Otargańce czyli okrążanie wroga z flanki… taki tytuł przyszedł mi do głowy po 3 dniach spędzonych w Tatrach Zachodnich na tegorocznym zlocie.

Prolog

Organizacja zlotu w tym roku idzie opornie. Skład się ciągle nie może ustabilizować, co rusz ktoś wypada, ustalony wcześniej termin też pada pod naporem ciosu w postaci odwołania mnie z urlopu. Ustalamy kolejny termin, zbieramy się pracowicie od nowa i wreszcie udaje się poskładać „stabilny skład” . Bardzo skromny, ale niezawodny 🙂

Niespodziewanie kilka dni przed wyjazdem dzwoni Baca, którego nie było już w na zlotach od 3 lat i pyta czy śpiwór będzie potrzebny… Od razu poprawiają się nam nastroje. Witaj Baco wśród starej braci!

Ruszam o dziesiątej, po drodze przygarniam Basię, z którą umówiłem się na odbiór kilka dni wcześniej.  Po 5 godzinach jazdy jestem w Tarnowie, gdzie mam przejąć Bacę. Miło go widzieć po dłuższej przerwie zlotowej 🙂 Baca zarządza kawę u jego rodziców. Rodzice Ryśka to temat na osobną opowieść – cieszę się, że mogłem ich wreszcie poznać. Oboje mają ponad 80 lat, ale wcale po nich tego nie widać. W sympatycznej rozmowie poznaję kilka rodzinnych historii, ale czas nagli, chcemy dotrzeć o w miarę przyzwoitej porze, a teraz czeka mnie jazda po wolniejszym odcinku całej trasy.

Ruszamy dalej w stronę granicy. Rytro, Piwniczna i już Słowacja. Jedziemy sprawdzoną trasą przez Starą Lubovną i Spiską Belę. Zapada noc, jazda Cestą Svobody dłuży się, wreszcie jest nasz cel – Pribylina 🙂

Już w trasie zaskakuje nas informacja, że w Pribylinie nie ma knajpy, w której można by coś zjeść – jest tylko jedna z piwem 🙂 Przynajmniej  zaoszczędzimy parę euro i chociaż raz wrócimy bez przywiezionych ze sobą zapasów jedzenia 🙂

Bezbłędnie trafiamy na kwaterę, gdzie już czeka na nas Kasia z Koziołkiem i Elą, które wyjechały wcześnie rano z Warszawy i od kilku godzin poznają teren 🙂 My docieramy około 21. Integracja jest króciutka, bo każdy zmęczony. Po lampce wina szybko zaszywamy się w pokojach z postanowieniem wstania o siódmej.

Dzień pierwszy: Flanka lewa – Dolina Jamnicka

Sprawna pobudka, śniadanie i o 9 ruszamy na szlak. Opcja na dziś to „rozchodzenie doliną”. To określenie trochę zmieni tego dnia znaczenie, szczególnie jeśli chodzi o słowo „doliną” 🙂

Już na początek okazuje się, że jednak nie da się ruszyć na szlaki bezpośrednio z Pribyliny, tak jak planowaliśmy i najlepszym wariantem jest dojazd autem około 4 km w pobliże campingu, gdzie zaczyna się wejście do Doliny Wąskiej. Tak też będziemy czynić przez najbliższe 3 dni.

Ruszamy krótkim odcinkiem Doliny Wąskiej, odkrywając kolejne atrakcje: polany, płynący obok szlaku potok, tamę. Odkrycia najbardziej podobają się Koziołkowi, który upodobał sobie wrzucanie kamieni do potoku 🙂

DSC_0823  Po pół godzinie osiągamy rozstaj szlaków. My dziś wybieramy kierunek na lewo. Docieramy w okolice, gdzie odbywa się zwózka drewna, słychać piły, na drodze wielka ciężarówka z dźwigiem ładującym pnie ogromnych świerków. Obserwujemy chwilę załadunek, czekając na pozwolenie na przejście. Wreszcie jest machnięcie ręką i … wpadamy w błotnistą, rozjeżdżoną przez ciągniki drogę. Za nic nie przypomina to szlaku, nawet mamy chwilę zwątpienia czy na pewno jest tu jakiś przejście, ale znaki na drzewach  nas w tym upewniają, brniemy więc dalej. Skacząc po wykrotach – trochę lasem, trochę między koleinami – mijamy błotnisty odcinek, który kończy się kolejną ekipą ściągającą ze zboczy pnie świerków połamanych przez kalamitę.

Pracujący zatrzymują na chwilę maszyny, szybko przebiegamy parędziesiąt metrów i wreszcie droga się kończy, a zaczyna normalny górski szlak. Dolina przez długi czas jest płaska, ale w pewnym momencie droga zaczyna się wznosić. Mijamy leśną kolibę – w środku jest piecyk, prycze, przygotowany opał, obok wiatka do wypoczynku i schronienia się przed deszczem. Cena 5 euro „dla chętnych”, na kartce podany jest rachunek do wpłaty 🙂

DSC_0906  Plan rozwija nam się dynamicznie – dolina się kończy, a zaczyna wspinaczka leśnym zboczem moreny ją zamykającej. Mój urok i siła perswazji, że może „chociaż do rozstaju” przynoszą skutek w postaci zdobywania kolejnych metrów wysokości 🙂 W pewnym momencie idąc „za drzewko” natykam się na piękne borowiki i nawet mam chęć je tu zostawić, ale w ekipie jest silna frakcja grzybiarzy, którzy na ich widok szaleją ze szczęścia i za chwilą wszystkie sztuki lądują w reklamówce 😉

DSC_0918  Do naszego niebieskiego z boku dołącza zielony szlak i idziemy dłuższy czas ich wspólną częścią. Po raz kolejny ustalamy, że dotrzemy do następnego rozstaju szlaków, a potem się zobaczy 🙂 Ścieżka idzie ostro zygzakiem w górę, dzięki czemu dość szybko wychodzimy ponad las. Przekraczamy mostki, mijamy kilka polanek i już jesteśmy na rozejściu „pod Klinom„. Słupek informuje nas o czasach wyjść na okoliczne szczyty. Dziś chyba nie ma szans na ataki szczytowe. Tu podejmujemy decyzję o podziale grupy, bo kusi mnie „pleso” widoczne na mapie i jest w zasięgu zaplanowanej „czasoprzestrzeni” 🙂 Długo nie namawiam Bacy i Basi i zaraz ruszamy dalej, natomiast Kasia i Koziołkiem i Elą uznają, że plan wykonały i ruszają w dół na spotkanie Xymoxa i Dorotki, którzy mają dziś do nas dotrzeć. Zresztą nas czeka dalsze podejście, a Koziołek już trochę zmęczony, jest to więc jedyna słuszna decyzja.

DSC_0930 Panorama

DSC_1003 Idziemy więc dalej we trójkę górnym piętrem doliny, która przypomina nieco Kvetnicę. Z lewej strony króluje Baranec, łąka pełna kwiatów, szumią kaskady górskich potoków. Przekraczamy pola kosówki i wreszcie zza moreny wyłania się strzelisty Rohacz Ostry, a nieco niżej jest nasze „pleso„. Widać stąd końcowy fragment podejścia na Jamnickie Sedlo, ale dzieli nas od niego jeszcze godzina marszu. Zostaje więc cieszyć się ze zdobycia Jamnickiego Plesa, które mamy na wyłączność 🙂 Basia zachwyca się kijankami w stawie – każdy ma co lubi 😉 Do planowanej piętnastej mamy trochę czasu, wokół absolutna cisza i spokój, więc zakładamy dłuższy biwak. Rohacz pięknie odbija się w wodach jeziora, zza wielkiej piramidy Wołowca wyłania się na chwilę śmigłowiec TOPR, zatacza krąg i znika. Znowu sami. Robimy dziesiątki zdjęć, bo aura też sprzyja – pojawia się słońce. Chwilo, trwaj!

DSC_1008  Robimy sesje foto w ramce stojącej nad jeziorem, czas mija na pogaduchach i wspomnieniach. Jamnickie Sedlo kusi, ale jest trochę późno i postanawiamy twardo trzymać się planu, że „idziemy do piętnastej”. Ostatnie foto i w dół. Idzie nam to bardzo sprawnie, mijamy kolejne charakterystyczny punkty szlaku i już na dole po minięciu „błot” natykamy się na naszą ekipę i Wojtka z Dorotą, którzy dojechali z jednodniowym opóźnieniem. Jak zwykle radosne powitania i odwrót na kwatery.

Udajemy się do jedynego czynnego lokalu z piwem 🙂 Potem wracamy do naszego domku na wspólny wieczór przy gitarze. Tudzież tradycyjnych trunkach zlotowych z dodatkiem granatów 🙂 Soku z granatów dla ścisłości… Wspólne odśpiewanie kołysanki dla Koziołka kończy się „wylogowaniem” młodego wędrowca 🙂 Pośpiewaliśmy, zjedliśmy i do łóżek 🙂

Zrzut ekranu 2015-08-27 o 18.29.59

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.55.43

Dzień drugi: Flanka prawa – Dolina Raczkowa

Część ekipy wyraźnie zmęczona „spacerem doliną” poprzedniego dnia, od rana kilkukrotnie upewniała się, że dziś to na pewno będzie dolina 🙂

Dajemy sobie trochę luzu i wstajemy około 7:30, śniadanko i znowu do aut. Sprawnie parkujemy w pobliżu campingu jak starzy bywalcy i za chwilę znowu pokonujemy 30 minutowy łącznik do szlaków przez Dolinę Wąską.

DSC_1048  Tym razem odbijamy na prawo, na żółty szlak, który wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi ma być płaski 🙂 Ten lekko się wznosi, ale do przyjęcia, jak orzekają zwolennicy dolin 🙂 Ponownie mijamy pracujących przez zwózce drewna, zbocza wokół pokryte są wiatrołomami po kalamicie, a ekipy wyposażone w piły i ciężki sprzęt pracowicie usuwają ten bałagan.

Machnięcie ręką, że droga wolna i szybko przebiegamy dalej. Dolina Raczkowa pomału pnie się w górę, ale na tyle łagodnie, że nikt nie narzeka. Wojtek dostaje gorączki szczytowej i uznaje, że skoro wczoraj nie było mu dane się rozchodzić, to popędzi do przodu, by zdobyć któryś ze szczytów na końcu doliny. Za nim dostojnym krokiem rusza Baca, ale do Wojtka nikt dziś nie ma startu. Idziemy więc ze śmiechem grupką, gdy nagle zza zakrętu wyłania się terenówka, a w niej sympatycznie wyglądający skrzacik z rudą brodą i w zielonym mundurku 🙂 Dziewczynom błyszczą oczy i szybko wystawiają na widok publiczny swoje wdzięki (nogi oczywiście). Terenówka staje z piskiem opon 🙂 Pasażer siedzący obok kierowcy zostaje wyrzucony na zewnątrz, na jego miejsce pakują się trzy niewiasty, bo tyle jest miejsc i tylko kurz opada za śmigającym dalej autem i pasażerem, który zasuwa za nim pędem. Grzeczny piesek 🙂

DSC_1075  No cóż, nie załapałem na podwózkę, to wypada ruszyć z kopyta. Za chwilę dopędzam Dorotkę, która upewnia się że nie miała omamów wzrokowych i dość szybko trafiamy na polankę, gdzie stoi auto, którym dopiero co pędziły ircowniczki. Jest tam też Baca, który drapie się w głowę, jak to się stało, że dziewczyny były za nim, a teraz widzi je daleko przed sobą na szlaku 🙂

No to w komplecie idziemy dalej. Kończy się bita droga, a zaczyna normalny górski szlak – wąska kamienista ścieżka, wspinająca się dalej w górę. Jak zwykle ustalamy, że „idziemy do rozstaju”, a tam ocenimy czas. Dostajemy od Wojtka sygnał, że czeka na nas fajna koliba. Wypatrujemy na zboczu coś, co przypomina typowy słowacki słupek na szlaku i wydaje się on dość odległy, ale na szczęście okazuje się, że koliba jest znacznie niżej. Donosi nam o tym szybsza część grupy 🙂 No na taki argument jest tylko jedna reakcja – pędzimy w górę. Trafiamy na potoczek, a na nim malowniczy mostek, gdzie odbywa się obowiązkowa sesja foto w różnych pozycjach 🙂 Jeszcze „kilka ruchów” i  rozkładamy klamoty przy kolibie.

DSC_1092_3_4_tonemapped

DSC_1137  Próbujemy zgadnąć jak daleko doszedł Wojtek. Ten jest lekki na wspomnienie i wkrótce odzywa się, podając trochę szczegółów, co jest dalej. Zachwala urok napotkanych „ples„, ale jednocześnie wspomina o „krótkich podejściach” 😉 Dziś jednak, pomni doświadczeń dnia wczorajszego, nie do końca mu wierzymy i decydujemy się na odwrót 🙂 Spokojnie schodzimy na parking, a zajmuje nam to ponad dwie godziny. Dolina Raczkowa to jednak długa dolina 🙂 Baca, który narzeka na ból kolana, zostaje cudownie wyleczony żelkami Kasi 🙂 Bardzo szybko po nas pojawia się też Wojtek, który zdążył „zaliczyć” dwa szczyty i zbiegł Doliną Jamnicką.

Wpadamy na kwaterę dość wcześnie, bo zaraz ma się zjawić Lenka. Długo nie czekamy – jest! Rzuca się na wszystkich z wielkiej radości. Wygląda, że trochę się za ircownikami stęskniła 🙂

DSC_1197  Wieczór rozpoczynamy w kuchni – najpierw dwudaniowy obiad zlotowy czyli makaron+makaron. Potem przenosimy się na grilla przed dom. Wojtek uprzedzony, że w okolicy nie ma żadnej knajpy, przywiózł „zestaw młodego działkowca”, czyli węgiel drzewny i podpałkę. Kiełbasę kupujemy w miejscowych „potravinach„. Robi się chłodno a my najedzeni wracamy do środka na wspominki i na ustalanie planu kolejnego dnia. A ten zapowiada się nieco trudniejszy. Dwa dni pięknej pogody utrwaliło w nas przekonanie, że trzeci nie może być gorszy. Lenka jak zwykle zaskakuje nas swoją polszczyzną, w której pojawia się określenie jednego z naszych dowcipów jako „perwersyjny inteligentnie” 🙂 Potem znowu gitara dla Koziołka i nieśmiertelny hit usypiający czyli , „było morze…” 🙂 Pobudkę zarządzamy przed siódmą.

Zrzut ekranu 2015-08-27 o 18.28.56

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.56.35

Dzień trzeci – grań Otargańców czyli atak frontalny

W zasadzie to mógłbym tę wycieczkę nazwać inaczej – tatrzańska maskara piłą Otargańców 🙂

Ten dzień przejdzie do historii zlotów – ze względu na najdłuższą jak dotąd akcję górską. Ale po kolei. Postanowienie dnia poprzedniego weszło w życie z godziną 7, gdy wszyscy karnie poderwali się i bez zbędnego marudzenia siedli do wspólnego śniadania.

DSC_1216  Po ósmej zapakowani jechaliśmy po raz trzeci do ujścia Doliny Wąskiej. Jeszcze 30 minut znanego już na pamięć traktu i znowu stoimy u wylotu dwóch dolin. Koniec żartów, wbijamy się w środek w zielony szlak. Dodam, że mało chyba uczęszczany, do tego mocno sponiewierany przez kalamitę. Co chwila go gubimy, przecinamy, włazimy w jakieś skróty, stromizny, ale niewątpliwie szybko nabieramy wysokości. I wytapiamy litry potu. Na dystansie kilometra robimy około 300 metrów w górę. Dopiero po około godzinie w okolicy pracujących na stoku drwali ścieżka robi się klarowna i przede wszystkim łagodnieje. Tu straty w drzewostanie są największe, bo w zasadzie zostało zbocze pełne wykrotów. Podobno rok temu nie dało się tędy przejść.

DSC_1228 Panorama

DSC_1224  Zarządzamy odpoczynek i łączymy grupę, bo trochę się rozciągnęliśmy. Czekają nas kolejne setki metrów – Otargańce, na które zmierzamy, zaczynają się na wysokości ponad 1700 metrów. Ponownie ruszamy skacząc przez połamane drzewa i liny, którymi ściągają je ze stoku pracujący tu drwale. Wreszcie las, robi się trochę chłodniej. Idzie się coraz lepiej, szlak jest wyraźny i nie tak stromy jak początek – przekraczamy kolejne warstwy górskiego krajobrazu – las, kosówka i wreszcie docieramy na pierwszy tego dnia wierzchołek – Ostredok (1673m npm). Zaczynają się skały. Idziemy wąską ścieżką przylepioną do grani i dość szybko osiągamy Ostredok wierzchołek północny (1714 m). Miejsce jest osłonięte, więc możemy założyć dłuższy biwak w oczekiwaniu na resztę grupy. Są ze mną dwie kozice – czyli Kozica Właściwa – Kasia i Kozica Adeptka – Lenka. Obie zasuwają aż się kurzy. Jako trzecia tempa dotrzymuje nam nowicjuszka Basia – prawdziwa twardzielka, bo idzie po raz pierwszy przez taki dość trudny teren, a uśmiech ani na chwile nie znika z jej twarzy 🙂 Z racji wysokości jest dość chłodno, a poza tym lekko pochmurno i słonko nie przygrzewa, więc dziewczyny kończą lansik i zakładają długie spodnie, bluzy i kurtki. Dołącza Baca, który orzeka, że Wojtek z Dorotą idą wolno i czeka nas długie czekanie. Aby się nie przechłodzić, ustalamy, że Baca przejmie ekipę dolną, a my nacieramy na piramidę kolejnego szczytu – jest to Niżnia Magura (1920 m), która pręży się przed nami, budząc w dziewczynach lekki niepokój. Zdobycie góry idzie nam jednak sprawnie, bo pomimo wysokości i ekspozycji szlak jest poprowadzony zakosami i dość szybko można na nią wejść.

DSC_1275  Podział na dwie grupy – wolniejszą i szybszą stał się faktem. Łapiemy kontakt SMS i ustalamy, że my idziemy swoim tempem, oni swoim – tak będzie najlepiej i nie ma sensu czekać przez długie minuty na wolniejszych. Tym bardziej, że jest dość chłodno i o ile w trakcie marszu organizmy są rozgrzane, to parę minut siedzenia błyskawicznie je wychładza. Ubierać się na cebulkę tez nie ma sensu, bo intensywne podejście wytwarza dużo ciepła. A podejścia tego jest jeszcze sporo.

Teraz zaczyna się długi marsz od szczytu do szczytu. Dziewczyny świetnie sobie radzą, bo o ile Kasia niejedną perć przeszła, to pozostałe przeżywają swój „pierwszy raz” 😉 Czeka nas w sumie 6 szczytów, a każdy kolejny wyższy. Między szczytami tracimy z trudem zdobytą wysokość, na szczęście niedużo. Tendencja jest raczej taka, że każdy kolejny jest wyższy. Ostatni – Jakubina – będzie miał prawie 2200 m npm.

DSC_1289  Wkraczamy w świat powyżej 2000 m npm 🙂 Idąc wąskimi graniami, trawersując je czasem, wspinając się skalnymi kominami, klucząc między skałami – osiągamy kolejny szczyt. Jest to Pośrednia Magura (2050 m). Krótkie zejście na dół na Rysią Przełęcz (2000 m) i znowu do góry – coraz wyżej. Po obu stronach potężne ekspozycje, w dół lecą strome żleby mające 700 i więcej metrów przewyższenia, a grań ma czasem metr szerokości. Lubimy 🙂

Przypominają nam się z Kasią Trzy Kopy i aby je podnieść na duchu, zabawiamy pozostałe koleżanki opowieściami o trudnościach 😉 Tu jednak nie ma żadnych sztucznych ułatwień czy łańcuchów. Asekurujemy więc nowicjuszy i wspieramy dobrym słowem – i tak i mijamy kolejne szczyty.

DSC_1296  Zaczynam sobie uświadamiać, że idziemy dość wolno, albo czas na znakach jest źle oszacowany. Całość miała być na 4:30, my idziemy 5 godzin i jesteśmy w połowie grani. Niewesoło. Zaczynamy się wspólnie martwić o wolniejszą grupę, z którą tracimy kontakt wzrokowy zaraz za pierwszą kulminacja grani. Przez chwilę widzimy jeszcze Bacę, który zdecydował się dołączyć do drugiej grupy, ale on też wkrótce znika nam z oczu.

Kolejna jest Wyżnia Magura (2095 m). Tu idziemy po skalnym rumoszu, gdzie w zasadzie nie widać szlaku i skacze się po bezładnie rozrzuconych odłamkach skał, a kierunek wyznaczają widoczne od czasu do czasu znaki.

DSC_1332  Znowu krótkie zejście na Jakubińską Przełęcz (2069 m) i czas na finał. Jest to Raczkowa Czuba zwana po słowacku Jakubina (2194 m). Wejście wytapia z nas mnóstwo potu, bo z każdym metrem jest coraz bardziej stromo, a końcówka wiedzie już krótkimi zygzakami. Wreszcie sukces! Wyżej się już nie da 🙂 Na szczyt wchodzimy o 16:30 a za nami prawie 7 godzin marszu.

DSC_1325 Panorama

DSC_1338  Jest chłodno, wyciągam czapkę i rękawiczki. Cały dzień towarzyszy nam pochmurna ale stabilna pogoda. I całe szczęście. Spacer po mokrej skale nie należałby do przyjemnych. Nie siedzimy długo, trochę wody, kanapki i czas ruszyć w dół. Patrzę po raz kolejny z niepokojem na zegarek. Rozmawiamy ze spotkanymi na szczycie Polakami – też mają odczucie, że coś nie gra z oznaczeniami czasów, bo twierdzą, że szli szybko, a weszli w czasie zbliżonym do naszego. Krótka pogawędka, posiłek, foto i czas popatrzeć na drogę zejściową. Jej widok budzi trwogę 🙂 Do połowy całej trasy brakuje jeszcze sporo, a tu nie dość że późno, to druga grupa ma duże opóźnienie. Mamy dwie opcje: zejście Doliną Jamnicką albo Raczkową. Pierwszy wariant przeszedł wczoraj Wojtek i mimo że dystans jest krótszy – zdecydowania odradzał. Głównie za sprawą trudnego zejścia z Jarząbczego Wierchu. Zostaje wariant drugi. Lenka kombinuje, czy nie da się zjechać żlebem na worku 😉 Ma fantazje dziewczyna 😀 Skrótów niestety nie ma – musimy zejść najpierw na Jarząbczy Wierch.

DSC_1348  Zakładam czapeczkę i rękawiczki i śmigamy na wspomnianyJarząbczy Wierch (2137 m), który kończy grań Otargańców wbijającą się tu w główną grań Tatr. Grań jest trochę poszarpana, ale idzie się dość sprawnie i bez większych trudności pojawiamy się na Jarząbczym po około 30 minutach. Foto pamiątkowe i skręcamy w stronę Kończystego Wierchu. Odrobinę się rozciągamy, ale nie tracimy kontaktu wzrokowego. Kolejne 30 minut i pada ostatni dziś dwutysięcznik – Kończysty Wierch (2004 m). Poszło sprawnie, nadzieja wstępuję w serca, że zdążymy przed zmrokiem.

Tu pozwalamy sobie na kolejny odpoczynek, bo czasy w dół z grubsza znamy z wycieczki z dnia poprzedniego. Na grani od strony Starobociańskiego pozuje nam kozica. Ucinamy sobie też pogaduchy ze spotkanym polskim turystą, który częstuje nas swojską naleweczką 🙂 Wygląda na stałego bywalca tatrzańskich grani.

DSC_1367  Teraz już ostatnia prosta. 1000 metrów w dół i 8 km 😉 Zejście po trawiastym zboczu 500 metrów w dół, mimo iż nie sprawia trudności technicznych, jest męczące – szczególnie dla kolan. Kombinujemy z różnymi stylami pokonania stoku i jakoś udaje się zejść nad stawy bez strat w ludziach, a „kozice” (Kasia i Lenka) wręcz zbiegają 🙂 Bardzo szybko tracimy je z oczu. Nad stawami odbywa się koncert świstaków, jednak żadnego nie udaje nam się wypatrzeć.

DSC_1387  Teraz już tylko odliczamy kolejne znane punkty: koliba, „polanka leśniczego”, rozstaj przy Dolinie Wąskiej i wreszcie parking. Tempo marszu z każdym metrem rośnie, dla urozmaicenia wymyślamy wyzwania: 35 minut do polanki, 35 minut na rozstaj, wyprzedzenie widocznych przed nami turystów, potem kolejnych i tak…. z 3 godzinnego szlaku robimy 1.5 godziny 🙂 Idąc, śpiewamy piosenkę z pancernych „Przed nocą zdążymy” 🙂 Na finał ostatniego wyzwania mamy 20 sekund i wpadamy z językami na brodzie pod szlaban 🙂 Jest dwudziesta – 11,5 godziny w drodze. Ufff….

Pół godziny wcześniej dostaliśmy SMS że dwie wędrowniczki z naszej ekipy już są na kwaterze – jak one to zrobiły?? My wpadamy głodni do naszej chatki, potem rzucamy się w kolejkę do łazienki… a tu niespodzianka 🙂 Czeka nas zimny prysznic 🙂 I tak zostaję niechcący morsem. Kasia się krząta po kuchni a Lenka padła na łóżko jak nieżywa i stęka „Co wyście mi zrobili” 😉

Trzeci dzień pod rząd zjadam spóźniony obiad z dwóch dań: zupa makaronowa z torebki i na drugie paczka makaronu Knorra zalana wodą 🙂 Próbuję dotrzymać towarzystwa czuwającym, ale w końcu się poddaję i padam na łóżko. O 1 w nocy podrywam się jednak  i jadę pod szlaban po drugą ekipę, która szczęśliwie i w komplecie opuszcza szlak po 16 godzinach akcji górskiej.

Zrzut ekranu 2015-08-24 o 18.09.27

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.56.50

Dzień rozstania

Ten dzień zawsze wygląda tak samo… od rana krzątamy się przy pakowaniu. Mimo wczorajszych przygód wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni. Spotkaliśmy się, coś osiągnęliśmy, coś nowego zobaczyliśmy. Około 10 ruszamy w drogę powrotną… Tatry schowały się w chmurach, potem zaczyna się coraz bardzie płaski teren, a po 10 godzinach jestem w domu 🙂 Jeszcze tylko po drodze zaliczamy niechcący Air Show w Radomiu, stojąc w korku na wylotówce, a nad głowami podziwiamy akrobacje 🙂

Jest już plan na zlot zimowy 🙂

Tydzień urlopu spędzony w słowackich Tatrach pozwolił mi na odbycie kilku łatwych rodzinnych wycieczek. Niestety, mało stabilna pogoda powodowała, że najczęściej aparat miałem w plecaku, a na sobie przeciwdeszczowy komplet ubrań 🙁 A głównym tematem zdjęć stały się chmury i mgła 🙂

Mimo to trochę zdjęć zrobiłem – w tym sporo z okna zaprzyjaźnionego pensjonatu „U Paliho”.

Ruszamy na pierwszą wycieczkę w Dolinę Kieżmarskiej Białej Wody w kierunku Zielonego Stawu (Zelene Pleso). Początek trasy jeszcze jest słoneczny ale z każdym krokiem zaciąga się coraz bardziej. Przed schroniskiem zaczyna mrzyć, potem jest już tylko gorzej. Ostatnie zdjęcie robię z progu schroniska, fotografując ulewny deszcz 🙂 Wypijamy herbatkę, posilamy się nieco, czekając na poprawę pogody. Jest coraz gorzej, więc zbroimy się deszczowo i ruszamy w dół. Dolina jest długa, a marsz powrotny 3 godziny w strugach deszczu skutecznie zabija zapał i entuzjazm całej naszej ekipy. Humor poprawia nam dopiero doskonały obiad u naszych gospodarzy 🙂

DSC_0280 Panorama

Osłabione poprzedniego dnia morale wyraźnie daje o sobie znać od rana, więc decydujemy się na wycieczkę lekką, łatwą i przyjemną. W założeniach. Idziemy do Jeziora Popradzkiego (Popradskie Pleso) z myślą o zdobyciu Przełęczy pod Ostervą w razie nagłego i niespodziewanego ataku pięknej pogody 😉 Przemierzana już tyle razy trasa zaczyna się w pełnym słońcu, ale „klątwa godziny dwunastej” nie odpuszcza i wkrótce w głębi doliny zaczyna się kłębić ciemność 😉 Scenariusz raczej rozwija się w kierunku zbliżonym do dnia poprzedniego, więc poprzestajemy znowu na posiedzeniu w schronisku podziwiając Magistralę pnącą się zakosami na przełęcz i Popradzki Staw. Tego dnia odwiedzamy jeszcze Symboliczny Cmentarz Ofiar Gór, gdzie, właśnie pojawiły się tabliczki naszych spod Broad Peak…

Kolejnego dnia pogoda jest jak zwykle, a nawet gorzej 🙂 No to jak się nie da zdobyć góry, to można schować się w jej wnętrzu – w Jaskini Bielańskiej. Ze zdjęć w jaskini rezygnuję, bo wiem, że i tak nie oddadzą jej piękna. Jeszcze odwiedziny parku linowego i znowu zostaje fotografowanie chmur z okna – zresztą bardzo widowiskowych 🙂

DSC_0645 Panorama

Kolejny dzień zapowiada się nieco lepszy, mamy nawet pomysł, by wjechać na Łomnicę. Plan jednak nie wypala, bo brak już biletów na rozsądną godzinę, więc realizujemy plan B, czyli wjazd na Skalnate Pleso i przemarsz Magistralą do schroniska Zamkovskiego. Deszcz nie pada, a na gorę wjeżdżamy nowymi, pięknymi wagonikami. Okolice górnej stacji skryte są w chmurze, więc może i dobrze, że wyjazd na Łomnicę nie wyszedł – nie byłoby nic widać. Góra będzie stała, jest powód aby tu wrócić. Wyruszamy Magistralą w kierunku Skalnatej Chaty, a potem zboczami masywu Łomnicy w kierunku schroniska Zamkovskiego. Część trasy pokonujemy w chmurze, ale potem jest lepiej, nareszcie są piękne widoki w dół a na końcu czeka najlepsza zupka czesnakova.

Siedzimy chwilkę, oczywiście zamawiamy zupkę i pomału ruszamy na Hrebienok. Otoczenie szlaku robi coraz bardziej przygnębiające wrażenie, drzew już praktycznie nie ma, stoją jakieś uschnięte kikuty… Skryty niegdyś w lesie Obrovsky wodospad teraz prezentuje się na łysym zboczu 🙁 Mijamy Rainerovą Chatę i skręcamy jeszcze w kierunku wodospadów Białej Wody – tu też obraz zniszczenia, tylko same wodospady ładne jak zawsze…

Docieramy na Hrebienok, jedziemy na dół i zjadamy zasłużony obiad. Ta wycieczka zdecydowanie poprawia nastroje, bo i pogoda dopisuje, i widoki były 🙂

DSC_0734 Panorama DSC_0891 Panorama DSC_0895 Panorama

Jakieś zaawansowane obróbki 😉

A wieczorem mała orgia… chmur. Okno na Łomnicę nie ma sobie równych 🙂 Przewalające się zwały chmur ponad szczytami Tatr, deszcze lejące się z nich strugami, przebijające się światło zapewniają niepowtarzalne widowisko, a kolory są wręcz niezwykłe. Siedzę w oknie, dopóki ostatni promień słońca jeszcze coś wydobywa z mroku…

DSC_0991 Panorama

DSC_0996 Panorama Efekty wieczornego siedzenia w oknie 🙂 Ciężko było zrezygnować z któregokolwiek zdjęcia, więc prezentuję całą dużą kolekcję 🙂

Dzień wyjazdu – natura jak na złość pokazuje swe słoneczne oblicze… Niestety urlop się skończył…

W drodze powrotnej odwiedzamy Xymoxa i Dorotkę – w końcu 🙂

Day 0

Zlot numer czternaście – pomału zbliżamy się do jubileuszu. Za organizację zabraliśmy się dość późno, w zasadzie tydzień przed wyjazdem kwatery jeszcze nie były potwierdzone. Na wstępnego maila odpowiedział stary i sprawdzony skład 🙂 Jest też oczywiście Czternasty czyli Koziołek, który ma już 2 lata i dzielnie jeździ na kolejne zloty. Trochę szkoda, że część ekipy odpuszcza już zloty, ale takie życie… Ostatecznie pierwszy zaproponowany termin na 20 sierpnia dotrwał bez zmian aż do wyjazdu. Po kilku próbach znalezienia kwatery dostałem potwierdzenie, że czeka na nas drewniana chatka w Zubercu. O trzynastej spakowani ruszamy w drogę.

Pierwszy na miejsce przybywa Wojtek z Dorotką i przejmują kwaterę we władanie. Kasia z Ryśkiem jadą pomału przed nami, dopędzamy ich już w Zubercu, gdzie grzecznie czekają pod kościołem i już wspólnie docieramy do chatki na ulicy Pod Lanom 🙂

Jest godzina 21, zostaje nam czekać na Radka, więc siadamy do stołu i integrujemy się przy popcornie i innych tradycyjnych trunkach zlotowych. Przed wyjazdem Konrad wypatrzył na zdjęciach kwatery w Internecie mikrofalówkę i odpowiednio się przygotował 🙂

Jak zwykle nie możemy się nagadać… Integracja przeciąga się trochę, Radek przyjeżdża punktualnie o północy. My już trochę mocno zmęczeni, bo jeden hotdog po drodze to całe nasze dzisiejsze pożywienie, więc około 2 w nocy wszyscy padają do łóżek.

Day 1

DSC_1399 Wstajemy około 9, od rana pada. Spokojnie zjadamy śniadanie i w trakcie ustalamy, że jedziemy w okolice schroniska Zverovka obadać teren i ewentualnie odwiedzimy jakieś „Potraviny”. Taaa… od tego momentu słowo „Potraviny” nigdy już nie będzie dla nas oznaczało tego co zawsze… zupełnie na lekko, ubrani tylko na deszcz i z małymi plecakami wysiadamy na parkingu, oceniamy sytuację i ruszamy do pierwszego słupka z oznaczeniami szlaków. Rzucam hasło: „o, najbliżej to jest na Rakoń”. Temat w jednej chwili chwyta 🙂

Deszcz nas niespecjalnie zniechęca i ruszamy asfaltowa drogą żółtym szlakiem. Po 15 minutach Koziołek ma przemoczone buty, bo woda leje się z nieba w sporych ilościach, a małolat musi zaliczyć każdy kawałek trawy, każdy rów i nierówność terenu 🙂 Wygląda na zadowolonego z życia, ale odpuszcza za to Kasia w trosce o zdrowie syna i wspólnie z Dorotką podejmują decyzję o powrocie do schroniska. Pozostali człapią dalej asfaltem, a deszcz… przestaje padać 🙂

DSC_1427 Kończy się utwardzona droga, szlak skręca wreszcie w jakieś chaszcze i zaczynamy się wspinać w górę. Zrzucamy kurtki, robi się ciepło, bo organizmy pracują. Na szlaku żywego ducha. Idziemy około godzinę Doliną Łataną, trafiamy na pierwszy rozstaj – tu schodzi szlak z Grzesia. Debatując nad mapą dochodzimy do wniosku, że w sumie skoro Rakoń to może i Grześ?

Wyjście na rekonesans ewoluuje z każdą chwilą z niewinnego spaceru do „Potravin” w kierunku całodniowej wycieczki 🙂 Ścieżka robi się bardziej stroma, zdobywamy kolejne piętra górskiego krajobrazu i ani się obejrzymy jak jesteśmy nad kosówką na małej przełączce Zabrat. Przed nami 45 minut do Rakonia. Chwilę go widać, ale zaraz znika w chmurze.

DSC_1434 Zrobiliśmy sporo metrów w górę, więc wypadałoby się wzmocnić. Rozsiadamy się na ławeczce, podziwiając przewalające się nad graniami chmury. W brzuchach burczy więc sięgamy do plecaków i oceniamy stan zapasów – okazuje się że wyprawa jest „na bogato” 🙂 Mamy po batoniku na głowę i butelkę wody 🙂 Mimo to o odwrocie nie ma mowy… wyruszamy na szczyt. Podejście jest z gatunku nudnych, ale wysysających resztki sił 🙂 Ujmując rzecz bardziej emocjonalnie – upierdliwe 😉

DSC_1440 Panorama

DSC_1463 Szybko rozciągamy się na grani, starając się nie tracić sąsiadów z oczu, co przy widoczności rzędu 20 metrów jest zadaniem niełatwym. W końcu szczyt! Czeka tam już nasza czołówka wspinaczy, za mną idzie jeszcze Konrad, który później powie że miał chwile zwątpienia. Pierwszy zlotowy szczyt uwieczniamy pamiątkowym zdjęciem z cyklu „goryle we mgle”. Jesteśmy w najwyższym punkcie dzisiejszego szlaku, więc teraz już tylko długa droga w dół.

DSC_1472 Ruszamy Długim Upłazem, który w większości wiedzie w dół i po godzinie jesteśmy na Grzesiu. Szlak miejscami jest trochę błotnisty, ale udaje nam się jakoś obejść co bardziej mokre miejsca. Przed szczytem napotykamy pierwszych tego dnia turystów. Ot – taki urok wędrowania po Słowacji, co nieraz podkreślałem. Chwila pogawędki, foto pamiątkowe i ruszamy w dół. Puste żołądki nie dają o sobie zapomnieć całą drogę, a trochę jej jest. Zejście na parking w dół zajmuje ponad 2 godziny. Kijów oczywiście ze sobą nie wziąłem, więc zejście było wolniejsze niż zwykle, do tego krzesanie resztek sił. I oczywiście przystanki na zdjęcia, bo mgiełki tworzą z zielenią przepiękny klimat 🙂

DSC_1533 Panorama

Ze Zverovki wracamy do Zuberca poszukać knajpki. W samym centrum trafiamy do Oravskiej Izby, która na pierwszy rzut oka budzi zaufanie 🙂

Tu poznajemy Lenkę… 🙂

I smak Czernohorskiego, który będzie rządził przez 3 kolejne dni i dla niego będziemy tu się zjawiali co wieczór. A może dla Lenki? 😉

Wieczorem wyciągamy gitarę i naszym smętnym zawodzeniem usypiamy Koziołka 😉 Przed łazienką odkrywamy kanapę, która szybko staje się „lożą szyderców” – stoi na wprost przeszklonych drzwi od prysznica…

DSC_1545 Jest to wyjątkowy wieczór bo wznosimy toasty za dyplom Dorotki. Okazja jest wyjątkowa, więc jest i szampan – zamarznięty, bo nie doceniliśmy zamrażarki 🙂 Dorotka ubiera okolicznościową koszulkę, co oczywiście zostaje uwiecznione przez tłum fotografów 🙂

Integracja kończy się koło północy – prognoza na kolejny dzień sugeruje, że trzeba pójść na całość i zrobić coś ambitniejszego, a to oznacza, że musimy poderwać się wcześniej.

Day 2

DSC_1579 Rzeczywiście wstajemy wcześniej  i nawet dość sprawnie ruszamy znowu do Zverovki, ale na wyższy parking koło trasy narciarskiej. Zielonym łącznikiem szybko przebijamy się do asfaltowej drogi idącej w stronę Tatliakowej Chaty. Plan jest ambitny – chcemy do dotrzeć co najmniej na Banikovskie Sedlo. Kilka kilometrów asfaltingu, towarzyszy nam całkiem spory tłum, kojarzący się chwilami z drogą na Morskie Oko. W końcu jest piękna pogoda, więc niespecjalnie nas to dziwi. My wkrótce odbijamy w stronę Rohackich Wodospadów. Ludzi nadal sporo, Koziołek dzielnie kroczy, co jakiś czas trafia na ręce któregoś z wujków.

Przy Wodospadach jesteśmy po około pół godzinie marszu. 23 metry spadającej wody robią wrażenie. Tu Koziołek ma jednak kryzys i stacza zwycięską walkę z nosidełkiem. Kasia poddaje się i zarządza odwrót – postanawia zejść do asfaltu i pójść dalej do schroniska tradycyjną ceprostradą.

DSC_1627 My natomiast idziemy dalej do skrzyżowania szlaków, skąd odchodzi szlak na Rohackie Plesa. Jest tu wyłożony kamieniami placyk, ławki, wokół rosną jagody… i nad nami ściana Hrubej Kopy. Podziwiamy cały szlak przez Tri Kopy, którym wędrowaliśmy niedawno, podchodząc z drugiej strony od Doliny Żarskiej.

Po drodze powstaje małe zamieszanie, bo się pogubiłem kto z tyłu, kto z przodu – winien był oczywiście punkt widokowy na wodospad 😉 Wojtek z wrodzonym taktem sugeruje, że wodospad wodospadem ale ja mam chyba zaniki pamięci 😉 Fakt – przeoczyłem, że Piotr postanowił pobyć romantycznie z Dorotką samotnie przy wodospadzie i w efekcie wpadłem na kamienny placyk z ławeczkami zdziwiony, że ich tu jeszcze nie ma, choć chwilę wcześniej zastanawiałem się jaką muszą mieć kondycję, że tak szybko popylaja w górę jak młode źrebaki 🙂 W sumie to może Wojtek też się zastanawiał, co oni nad tym wodospadem robią, a ktoś musiał zebrać, że nie upilnował 😉  Udaje nam się jednak po chwili skompletować i po naradzie uderzamy na Banikovskie Sedlo.

DSC_1629 Teraz przed nami prawie 2 godziny wspinania 500 metrów w górę. Ponownie rozciągamy się na szlaku, ale że wychodzimy ponad kosówkę i jesteśmy w skale, widzimy się doskonale. Na jednym z krótkich postojów Radek leżący na kamieniu wywołuje refleksję Wojtka, że w zasadzie to jest zdziwiony że nie słyszy muzyki „każde pokolenie ma własny czas” 😉 W ciemnych okularach nasz Radziu niczym nie różni się od lidera Kombi 🙂

Robi się zimno, ale tym razem mamy pełny ekwipunek i odpowiednie zapasy, więc chłód nam niestraszny. Wyciągamy kurtki, polary, czapki, rękawice. W końcu prawie koniec sierpnia. Na szlaku widać jednak osoby niespecjalnie przygotowane. Pozostaje mieć nadzieję, że trzęsąc się z zimna i patrząc na nas wyciągną naukę na przyszłość.

Pod ostatnią ścianą znowu coś się nie dogadujemy – Radek łapie gorączkę szczytową i sugeruje, że nim wydrapiemy się na przełęcz, on zdąży wpaść gościnnie na Banówkę i zejść na przełęcz, co podchwycają Wojtek z Piotrem. Pomysł popieram i ruszam powoli do Sedla, gdzie jestem 15 minut po chłopakach. W tym czasie oni już finiszują na Banówce. Ostro napierają… podchodzę za nimi około 1/3 trasy, ale widzę, że do przełęczy docierają kolejni z naszej ekipy – Rysiek i Konrad, więc rezygnuję z gonienia i zaczynam realizować plan, który miał być głównym – czyli sąsiednia Pachola. Schodzę na przełęcz, zgarniam chłopaków i idziemy na szczyt.

DSC_1648 Panorama

Pachola jest prawie tak wysoka jak Banówka, ale wejście dużo prostsze. To po prostu kręta ścieżka wśród skał i kamieni, która kończy się na wierzchołku wysokim na 2167 metrów. Jesteśmy tam po 20 minutach, rozkładamy się w najlepsze, wyciągamy zapasy i czekamy…

DSC_1699 Jest cicho, ciepło – dużo lepiej jak na przełęczy. Ekipa z Banówki pojawia się na przełęczy dość szybko, więc czekamy aż do nas dołączą… a tu nic. Zdzwaniamy się i okazuje się, ze plan był podobno tylko do przełęczy 🙂 Dobiega do nas Radek na swoim atomowym napędzie i niszczymy konsekwentnie zapasy z plecaków. W międzyczasie na przełęczy trwa uczta pieczarkowa… tylko nie w tak pięknych okolicznościach przyrody 🙂 A my szczyt, jak to na Słowacji bywa, mamy na wyłączność.

DSC_1669 Panorama

Wolniejsza część ekipy z przełęczy rusza na dół, więc i my podrywamy kupry i dość szybko jesteśmy przy tych, co czekali. Ustalamy, co poszło nie tak 🙂 A potem powrót. Długie, mozolne zejście na dół, wreszcie parking.

Teraz obowiązkowo do Lenki, pomysły na słowacką pizzę zostają spacyfikowane jednogłośnie. Podobnie jak próba przejęcia nas w restauracji przez drugą z kelnerek. My chcemy Lenki i basta 🙂

Lenka rewelacyjnie mówi po polsku, w lot rozumie potrzeby głodnych ircowników, do tego ma czarujący styl bycia, ujmujący uśmiech… No dobra, do tematu jeszcze wrócimy 🙂

Wkrótce mamy na stole króla Czernohorskiego w nieodłącznym towarzystwie Bażanta 😉

DSC_1909 Wracamy do chaty na kolejny wieczór pogaduch i wspominków. Humory wyśmienite, po drodze próbujemy złapać kota Szaszłyka (imię sami na szybko nadaliśmy), potem oczywiście zdjęcia z misiami. Dłuższa dyskusja rozwinie się przy podejmowaniu decyzji, kto będzie misiem przednim a kto tylnym 😉

Wieczorem znowu czas miło upływa… Świętujemy 40-lecie Radka przy zacnym trunku postawionym na stół przez jubilata 🙂 A Koziołek nie doczekał gitary, na którą czekał cały dzień i zasnął na rękach mamy.  A mu znowu nie możemy się nagadać. Pozwalamy sobie na dłuższe posiedzenie, bo plan na kolejny dzień przewiduje lżejszą wycieczkę. Zmęczenie po całym dniu powoduje jednak, że po kolei gaśniemy przy stole 🙂

Day 3

Wstajemy trochę zmęczeni i śnięci, pada nawet sugestia że „może dziś na potraviny” 😉

Stopniowo jednak wraca w nas życie i o 10 w komplecie jedziemy znowu pod Zverovkę. Pogoda dopisuje, słoneczko, po niebie płyną obłoczki. Auta zaparkowane przy schronisku, ruszamy tym razem stronę przeciwną – zielonym szlakiem, mijając po drodze malownicze jeziorko.

DSC_1753 Napieramy na Osobitą. Po przejściu pierwszego, niewymagającego odcinka szlaku postanawiamy, że robimy wyprawę w stylu himalajskim – wszyscy pracują na sukces jednego. Tym wybranym jest oczywiście nasz dwuletni Koziołek. A wejście wbrew pierwszemu wrażeniu nie jest łatwe. Ścieżka z prawie płaskiej dość szybko wchodzi w długi żleb, który stopniowo robi się coraz bardzie stromy. Potem zaczyna się zbocze, w które wbija się nasza ścieżka, by na dystansie kilometra ostrymi zakosami zdobyć kilkaset metrów w górę. Różnica wysokości między parkingiem a przełęczą to około 500 metrów. Dobra współpraca daje rezultaty – Koziołek dzielnie wkracza z nami na Przełęcz pod Osobitą. Miejsce jest fantastyczne.

DSC_1852 Krzaki obsypane wielkimi jagodami, malinami, piękny widok na obie strony, w oddali widać Giewont z zupełnie nowej perspektywy, a nad nami szczyt Osobitej. Niestety, ku wielkiemu rozczarowaniu – zamknięty dla turystyki. Wielki szlaban i kilka groźnych napisów w różnych językach, wielka czarna łapa z napisem STOP – więc zostaje nam długi popas na przełęczy. Jest ciepło, słoneczko przyjemnie przygrzewa (dopóki świeci, bo pierwsza chmura która je przysłania, zmusza mnie do ekspresowego nałożenia koszulki i polara), Koziołek radośnie biega, Wojtek gotuje zupę dla Dorotki, jedni leżą patrząc na przesuwające się obłoki, inni śpią, wydając z siebie odgłosy niedźwiedzi pogrążonych we śnie zimowym (prawdę mówiąc nigdy nie słyszałem pogrążonego we śnie niedźwiedzia 😉 )

DSC_1795 Panorama

Zbliża się późne popołudnie, czas schodzić. Robimy to dość szybko i sprawnie, ciesząc się z sukcesu Koziołka. Po drodze robimy przystanek nad małym, leśnym jeziorkiem z ławką dla akrobatów 😉 Dopóki siedzimy – ławka stoi…

Idziemy dalej – wstępujemy do Schroniska Zverovka. Lekko zagubiona w czasoprzestrzeni dziewczyna przyjmuje od nas zamówienie na Bażanta i czesnakową. Czesnakowa okazuje się doskonała – nawet porównujemy ją do tej najlepszej ze schroniska Zamkovskiego. Siedzi się przyjemnie, ale przecież Lenka czeka z Czernohorskim 😉

Pakujemy się w auta i wracamy do Zuberca. Głodne towarzystwo szybko się przebiera i już pędzimy do restauracji. Lenka na nasz widok szeroko się uśmiecha i za chwilę rządzi Czernohorski i Oravska Pochutka 🙂 Z Bażantem – a jakże.

DSC_1938 Jako że to ostatni wieczór, wręczamy Lenie zlotowy znaczek, robimy wspólne foto i jazda do chaty. A tu dziś króluje gitara, na którą czekał z utęsknieniem Koziołek. Dziwnym trafem wszystkie teksty jakie pamiętamy, zawierają pewne damskie imię 😉 Równo o północy kończymy imprezę, bo planujemy o 8 zjeść śniadanie i się spakować. Mamy czas do 10 – na tą godzinę umówiliśmy się z właścicielami na rozliczenie chatki.

A rano – ostatnie foto, uściski… i czekamy na zlot zimowy 🙂

The End

DSC_1940

 

Trasy:

Zrzut ekranu 2014-08-27 o 21.49.12Zrzut ekranu 2014-08-27 o 21.46.00Zrzut ekranu 2014-08-27 o 21.47.29

Całość:

Zrzut ekranu 2014-08-27 o 21.50.29

I wyniki mierzenia aktywności pewną zabawką 🙂

Zrzut ekranu 2014-08-24 o 22.31.05

Chyba mam niewyczerpany limit szczęścia do pogody – kolejny raz wyjeżdżamy rodzinnie na letni urlop w góry i trafiamy na wymarzone warunki do wędrówek 🙂 Z roku na rok nasze wycieczki wyruszają w coraz wyższe góry, więc zgodnie z trendem przyszła pora na Tatry. I oczywiście Słowacja, bo myśl o tłumach na polskich szlakach, otaczającej zewsząd tandecie, zachłannych góralach, brudzie napawa mnie obrzydzeniem. Pomału i na Słowacji robi się tłoczno, ale nadal jest sympatycznie i można w ciszy i spokoju wędrować i podziwiać krajobrazy. Rezerwuję miesiąc wcześniej kwaterę w zaprzyjaźnionym pensjonacie u Pavola i Mariana – dostajemy najlepszy pokój słusznie zwany „Łomnicą”, bo też widok z jego okna  kojarzy się z jednym 🙂 Pensjonat jest położony na końcu Novej Lesnej i nic nie przysłania widoku na Tatry – statyw zagościł na stałe w oknie i był używany od wczesnych godzin porannych do nocy przez cały pobyt 🙂

A efekty – poniżej 🙂

Pierwszy dzień jest raczej spokojny, odpoczywamy po podróży, rozpoznajemy teren 😉

Dzień drugi. Poranek wita nas pełną lampą! Tatry w całej okazałości, więc po śniadaniu parcie na wycieczkę jest takie, że błyskawicznie lądujemy na parkingu nad Strbskim Plesem. Obieramy kierunek na Solisko, a trasę urozmaicamy sobie, podchodząc kawałek Magistralą w kierunku Jamskiego Plesa i tam odbijamy szlakiem w stronę Bystrego Sedla. Po około godzinie marszu przechodzimy na krótki łącznik zboczem Soliska do Chaty pod Soliskom i tu organizujemy obóz szturmowy. Nasza młodsza panna stwierdza, że plan wykonała 🙂 Za to starsza… no ktoś się musiał wdać w ojca – mimo zmęczenia po 250 km zakończonej dzień wcześniej pielgrzymki rusza ze mną ostro w górę!  Szybko lądujemy na szczycie Predniego Soliska i cóż – muszę to przyznać, córa wbija mnie w glebę cytując nieświadomie moje słowa sprzed miesiąca – „ale tu fajnie, możemy nie schodzić?”. Mam więc gwarantowane towarzystwo na tatrzańskie wędrówki na najbliższe lata 🙂

Dzień trzeci – kolejny świt – na niebie lampa 🙂 Łomnica pomału zaczyna wypalać mi się na siatkówce 😉 Szybka mobilizacja i przemieszczamy się na parking w okolice Popradzkiego Plesa. Tu niestety zaskoczenie, parking tak zapchany, jak chyba nigdy jeszcze nie widziałem. Jakoś się jednak na nim ustawiamy i ruszamy nad jezioro. Pewne zaskoczenie to fakt, że mimo tylu samochodów ludzi mało 🙂 Gdzieś ich góry wchłonęły 🙂 Godzinny marsz kończy się w okolicy odejścia na Symboliczny Cmentarz Ofiar Gór. To nasz cel. Tu przeżywam jedną z większych niespodzianek – w okolicy kaplicy słyszymy śpiewy. Okazuje się, że przyjechał tu chór z krakowskiej parafii z przewodnikiem – księdzem i właśnie rozkładają ołtarz i zaczynają polową mszę. Z przyjemnością wysłuchujemy kazania, które właśnie tutaj ma swoją siłę, bo jest związane z mistyką gór i ludźmi, którzy w tym miejscu znaleźli swój kres.

Dzień czwarty – wita nas znowu bezchmurnym niebem. Dołączają do nas znajomi i podejmujemy decyzję, że pora na kolejny po Solisku dwutysięcznik. Jako że będzie to dla nich pierwsza tak poważna tatrzańska wycieczka, decyduję za wszystkich o wjeździe kolejką na Skalnate Pleso i krótki przemarsz Magistralą na Velką Świstovkę. Znakomita widoczność zapewnia wszystkim wiele wrażeń widokowych, a przemarsz pomiędzy ogromnymi głazami jest dla mojej wycieczki sporym przeżyciem. Mimo pozornej łatwości szlaku odporność na widok dużej ilości powietrza pod stopami przechodzi poważny test dla niektórych 🙂 Na szczycie stawiamy się w komplecie po około 1,5 godziny marszu. Jest cieplutko, sporo osób okupuje szczyt, ale i dla nas znajduje się trochę miejsca na zjedzenie kanapek.

Piękny wieczór zachęca mnie do kolorowych eksperymentów z filtrami Cokin.

Dzień piąty. Znowu bezchmurne niebo. To zaczyna być nudne 😉 Zmęczone wycieczką poprzedniego dnia moje towarzystwo trochę protestuje, kiedy proponuję kolejne 2000 metrów n.p.m 😉 Od czego jednak siła perswazji 🙂 Przekonuję, że znam piękną dolinę rodem z trylogii Tolkiena i warto tam wejść, a potem się zobaczy 🙂 I tak od schroniska do schroniska docieramy do końca Malej Studenej Doliny. Niestety widok Chaty Teryho wysoko w górze studzi dalszy zapał i nikogo nie udaje mi się przekonać, że to tylko godzinka 🙂 Powrót do Zamkovskiego na obowiązkową czesnakową i szklaneczkę Kofoli i nieśpiesznym krokiem wracamy na Hrebienok. Po drodze nasza najmłodsza uczestniczka wyprawy zażywa kąpieli w Studenym Potoku pod (mało) czujmym okiem swego taty 🙂

Dzień ostatni – wita nas jak zwykle słońcem, ale prognozy mówią, że chyba w końcu się zachmurzy. Bardzo chciałem ten dzień przeznaczyć na Rysy z córą, ale prognoza i rozsądek podpowiadały, że zmoczy nas solidnie, więc robimy rodzinny przejazd elektriczką wzdłuż całych Tatr do Strbskiego Plesa i z powrotem. Rysy będą jeszcze trochę stały, a potencjalna awaria kolan nie jest warta ryzyka. Nad jeziorem obowiązkowy spacer wokół jeziora. W drodze powrotnej zaczyna kropić, a potem zaczyna się burza. Uciekamy elektriczką do Nowej Lesnej.

A nad Łomnicą dzieją się piękne rzeczy. Cóż, nie da się chodzić, to można siedzieć w oknie z aparatem na statywie i zbierając szczękę z ziemi, próbować uchwycić klimat chwili…

A powrót… cały dzień w deszczu. Już chcę w Tatry 🙂

Tegoroczny letni zlot pierwotnie planowaliśmy w sierpniu, ale że trzeba było zgrać plany urlopowe i możliwości wyjazdowe, ostatecznie przesunęliśmy go na lipiec. Szybka akcja informacyjna, kilka telefonów i skład się szybko ustabilizował: niezawodna ekipa tarnowska w osobach Bacy, Wojtka, Dorotki i Igi, Radek nadciągający na swoim stalowym rumaku z krainy pyrów, wschodnia kamanda czyli Piotr, Wiesio i Ela, a z Mazowsza Amelia i Kozica. I oczywiście najważniejsza persona zlotu czyli Czternasty, który z powodu trudności w samodzielnym chodzeniu spędził zlot w nosidełku na brzuchu swojej mamy 🙂

Dojazd wymagał pewnych niestandardowych rozwiązań logistycznych, ale ostatecznie wszystko zagrało jak w zegarku i w „skończonym przedziale czasowym” wszyscy mogliśmy się wyściskać w progach naszej kwatery w Novej Lesnej. Tu należą się wielkie ukłony dla Piotra, który uznał, że optymalna trasa z Białej w Tatry wiedzie przez Warszawę i Skierniewice 🙂 Moja nieoptymalna była o 200km krótsza…. Piotr – szacun!

Głównym celem tego zlotu były porachunki z Jagnięcym Szczytem, który odparł już nasze dwa ataki gwałtowną burzą z piorunami. Iga, która chodzi jak kot własnymi ścieżkami, zniknęła nam już o 4 rano. Pozostali zebrali się w nienajgorszej kondycji około 8 rano na śniadaniu, na którym ustaliliśmy plan działania. Zdecydowaliśmy, że skoro nie poderwaliśmy się dostatecznie wcześnie, trzeba „przewieźć dupcie” i wjechać na Skalnate Pleso, oszczędzając w ten sposób około dwie godziny żmudnego podejścia i wyruszyć Magistralą w kierunku Rakuskiego Przechodu, zwanego po słowacku „Sedlo pod  Świstovką” a następnie zejść nad Zelene Pleso, skąd ruszy atak szczytowy. Wariant Doliną Kieżmarską szliśmy rok wcześniej i poza trzema godzinami marszu, nie oferował on żadnych atrakcji.

dsc_5539  Pierwsza niespodzianka czekała na nas przy dolnej stacji kolejki na Skalnate Pleso. Stał tam całkiem spory tłumek, bo jak się później okazało, kolejka miała dłuższą przerwę i dopiero przed chwilą ruszyła. Na staniu w dwóch kolejkach – do kasy i do wagoników – uciekła nam kolejna godzina 🙁 Słowacy wymyślili w tym roku zamiast biletów „cipy” czyli karty zbliżeniowe, za które pobierają kaucję i aby je oddać, należy odstać w kolejnej kolejce na górze… W połowie trasy na pośredniej stacji niespodziankę zrobił nam Baca, który nagle ukazał nam się wędrujący wraz z załogą bacowego wagonika… obok wagonika. Szybki refleks pozostałych uratował chłopaków przed podejściem połowy trasy, bo równie szybko jak opuścili wagonik tak się w nim z powrotem znaleźli 🙂 To się nazywa autorytet Bacy… owieczki idą za nim w ciemno 😉 Po 20 minutach jazdy byliśmy wreszcie na górnej stacji. Tam po krótkiej naradzie rozdzieliliśmy się na dwie grupy – Koziołkową i szturmową. Kasia podjęła słuszną decyzję, że nie będzie ryzykować trudnego zejścia z półrocznym Koziołkiem przed sobą do schroniska przy Zelenym Plese i ruszy Magistralą w kierunku Zamkovskiego, a stamtąd na Hrebienok i na dół kolejką. Do niej dołączyły dwie nianie w osobach Bacy i Amelii 🙂

dsc_5629  Pozostali ruszyli dokładnie w przeciwną stronę – ponieważ szlak trawersuje zbocze, tempo marszu było niezłe i dość szybko osiągnęliśmy pierwszy cel, czyli przełęcz pod Velką Świstovką. Z przełęczy do szczytu jest tylko 10 minut, więc błyskawicznie się na nim znaleźliśmy. A tu – to co ircownicy lubią najbardziej – cisza, spokój, tylko my i pieczarki 😉 Znakomita widoczność sprzyjała podziwianiu i fotografowaniu panoram Słowacji, z drugiej strony wznosiły się tatrzańskie olbrzymy. Po prawie godzinnym leniuchowaniu nastąpił odwrót. Ze względu na spory już poślizg wyprawa na Jagnięcy stawała się coraz mniej realna – tym bardziej, że chodzimy różnym tempem. W tej sytuacji narodził się plan B – trójka szturmowa pobiegnie w dół do schroniska i zaatakuje szczyt, pozostali spokojnie zejdą, założą obóz w schronisku a potem pomału zaczną schodzić, pozwalając się dogonić biegnącym ze szczytu.

dsc_5785  Radek, Wojtek i Piotr ruszyli ekspresowo w 500 metrową podróż w dół, a pozostali już znacznie wolniej za nimi. Zejście do Zelenego Plesa jest bardzo strome i ścieżka schodzi w dół długim zygzakiem – błyskawicznie traci się wysokość, a widoki rekompensują trud zarówno zejścia jak i podejścia. Po dwóch godzinach byliśmy w schronisku. Tu wkrótce dołączył do nas Radek, który ze względu na awarię kolana zawrócił. Tradycja to tradycja – za chwilę zaczęło się chmurzyć i miała się po raz trzeci powtórzyć historia … ruszyliśmy w dół do parkingu i już po pół godzinie pierwsze pomruki obwieściły burzę. Potem już tylko woda lejąca się strumieniami aż na sam dół – całe 3 godziny. Tym razem buty mi nie przemokły 🙂 W międzyczasie dotarły pomyślne wieści – atak szczytowy zakończył się sukcesem. Tu szczególne słowa uznania dla Piotra – szczura nizinnego, który wedle opowieści Wojtka biegł po grani szczytowej jak kozica. Sukces został niestety okupiony kompletnym przemoknięciem chłopaków, ale gębusie i tak mieli uchachane 🙂 Ekipę pozbieraliśmy dzięki zaznajomieniu się ze słowackimi busami – udało się w ten sposób sprawnie przechwycić auto z Tatrzańskiej Łomnicy i zgarnąć zmokłe kury podziwiające tęczę na całe niebo. Powracając podziwialiśmy gwałtowną nawałnicę rozświetlaną potężnymi wyładowaniami. Na miejscu ciuchy natychmiast poszły do kotłowni a my… oddaliśmy się wymianie wrażeń, co Wojtek podsumował „dziś jest ten wieczór”. Oznaczało to jedno – jutro będzie dzień restowy 😉

Tak jak przypuszczaliśmy, pobudka i zbieranie grupy potrwały do 10 rano. Nie zachęcała też prognoza pogody, która na szczęście tego dnia się nie sprawdziła. Ponieważ już nieoficjalnie ochrzciliśmy zlot mianem „szlakiem ples”, padła propozycja odwiedzenia Popradzkiego Plesa, a przy okazji Symbolicznego Cmentarza Ofiar Gór. Byłem tam po raz pierwszy i miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie skała „polskich sław” – z najnowszą tabliczką – Piotra Morawskiego. W takim miejscu człowiek sobie uświadamia, że góry to nie tylko podziwianie ich ogromu, ale również danina, którą każą sobie płacić za tą przyjemność.

Potem już tylko spacer brzegami Popradzkiego Plesa, wspomnienia z podejścia na Ostervę i wizyta w schronisku. Pomny zeszłorocznych doświadczeń z czesnakową – tym razem nic nie zamówiłem poza herbatką 🙂 Po południu znów zaczęło się chmurzyć, ale tym razem skończyło się na kilku kroplach – spokojnie zeszliśmy na parking, potem krótka podróż do Nowej Lesnej i kontynuacja integracji 😉

Kolejny, trzeci dzień rozpoczął się od złych wieści – angielska pogoda. Głównym jednak wydarzeniem, które zdominowało dyskusje tego dnia było tajemnicze zniknięcie portfela Igi, który po upadku setek hipotez kryminalnych odnalazł się wieczorem… w łóżku Igi 🙂

dsc_6237  Góry od rana zniknęły we mgle, wobec czego dłuższy czas trwały narady, co w takich warunkach można robić i narodził się plan awaryjny – Strbskie Pleso i dotarcie na Solisko trasą nieco inną niż rok wcześniej. Przemieszczenie nad jezioro poszło gładko, ale już na miejscu okazało się, że przyjdzie nam podziwiać co najwyżej czubki własnych butów. Niespecjalnie nas to zniechęciło i grupa raźnie ruszyła Magistralą w kierunku Jamskiego Plesa. Kasia z Koziołkiem zdecydowali się w tych warunkach na odwrót, pozostali zaś ruszyli w górę szlakiem na Bystre Sedlo. Podejście lasem a potem kosówką pogrążonymi w gęstej mgle było bardzo klimatyczne – szczególnie doceniłem walory fotograficzne takich widoków. Ostatni odcinek wiódł po moim ulubionym typie górskich ścieżek – po głazach stanowiących zbocza Soliska. Skacząc jak kozica w około 20 minut znalazłem się w schronisku i dołączyłem do grupy zadowolonych konsumentów zupy gulaszowej 🙂 Po mnie dotarli jeszcze Wojtek z Dorotką opowiadając wrażenie z próby zjechania przez Dorotkę na butach 😉

Dłuższy popas trwał około godziny – w międzyczasie podziwialiśmy… gęstniejącą mgłę 🙂 Wysuszeni i zadowoleni z życia opuściliśmy gościnne schronisko nastawiając się na ulewę – a tu niespodzianka – sucho i nawet chwilami pojawiały się fragmenty zbocza. W tej sytuacji upadła koncepcja zjechania wyciągiem (z małymi wyjątkami) i ekspresowo zeszliśmy na dół. Stąd po skompletowaniu załogi powrót na kwatery i wycieczka w poszukiwaniu „Pięknego Maryjana” z Gazdovskiego Domu. Maryjan okazał się Pawlem, a może a odwrót 🙂

Tak czy inaczej zyskaliśmy nowe miejsce noclegowe na kolejne zloty 🙂

Ponieważ Gazdovski Dom tym razem nas nie ugościł, wpadliśmy na pomysł „wspólnego stołu” –  bardzo zresztą skuteczny, bo wszystko, co się na nim pojawiało, znikało natychmiast 🙂 Że nie wspomnę o zapasach piwa… no po prostu studnia bez dna. Dzięki temu epokowemu wynalazkowi chyba po raz pierwszy nikt nie wiózł zapasów paszy z powrotem 🙂

A rano… znów pożegnania i radość z przeżytych wspólnie chwil. Jakoś do zimowego przetrzymamy 🙂 Mamy wyjście? 😉