaczki i jazda.

O 18 jesteśmy w domu i znowu mamy zimę. Jest ponad 10 stopni mrozu, zaspy przy drodze po 2 metry i więcej.

A wiosna została w Zakopanem…

Jeszcze załączniki z GPS:

Dzień 1:

tomanowa

Dzień 2:

ornak

Oszukać przeznaczenie. Właśnie tak postanowiliśmy określić tegoroczny – dziesiąty już – zimowy zlot górski. Z różnych powodów, o których nie warto już pamiętać, nastąpiła korekta terminu, efektem czego trafiliśmy na wręcz idealne warunki do wędrówek – jedynka lawinowa, bezwietrznie, przepiękne błękitne niebo i biel szczytów wokół Murowańca. To kolejne nasze podejście do Hali Gąsiennicowej i zawsze trafialiśmy na jakieś „apokaliptyczne” warunki – albo huragany, albo rekordowe opady śniegu. Jak to mówią – do trzech razy sztuka.

Skład stabilizował się do ostatniej chwili, nawet w trakcie zlotu – mieliśmy od miesiąca zarezerwowane 8 miejsc, ale ku naszemu rozczarowaniu zabrakło w tym roku dwóch weteranów – Radka i naszego „głosu rozsądku” w osobie Bacy. Przed zlotem dostałem jednak od Bacy specjalne pełnomocnictwa do pełnienia tej zaszczytnej funkcji 🙂 Na zwolnione miejsca dołączyli za to sympatyczni znajomi Grasi, którzy – mam nadzieję – dobrze czuli się w naszym zwariowanym towarzystwie. W sprawdzonej już formule porannej zbiórki dotarliśmy wszyscy nocą z 28 lutego na 1 marca do Zakopanego, by pierwszy dzień poświęcić na spokojne dotarcie do schroniska, rozpakowanie się, rozpoznanie terenu i niekończące się rozmowy i wspomnienia.

dsc_3705  Bialska ekipa wyruszyła około 1:30 w nocy, by po 7 godzinach jazdy wylądować jak zwykle w ośrodku COŚ, gdzie parkujemy od lat. Tym razem trafiliśmy na specjalną promocję – było chwilowe bezkrólewie, jeśli chodzi o najemcę parkingu, więc auto stało 4 dni za przysłowiową „darmochę” 🙂 Grasia z drugą torunianką – Paulą, tupały do schroniska już od wczesnych godzin porannych i jak szybko ustaliliśmy kończyły  właśnie porachunki ze Skupniów Upłazem. Grupa tarnowska miała mały poślizg, więc dostaliśmy polecenie gonienia torunianek 🙂 Chwilę później byliśmy już w Kuźnicach, gdzie wpadliśmy do dyżurnego baru na posilenie się, bo plecaki tego dnia mocno ciążyły od zapasów na kilka schroniskowych dni 🙂 Generalnie w tym roku postawiłem na optymalizację wagi plecaka i chyba nawet trochę się udało, bo przy ostatnich zakupach zacząłem zwracać uwagę na ten istotny parametr. Co z tego, że ręcznik, czy ciuchy były leciutkie, jak dobiłem do tradycyjnych 18 kg sprzętem foto 🙂 Nawet statyw się załapał 🙂

dsc_3715  Pełni sił ruszyliśmy ostro w kierunku schroniska. Pierwsze pół godziny szlaku do Murowańca wytapia wszystkie poty, ale w miarę zbliżania się do Boczania robi się łagodniej, obowiązkowy punkt widokowy na Kalatówki, jeszcze kawałek lasem i wreszcie Skupniów Upłaz. Tu lekki niepokój wzbudziły chmury, które nagle pojawiły się z dołu i za chwilę zasłoniły Zakopane i widok na Kopieniec. Na chwilę tylko otworzyło się okienko z widokiem na Jaworzynkę, ale dalej szliśmy już w chmurach. Jak zwykle czujnie brzegiem Wielkiej Królowej Kopy, potem szybciutko, bo prawie płasko i plecaki już tak nie ciążą, zrzucamy je za chwilę w pokoju i witamy się z Grasią 🙂 Pół godziny później wyruszamy ze schroniska na powitanie tarnowian. W międzyczasie drzewa pokrywają się piękną bielą szronu, bo zamglone powietrze jest wilgotne i trzyma lekki przymrozek. Jak tu nie szaleć z aparatem 🙂 Paula doznaje pierwszych objawów niedotlenienia i zaczyna tańce na tyczkach wytyczających szlak 🙂

Synchronizacja w czasie nie zawiodła i po kilku minutach z mgły wyłaniają się tajemnicze postacie, które przybierają kształt Wojtka i Dorotki. „Nie kupujcie nigdy dużych plecaków” – tymi słowami wita nas Wojtek 🙂

dsc_3774  Powitanie, toast „Ludwiczkiem” i pół godziny później jesteśmy w komplecie w schronisku. Tego dnia integrujemy się długo i wytrwale, wciągając do imprezy współlokatora Łukasza, który okazuje się niezłym łojantem. Przed północą „ściana się kładzie” i można iść spać 😉

dsc_3815  Rano niepokój dnia wczorajszego mija po wyjrzeniu przez okno. Mimo chmur widoczność jest znakomita i miejscami przebija się błękitne niebo. No tak – klątwa Gąsiennicowej przełamana. Błyskawiczna pobudka, pełna mobilizacja i już około 8 kończymy wspólne śniadanie. Zaraz potem jesteśmy gotowi na pierwszą wycieczkę. Na Zawrat! W ciągu pół godziny docieramy nad Czarny Staw Gąsiennicowy, podziwiając szybko zmieniającą się scenerię – najpierw widok na Kasprowy i Świnicę, za chwilę Mały Kościelec i wkrótce fantastyczna piramida Kościelca. Nad stawem zaś króluje skalny amfiteatr Orlej Perci. Puszczamy przodem Konrada i Dorotkę, jako wybitnych znawców problemu przekraczania jezior suchą stopą 😉 Ożywają wspomnienia z Doliny Pięciu Stawów, kiedy to nasi specjaliści próbowali skrócić sobie drogę przez Wielki Staw Polski, po czym dokonali błyskawicznej teleportacji na brzeg 🙂 Tym razem jednak nic nam nie grozi – przez staw ciągnie łańcuszek postaci – pół schroniska wybrało się tu dziś, aby odbywać najróżniejsze kursy turystyki zimowej. Istne tłumy 🙂 Kilka ekip odbija na prawo na Karb, my jednak śmiało podążamy na drugi brzeg. Stromym żlebem wspinamy się do wyżej położonej dolinki Zmarzłego Stawu, gdzie na lodospadzie ćwiczy spora grupka wspinaczy. My podążamy dalej, wychodząc coraz wyżej i oto „ostatnia droga” przed nami – strome, 400 metrowe podejście na przełęcz. Gdzieś głęboko pod śniegiem kryją się łańcuchy, które latem ubezpieczają podejście, teraz jednak żleb jest zasypany i zostaje pracowicie stopień za stopniem wspinać się aż na sam szczyt. Śnieg jest twardy, zmrożony, więc idę ostrożnie, asekurując każdy krok kijami i w ten oto sposób jako pierwszy osiągam Zawrat, zaskakując siebie i całą ekipę. No chyba jednak nie jestem jeszcze taki dziadek 😉

dsc_3950  W międzyczasie ścieżka którą podchodziłem skryła się w chmurze, która nadciągnęła od dołu. Tym większe wrażeni robiła druga strona przełęczy – fantastyczna panorama na Dolinę Pięciu Stawów Polskich oświetloną słońcem aż po horyzont, z królującym na wprost Krywaniem. Od czasu do czasu przez Dolinę przelatywały chmury przysłaniające na chwilę szczyty , ale i tak widok był rewelacyjny. W ciągu pół godziny byliśmy na przełęczy w komplecie. Sukces uczciliśmy jak zwykle – pieczarkami 🙂 Ponieważ jednak na przełęczy był lekki „cug”, aby mocno nie przemarznąć, zarządziliśmy odwrót. Zejście odbyło się bez problemów, jedynie trochę zmodyfikowaliśmy drogę, aby uniknąć przecinania żlebu. Praktycznie bez przystanków, jednak z mocno domagającymi się jedzenia pustymi brzuchami dotarliśmy pod 2 godzinach do schroniska.

Obiad zniknął w czeluściach naszych żołądków ekspresowo 🙂 Zmęczeni wpadliśmy do pokoju na dłuższe pogaduchy. Konrad wykombinował gitarę, więc zrobiło się całkiem swojsko, „żubry i renifery” towarzyszyły naszym śpiewom. I cóż tu dodać, wieczór stał pod znakiem nowych technologii. Zasięg sieci komórkowych pozwolił na wspominki z poprzednich zlotów ze wspomaganiem pamięci materiałami z www, które pracowicie od lat tutaj gromadzę 🙂 A poszukiwania muzyczne ułatwiło nam wbicie się w YouTube 😉 Szczególnie zapadł w pamięć Żywiołak z piosenką „Czarodzielnica” 🙂 Wieczór zakończył się turniejem „Jaka to melodia” – Konrad wynalazł radio internetowe z pełnym repertuarem Starego Dobrego Małżeństwa, a my na wyścigi odgadywaliśmy tytuły piosenek 🙂 Okazało się, że wszyscy jesteśmy znawcami SDM i mamy repertuar w paluszku…

dsc_4074  Kolejny poranek i znowu niespodzianka, a nawet dwie. Pierwsza – na zewnątrz pełna lampa, ani jednej chmurki. Druga – znowu wszyscy o 8 rano są gotowi do wymarszu. No chyba ciężko byśmy zgrzeszyli, ociągając się z wyjściem w takich warunkach 🙂 Szybko ruszamy znowu w stronę Czarnego Stawu Gąsiennicowego. Pół godziny i jesteśmy nad brzegiem, ponownie przeprawa na drugą stronę i tu następuje podział na obóz pierwszy i atakujących 😉 Grasia z Dorotką rozbijają biwak, pozostali wyruszając w stronę Żółtej Przełęczy. Z dołu droga wygląda na zwykły spacerek, ale stopniowo ściana staje dęba, śnieg jest twardy i zmrożony, chwilami nawet zęby raków ciężko jest wbić w stok. Po przejściu 1/3 stoku zawraca Paula, którą trudności lekko przestraszyły, a zaraz za nią Piotr, którego dosięga niemoc ze względu na ból nogi.

dsc_4164  Zostaje nas atakująca czwórka – Wojtek toruje szlak swoimi pancernymi butami, za nim Konrad „pogłębia” stopnie swoją wagą, ja jako trzeci z czekanem w jednej ręce i aparatem w drugiej uwieczniam wysiłki, stawkę zamyka Piotr „młody”. Czujnie, w pobliżu skalnych ścian, zbliżamy się do przełęczy. Jest naprawdę stromo,  chwilami z 60 stopni. Raki jednak pewnie trzymają, walimy czekanami w zmrożony stok dla lepszej asekuracji, choć nie zawsze chcą dać się wbić dostatecznie głęboko. Coś, co wydawało się półgodzinnym spacerkiem, zajęło 2 godziny i oto po pokonaniu ostatnich trawek stoimy na przełęczy. Widok na drugą stronę jest rozległy, ale nie zbliżamy się zbyt blisko krawędzi ze względu na nawis. Za to widok na stronę, skąd przyszliśmy, powala na kolana. Po lewej pręży się Orla Perć z pionową ścianą drogi na Zawrat, na wprost piramida Kościelca, w dole biała tafla Stawu, a za nią długa dolina opadająca w stronę Zakopanego. Wszystko oświetlone marcowym słońcem. Lekko wieje, nie przeszkadza nam to w podziwianiu widoków. Wyciągamy zapasy, chwila dla fotoreporterów i zaczynamy odwrót. Teraz dopiero skacze adrenalina, bo drogę w dół mamy cały czas przed oczami. Nie było jednak tak źle. Raki dobrze trzymają się śniegu, krótkie kroki, lekkie zakosy i stopniowo nasz stok kładzie się, a my pomału tracimy wysokość. Słońce pali nas jak na patelni, w końcu jest marzec. Na stawie pojawia się niesamowity cień Kościelca, jest coraz dłuższy i kryje stopniowo całą dolinkę, gdy docieramy na dół. Jeszcze spacer przez Staw i znowu jesteśmy w komplecie, gdzie wita nas opalająca się ekipa bazowa 🙂 Podziwiamy „słoneczko” Pauli, którą słońce ładnie usmażyło na czerwony kolor z wyjątkiem czoła skrytego pod czapką 🙂 Muszę jeszcze dodać, że w schronisku furorę zrobiło czerwone poncho Pauli, czyli koc  z dziurą na głowę 🙂 Do tego opalony „krążek” na twarzy i nie było chłopa, który by się nie obejrzał 😉

Pół godziny później „banda głodnych” wpada do schroniskowej jadalni na zasłużony posiłek i „zupkę piwną regeneracyjną”.

dsc_4422  Mimo zmęczenia, postanawiamy jeszcze wyjść na nocne szkolenie lawinowe 😉 Odpowiednie miejsce znajdujemy 100 metrów od schroniska. Ci, którzy jeszcze tego nie robili, dostają polecenie wykopania jamy noclegowej, pozostali uprawiają w tym czasie dupozjazdy modyfikowane, tzw. free style 😉 Po kolejnym zjeździe doceniam twardość czołówki i wrócę do domu z podrapanym nosem 🙂 No cóż, wypadki w górach się zdarzają 😉 A zabawa na śniegu i tak nie ma sobie równych! Mocno dotlenieni powracamy do schroniskowego pokoju.

dsc_4427  I tak kończy się kolejny, niepowtarzalny zlot. Poranek wita nas ponownie idealnie błękitnym niebem – po prostu żal opuszczać to miejsce. Śniadanie, pakowanie i ruszamy w dół. Podziwiamy całą okolicę Hali Gąsiennicowej, potem z Upłazu Giewont, w oddali Babia Góra jak Fujiyama i zaraz jesteśmy w Kuźnicach. Oczywiście nie ma zlotu bez Kolibecki, tym razem zamawiam kotleciki cielęce – pyycha! O 13 w drogę i po 7h jazdy witam się z domownikami 🙂

I galeria eksperymentalna czyli HDR.

Post Scriptum

Nasz osobisty „Everest” został niestety przyćmiony wydarzeniami ostatnich dni – najpierw cieszyliśmy się sukcesem Polaków zdobywających Broad Peak, ostatnie dni pełni niepokoju oczekiwaliśmy na zejście do bazy dwóch zaginionych wspinaczy, by ostatecznie pogodzić się  z tym, że jednak nie wrócą 🙁

Naszą wycieczkę dedykuję ich pamięci [i] [i].

***

Suplement z GPS

Czym jeszcze są w stanie zaskoczyć mnie góry? Pewnie niejedną niespodzianką, albo nawet kilkoma jednocześnie, tak w jak w tym roku 🙂

No to po kolei. Planowaliśmy nasze tegoroczne spotkanie odbyć w Murowańcu, ale okazało się, że na miesiąc przed terminem nie ma już wolnych miejsc pomimo że nie byliśmy najliczniejszą grupą. Skład ustalił się na początku stycznia i nie było wielkiego zaskoczenia: sami weterani zlotów – Baca, Xymox z Dorotką, Radek, Grasia a także rosnąca w siłę ekipa ze wschodu – Konrad z Piotrem. Całość składu zamknął autor relacji czyli Wiesio 🙂 Gdy okazało się, że musimy zrezygnować z Murowańca, zapadła szybka decyzja – Chochołowska. Dawno nie odwiedzana a do tego wiele rejonów, w których jeszcze nie działaliśmy.

Baca ekspresowo zarezerwował nam „ósemkę” i pozostało tylko odliczać dni. Niestety, im było bliżej zlotu, tym prognozy pogody były coraz gorsze. Podziwialiśmy galerie fotograficzne szczęściarzy, którym dane było chodzić po szlakach na przełomie stycznia i lutego. Optymizm wziął jednak górę i w nocy z 22 na 23 lutego ircownicy ruszyli w drogę. Synchronizacja wyszła niemal idealnie, nie licząc wpadki PKP 2 godzinnym opóźnieniem – Radek zdecydował, że będzie nas gonił w Dolinie Chochołowskiej.

dsc_9878  U progu Doliny Konrad zgotował wszystkim „gorące” przyjęcie, od którego aż oczy szczypały co wrażliwszych 🙂 Za chwilę ruszyliśmy rozsadzani energią ostro w górę – a właściwie to płasko, bo Chochołowska nie należy do takich, w których nogi wrastają w przysłowiową „dupę” 😉 Czas szybko zleciał i po około 2 godzinach z ulgą rzuciliśmy plecaki w naszej „ósemce”. Przy okazji okazało się, że w schronisku jest remont i cały jego klimat pomału zamienia się w klimat zwykłego hotelu… ale może się mylę. W każdym razie całe dwa dni towarzyszyły nam odgłosy stukania, piłowania i inne bliżej niezbadane. Pierwszą niespodzianką był Radek, który wpadł około 15 minut po nas, prawdopodobnie zakrzywiając czasoprzestrzeń, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że pociąg był opóźniony o 2 godziny. Szybko wykręcił koszulkę i zarządził zasłużony „zimny kufel” 🙂

Oceniliśmy po drodze pogodę na wywieszce w wersji – jak to określił Baca –  „dla amerykanów”. Na recepcji wisiały jakieś obrazki – chmurki, słoneczka itp. 🙂 Słoneczek było zdecydowanie za mało, jak na mój gust… i to się miało sprawdzić. Z nizin nadchodziły niepokojące wieści o deszczu, dodatnich temperaturach, roztopach itd.

Mimo to humory dopisywały i po spożyciu „zestawu młodego turysty” (kotlet chochołowski + okocim) zarządziliśmy odwrót do pokoju celem wypakowania ciężkich plecaków i rozpoczęcia wieczornej integracji. Wieczór zleciał błyskawicznie na wspomnieniach poprzednich zlotów, snuciu planów i rozważaniach, czy sprawdzi się prognoza. Zaglądaliśmy co chwila za okno, by przekonać się na własne oczy, że sople robią się coraz mniejsze a płynąca po nich woda sugeruje temperatury raczej nie zimowe 🙁 O 22 Konrad wykręcił żarówkę i grzecznie odlecieliśmy w objęcia Morfeusza 🙂

Prognoza niestety się sprawdziła.

Kolejna niespodzianka – nie ma zimy, z nieba leci drobna mżawka. Dawno zrezygnowaliśmy z planu wyjścia o 4 rano, by obejrzeć wschód słońca. Spokojnie zjedzone śniadanie, przygotowanie plecaków i ruszamy w stronę Grzesia z myślą, że „może się polepszy”. Do granicy lasu szło się jeszcze całkiem znośnie. Minęliśmy odgałęzienie na Przełęcz Bobrowiecką i wyszliśmy z lasu. Tu zaczęła się „jazda zimowa”. Lodowaty wicher miótł poziomo niewidoczną wodę, która jednak błyskawicznie nasączała co się tylko dało. Do tego bardzo słaba widoczność i brak tyczek z każdą chwilą coraz bardziej zniechęcały do wyjścia choćby na Grzesia. W mlecznej  rzeczywistości zarządziliśmy odwrót, biorąc przykład z napotkanych wędrowców, którzy również podjęli taką decyzję. W tym czasie nadciągnął z dołu Xymox z Dorotką, która pokonała kryzys związany ze skonsumowaniem bliżej nieokreślonej treści i mimo lejącej się wody poderwał wszystkich do akcji hasłem „bo liczy się wola walki”. W ciągu 15 minut idąc na gradient znaleźliśmy się na szczycie Grzesia.

dsc_9957  Błyskawiczne foto, tradycyjne pieczarki i pobiegliśmy w dół świętować w schronisku pierwszy na tym zlocie szczyt 🙂 A przy okazji się wysuszyć, bo nikt nie przewidział ulewy w środku lutego 🙂 Udało mi się nawet nałapać wody przez górę stuptutów, co skończyło się wilgotnymi nogawkami 🙁 Jeszcze więcej wrażeń miał Piotr, który pływał we własnym obuwiu… Aby nie było za łatwo, okazało się, że suszarnia „się zepsuła”, a kaloryfery są ledwo ciepłe 🙂

Poprzebierani w suche ciuszki zeszliśmy na tradycyjny obiadek i ponownie zaszyliśmy się pokoju na pogaduchy. Po średnio udanym dniu nastrój nieco siadł, ale w miarę, jak schły ciuchy, pojawiała się nadzieja, że sobota będzie lepsza. Prywatna służba meteo Konrada donosiła, że może pokazać się wytęsknione słoneczko, a dodatnie temperatury znikną w mrokach dziejów.

Ranek nie zapowiadał odmiany, która miała nastąpić. Ciemno, nieprzyjemnie – ale decyzja zapadła – idziemy na Trzydniowiański. Śniadanko, przygotowanie herbatki i zapasów na drogę i ruszamy. Już wyjście za próg schroniska przekonało nas, że warto było mieć nadzieję 🙂 Temperatura była zdecydowanie poniżej zera i aura nareszcie przypominała zimową. Z każdym krokiem było coraz jaśniej, zaczęły prześwitywać błękitne fragmenty nieba – momentalnie nas nakręciło i pędem polecieliśmy w dół Doliny, by odbić dolnym wariantem czerwonego szlaku w bok. Najpierw łagodnie lasem, po około 20 minutach zatrzymaliśmy się na polanie przed pnącym się w górę żlebem. Okazało się, że tu kończy się przetarta ścieżka i dalej gładko. Polanę zaś przecinał ślad, który schodził ze szlaku i bardzo stromo piął się w kierunku widocznej wysoko w lesie grani. Chwila wahania i uznaliśmy, że ślad zapewne zostawiły stare górskie wygi i nie ma powodu by pchać się w żleb zgodnie z oznakowaniem pod lawinę. Pojedynczo przecięliśmy śnieżne pole i zaczęło się  pracowite i ciężkie podejście zalesionym stokiem o nachyleniu około 60-70 stopni – najpierw prosto w górę a na końcu zakosami. Z prawdziwą ulgą wydrapaliśmy się na grań. Tu pierwszy raz powitał nas „zefirek”. Grań w tym miejscu jest odsłonięta (z mapy wynikało, że wyleźliśmy między Kopieńce), co powoduje, że wiatr hula tu jak chce, ale też widok na Kominiarski Wierch jest znakomity. Odpaliliśmy pierwszy termos, oczekując na całą grupę. Teraz miało się zacząć długie podejście granią. Już początek przekonał nas, że nie będzie łatwo – żadnych śladów, mnóstwo nawianego i zlodowaciałego śniegu. Dostąpiłem w tym momencie „wyższych stanów więzi duchowej z górami” i stąpałem po białej powierzchni, dziwiąc się że pozostali zapadają się co chwila, próbując odcisnąć w śniegu na pamiątkę swoje rodzinne klejnoty. Nie – nie przyznam się ile ważę 😉 Wojtek sugerował, że mam doskonałe BMI (cokolwiek to znaczy) i mogę zasuwać w skałki albo na ściankę. Może pora spróbować?

dsc_0099  Z niemałym trudem dotarliśmy do pierwszych drzew. Klucząc między świerkami, stopniowo zdobywaliśmy wysokość. Dość szybko natrafiliśmy na szlak, który opuściliśmy paręset metrów niżej. Im wyżej, tym rozleglejsze widoki się rysowały, a aura rozpieszczała nas pięknym słońcem, sunącymi chmurami i dla równowagi, a może by jej nas pozbawić -rosnącym w siłę wiatrem. Las się skończył i ujrzeliśmy nasz cel. Z jednej strony grań miała nawiany nawis, więc skierowaliśmy się ku jej drugiej krawędzi, idąc wzdłuż kosówki, depcząc lodowe kwiatki. Miejsce jest mimo wszystko bezpieczne, bo grzbiet grani jest szeroki i łagodny. Bez raków natomiast nie dałoby się przejść kilku kroków. Po poprzednim dniu i deszczu została warstwa lodu, w który wbijaliśmy się pracowicie przez następne kilkanaście minut. Podejście na szczęście jest tu łagodne, więc do asekuracji spokojnie wystarczały dwa kije z ostrymi końcówkami.

Biegnąc jak na skrzydłach ku szczytowi, czułem się prawie jak himalaista zdobywający solo wielki szczyt 🙂 Jednak tuż przed finiszem zorientowałem się, że chyba się mocno oderwałem od grupy – w tym momencie mocniej zawiało. Wyobraziłem sobie jak czekam w tym huraganie na szczycie na pozostałych, więc mój zapał na solowe sukcesy osłabł 🙂 Zdecydowałem się na mały wycof, by poczekać na resztę w spokojniejszym miejscu. Zebranie grupy szturmowej trwało około 15 minut i zdążyłem poczuć „ożywcze” działanie wiatru, mimo że pozapinałem się dość szczelnie – łącznie z okularami i maską z windstopera 🙂

dsc_0251  Szturm był błyskawiczny i w 10 minut staliśmy na szczycie. Lekko przycichło, wokół przewalały się chmury, widoczność doskonała, z jednej strony czubek Giewontu, z drugiej skryty w chmurze Wołowiec i za nim dwa Rohacze. Z radością oddaliśmy się konsumpcji kultowych zlotowych pieczarek w occie 🙂 Fotografowie szaleli, wiatr dmuchał i tak zleciała cała godzinka… Zarządziliśmy odwrót i równiutkim tempem pokonaliśmy grań aż do lasu. Tu krótki postój na nieco słodyczy i herbatkę i dalej w dół.

Filmowiec Radek postanowił nieco uwiecznić schodzących i w tym momencie Dorotka wczuła się w rolę gwiazdy – najpierw efektownie się zapadła a następnie zaliczyła krótki ale piękny zjazd. Jako pierwszy – jak przystało na przykładnego męża – zareagował Wojtek, zwracając się pełnym troski głosem do filmującego Radka – „masz to???” 🙂

Potem już tylko krok za krokiem na dno Doliny i 20 minut do schroniska. Ten dzień to była nagroda za nasz optymizm 🙂

Na tym jednak limit niespodzianek się nie wyczerpał.

dsc_0373  Poprzebierani i wysuszeni zeszliśmy do jadalni a tam … zastawiony stół! Kosz cukierków i kufelek dla każdego 🙂 W ten miły sposób Xymox z Dorotką uczcili swoje „czterdziestki”. Odśpiewaliśmy im huczne „100 lat”, a do nas dołączyła cała sala. Po części oficjalnej przenieślimy się znów do „ósemki” na trzeci wieczór intergacyjny 🙂 Pogaduchy do 22, pracowite kończenie zapasów i do śpiworów.

Pobudka o 7 rano, szybkie pakowanie, śniadanie i w drogę… 3 dni minęły nie wiadomo kiedy. Dolina Chochołowska pokryła się przez noc 10 cm świeżego puchu – wszystko było białe i czyściutkie – więc marsz w dół był wielką przyjemnością.

dsc_0433  Jak się okazuje, Dolina Chochołowska należy do jednej z bardziej niebezpiecznych 😉 W połowie drogi powrotnej w okolicach leśniczówki natknęliśmy się na spore lawinisko – już przetarte, ale musiało tam leżeć ze dwa metry śniegu o konsystencji betonu. Słyszeliśmy o niej dzień wcześniej jeszcze w schronisku – musiała zejść w deszczowy piątek. Udało mi się nawet wyszperać jakiegoś „newsa” ze zdjęciami: Lawina. Tu zaczęła nas trochę ponosić fantazja – zastanawialiśmy się, jak nazywa się ten żlebik i czy można go nazwać „żlebem ircowników”. Wśród bardziej śmiałych propozycji znalazło się przechrzeczenie Buli pod Rysami na „bulę ircowników” – o ile kiedyś wybierzemy się zimą na Rysy 🙂 Baca jednak przytomnie stwierdził, że takie nazwy to raczej po śmierci są nadawane 😉

dsc_0476  I tradycyjnie na koniec obiadek w Kolibecce. Około 13 dotarliśmy do Kuźnic na ostatni wspólny posiłek, potem tylko uściski, pożegnania i w drogę.

Do letniego zlotu już tylko kilka miesięcy 🙂

I galeria ze zlotu (dostępna również w „Góry zimą”)

W ramach poszukiwania nowych wyzwań rzuciłem hasło ruszenia na podbój Doliny 5 Stawów Polskich zimą 🙂 Pierwszy rekonesans po stronach internetowych wskazywał, że droga i schronisko będą tak zawalone śniegiem, że nawet jeśli jakimś cudem tam dotrzemy, będziemy w schronisku czekać do wiosny 😉

Aby nie tracić całego dnia, wpadaliśmy na szatański pomysł jazdy samochodem nocą, by dotrzeć wcześnie rano do Palenicy. Poszło nadzwyczaj gładko i dojechaliśmy dużo przed czasem. Dodam, że do ekipy pierwszy raz dołączył Konrad, którego zaraziłem górami ku utrapieniu pewnej niewiasty 😉 Ucięliśmy więc sobie drzemkę na parkingu na Głodówce z widokiem na Tatry, które odsłoniły nam się w całej okazałości. O 8 rano jako pierwsi klienci Schroniska na Głodówce rzuciliśmy się na placki po zbójnicku 🙂 W tym czasie reszta ekipy pomału zbierała się na parkingu w Palenicy. Zadowoleni z życia i z pełnymi żołądkami dołączyliśmy ok. 11 do reszty, ubraliśmy górski rynsztunek i ruszyliśmy w kierunku schroniska w 5 Stawach. To było ciężkie podejście – do Wodogrzmotów w miarę płasko, potem Doliną Roztoki coraz bardziej w górę. Ostatni odcinek to tzw. wariant zimowy, omijający Wielką Siklawę, ale pnący się zakosami na zboczu o nachyleniu ok. 45 stopni. Tu bez raków ani rusz, a widziałem twardzieli próbujących tej sztuki. Po 6 godzinach wreszcie stanęliśmy w progu schroniska. Z ulgą rzuciliśmy plecaki i tradycyjnie zaczęliśmy od wieczorku integracyjnego 🙂

Dzień drugi – wypoczęci i pełni energii postanawiamy zaatakować Zawrat. Wiatr cały czas towarzyszy nam w trakcie marszu – i staje się stopniowo coraz silniejszy. Widoczność raczej marna, idziemy od słupka do słupka w głąb Doliny – mijamy Wielki Staw, kolejne szlaki odchodzące na Krzyżne, Kozi Wierch i Kozią Przełęcz, jeszcze dalej obok szlaku znajduje się tablica Bronikowskiego upamiętniająca jego tragiczną śmierć na Zamarłej Turni. Wreszcie zdobywamy niedużą morenę, obchodząc ją wokoło i zbliżamy się do Kołowej Czuby. Przed nami trawers zbocza, kończący się przełęczą. Tu żarty się kończą, wiatr tnie i próbuje nas powywracać. Znajdujemy osłonięty kawałek przestrzeni pod ścianą i po krótkiej naradzie postanawiamy odpuścić. Próba trawersowania mogłaby się zakończyć niezłą jazdą w dół. Rozkładamy więc termosy, kanapki i co tam każdy ma i zarządzamy krótką imprezę na wietrze próbującym nam pourywać łby 🙂 Ziąb zaczyna się do nas dobierać i długo nie siedzimy. Zapamiętaną wcześniej ścieżką wracamy w dół – szukając śladów, które wiatr błyskawicznie zawiewa. Na szczęście widoczność jest w miarę dobra i bez większych przygód udaje się zejść w stronę Wielkiego Stawu, a potem całą Doliną do schroniska. Tego dnia nie zrobiłem na szlaku żadnego zdjęcia. Po zmroku poszliśmy jeszcze robić szkolenie lawinowe dla Konrada. Przeszedł błyskawiczny kurs kopania jam, dupozjazdów i hamowania czekanem. Przeżył. Potem cały wieczór śpiewaliśmy „parking strzeżony” 🙂

Kolejnego dnia nie liczyliśmy na wiele – rano przez okno schroniska patrzyliśmy na świeżo spadły śnieg, szalejący wiatr podrywający z ziemi biały puch. No tak – tradycja zlotowa – opady, zadymka, błękit nieba skryty za jednolitą siną warstwą chmur. Mimo to nie poddaliśmy się i zapadła decyzja o wymarszu  – za cel obraliśmy tym razem Kozią Przełęcz, nie licząc zresztą za bardzo nawet na to, że uda się dotrzeć pod samą Przełęcz. Pierwsza godzina marszu przypominała raczej zdobywanie bieguna, niż spacer tatrzańską doliną. Walka z wiatrem, kręcący się śnieg, niknąca w zadymce okolica… i tak krokiem za krokiem brnęliśmy szlakiem z poprzedniego dnia. Minęliśmy Wielki Staw i nagle…. stał się cud. To było najpiękniejsze zjawisko jakie spotkało nas od kilku zlotowych lat. Nastąpiła legendarna tatrzańska zmiana pogody. W kilka minut wszystko się uniosło jak zasłona w teatrze, wiatr przycichł i ukazał się rozległy amfiteatr skalny i intensywnie niebieskie niebo. Oto staliśmy w samym sercu Doliny 5 Stawów podziwiając niezwykły widok. To była nasza nagroda. Ruszyliśmy ostro w stronę Pustej Dolinki, delektując się co chwila niezwykłymi widokami. Doskonała widoczność pozwalała podziwiać każdy szczegół rzeźby skalnej Orlej Perci nad naszymi głowami. W Pustej Dolince rozbiliśmy „obóz szczytowy”, a Xymox z Radkiem postanowili spróbować sił z żywiołem w postaci dużej ilości śniegu w żlebie schodzącym z przełęczy. Długo nie powalczyli, bo śniegu było dużo, a przy sporym nachyleniu istniało spore ryzyko wyjechania.

Krótki zimowy dzień zmusił nas jednak do przerwania kontemplacji gór i powrotu. Wariant powrotny wypadł jakoś tak… na azymut 🙂 Bardziej przypominaliśmy stado baranów, które idą gdzie oczy poniosą, niż zorganizowaną grupę 🙂 Ekstremiści zdecydowali się nawet pójść na przełaj przez Wielki Staw, zachęceni widokiem idących wcześniej od strony Przełęczy Szpiglasowej. Kiedy jednak do butów zaczął im się lepić mokry śnieg, a ślady wypełniać wodą, dokonali błyskawicznej teleportacji na brzeg 🙂 Ale za to przeszli do legendy zlotowej 😉

Wieczorem nastąpiła ostatnia pożegnalna integracja, sen, rano pakowanie i wymarsz do Palenicy. Oczywiście przy nieustająco pięknej pogodzie – żal było opuszczać schronisko. Znów 10 godzin jazdy i powrót do rzeczywistości, w której ziemia jest płaska jak naleśnik.

I kilka panoram: