Taki tytuł już się pojawił, bo to mój nowy pomysł na poznanie okolic mojego rodzinnego miasta z pokładu roweru.

Tym razem ruszam „za rzekę” i wkrótce docieram na bialskie lotnisko – jakkolwiek jedno z większych w Polsce – teraz właściwie martwe.

Jedynie kilka szybowców wprowadza nieco życia. Ja jednak mam plan odnalezienia pewnego ciekawego obiektu. Gdzieś tu w krzakach stoi ukryty bunkier. Objeżdżam jakieś leśne ścieżki, przecinam łąkę, krążę po krzakach i nic… Zadania nie ułatwiają letnie chaszcze – zbita zieleń skutecznie maskuje wszystko, co może skrywać się w jej wnętrzu. No cóż – odpuszczam. Wrócę tu zimą 🙂

Ruszam dalej i mijam rzekę Rudkę.

Teraz jadę leśnym duktem ułożonym z betonowych płyt. To niechybnie znak, że nie jest to zwykła droga. Prowadzi ona do kolejnego obiektu będącego celem wycieczki. Chociaż zdaję sobie sprawę, że już go nie ma. Rok temu poległ w zderzeniu z ludzką potrzebą niszczenia wszystkiego co wpadnie w ręce. To wieża radarowa zwana Avia.

W lasach zaledwie około 10 km od Białej Podlaskiej znajdował się obiekt wojskowy nazywany potocznie „AVIA”. Należał on do „61 Lotniczego Pułku Szkolno-Bojowego” w Białej Podlaskiej.
„AVIA W”, bo tak brzmiało jej pełne oznaczenie przy czym literka „W” oznaczała wojskowy była Stacją Kontroli Rejonu Lotniska inaczej mówiąc radarem opracowany na początku lat 80 dla wojska i będący uproszczoną wersją radaru Avia D. Antena radaru miała być zamontowana na stalowej kolumnie (rurze) o wysokości od 20 – 30 metrów w zależności od ukształtowania terenu osadzonej na solidnym fundamencie (źródło: http://aloszak-szerokitrakt.blogspot.com/…/stacja-radioloka…).

Tak wygląda teraz lotnicza tradycja Podlasia.

Czas ruszać dalej. Przecinam drogę powiatową i ruszam w kierunku wiosek skrytych między lasami.

Mijam ciekawą kapliczkę z boskim zegarem 🙂 Czegoś takiego jeszcze nie widziałem …

Teraz czeka mnie cała seria studni. Wyszedł z tego całkiem zgrabny cykl…

Pracowicie kręcę kolejne kilometry. Mijam skryte między polami i laskami wsie, samotne siedliska, przydrożne krzyże.

Pogoda jak marzenie, tylko jechać przed siebie. Droga jest przyjemna, twarda, rower szybko „łyka” dystans.

Kolejna kapliczka.

I niekończąca się droga.

Pod brzozą robię przystanek na posiłek.

Stąd już blisko do domu. Wjeżdżam w las i za chwilę mijam poznane już miejsca – najpierw Avia, potem strzelnica i już jestem na lotnisku, Zaglądam na chwilę pod wyciąg dla szybowców, gdzie spotykam sąsiada 🙂 Właściwie spodziewałem się go tu zastać – jest w końcu instruktorem szybownictwa 🙂 Chwilę rozmawiamy i w drogę.

Jeszcze tylko przejazd przez tory i już jestem w mieście. Znanymi sobie skrótami docieram do domu, kończąc 50-kilometrową trasę.

Chęć odkrywania świata pchnęła mnie w tym roku w kierunku poznawania terenów wokół miasta – i to najlepiej tam, gdzie trudno dojechać 🙂

Nie ukrywam, że w podjęciu tej decyzji pomógł nowy nabytek – rower – prawdziwa terenówka. Czerwiec jest ciepły, więc wypada wykorzystywać pogodę do oporu. Oglądam kilka przygotowanych tras i jak zwykle spontanicznie wybór zapada dopiero po przejechaniu kilku pierwszych metrów.

Kieruję się więc za rzekę, w kierunku niewyciętej jeszcze całkiem Puszczy Bialskiej. Trochę już znam tutejsze leśne ścieżki, ale obieram nowy wariant, by poczuć trochę emocji w szukaniu przejazdu w kierunku przysiółka Młyniec.

Dość szybko odnajduję znajomy budynek.

Gdzieś tu obok powinien być pomnik. Oczywiście jest!

Ruszam dalej polnymi drogami w nieznane. Pomaga mi wyraźny ślad w aplikacji, który pracowicie wyrysowałem przed wyjazdem i teraz prowadzi mnie jak po sznurku 🙂

Zieleń czerwcowa nie ma sobie równych – soczysta, świeża, jeszcze nie pokryta kurzem.

Jadę brzozową aleją, walcząc trochę z piaskiem, ale na szczęście szerokie opony dają radę. Wspominam zeszłoroczny wyjazd za Drohiczyn, gdzie piasek był na tyle skuteczny, że musiałem prowadzić rower.

Odkrywam moje ulubione klimaty – stare, zapomniane budynki. Ich czas świetności minął, ale cieszą nadal moje oko.

Docieram do kolejnego znanego mi już punktu. To pomnik poświęcony żołnierzom Armii Krajowej.

Leśna, zbiorowa mogiła  żołnierzy AK z oddziału „Zenona”, poległych w walce z Niemcami w dn. 22- 26 lipca 1944r,   znajduje się na   terenie Leśnictwa Leszczanka. Przed laty, w ramach akcji „Burza”,   w rozległym  kompleksie leśnym „smolne Piece”  rozegrała się  krwawa bitwa. Oddziały partyzanckie AK  „Zenona” – Stefana Wyrzykowskiego i „Lecha” – Stanisława Chmielarskiego  sparaliżowały wówczas odwrót cofającym się formacjom Wermachtu. Finał akcji „Burza” w Obwodzie AK Biała Podlaska zakończył się 26 lipca 1944r zajęciem miasta przez oddziały partyzanckie.

Mijam kolejne zabudowania i pomału zbliżam się znowu do Puszczy Bialskiej.

Odkrywam leśną polanę pokrytą paprociami. Wygląda magicznie.

Zbliżam się do miasta a informuje mnie o tym charakterystyczna kapliczka na drzewie.

Podliczam kilometry i ze zdziwieniem stwierdzam, że zrobiłem ponad 50 kilometrów.

Kolejny kawałek świat został odkryty 🙂

Końcówkę maja wreszcie zdominowała zieleń, dodatkowo spłukana litrami wody, które spadły z chmur przez ostatni tydzień. W tej sytuacji słoneczna sobota natychmiast zmobilizowała mnie na kolejny dłuższy wypad rowerowy. Wybór padł na jedną z zeszłorocznych tras, na której nie miałem przy sobie aparatu – w kierunku wsi Swory i Zabłocie. Czekały tam na mnie pewne obiekty do uwiecznienia i liczyłem na dobre ujęcia. Nie zawiodłem się.

W kilka minut ląduję za miejską obwodnicą i już mogę mknąć swoimi ulubionymi ścieżkami, pośród zielonych pól i łąk. Długa prosta przecina wieś Sitnik z bardzo charakterystycznym domem pokrytym … łąką 🙂

Potem znowu pustka, nieduży las i kilka domów w oddali i docieram do rozrzuconej po polach kolonii Pólko. Domy dzieli tu od siebie  często kilometr albo więcej. Poza tym cisza, przerywana szumem wiatru.

W oddali pojawia się wieś Swory. Skręcam w jej kierunku i zahaczam właściwie o jej skraj.

Jest tu mały placyk z charakterystyczną kapliczką i krzyżami. To mój pierwszy cel na dziś.

Robię krótki przystanek na zdjęcia.

Kilkaset metrów dalej jest kolejny obiekt. Stary dom bez dachu zyskał nowe życie. Zielone. W środku wyrosło drzewo, porastają go krzaki, dojście ginie w wysokiej trawie. Takie klimaty zapomnienia bardzo mi odpowiadają. Znowu aparat idzie w ruch. Światło jest dość mocne, ale pomaga mi nieco filtr polaryzacyjny, który przygasza niebo, dając głęboki niebieski odcień. Zieleń też zyskuje na tej operacji 🙂

Kolejne kilometry będę już jechał drogami asfaltowymi. 

Wkrótce dojeżdżam do ronda w Zabłociu 🙂 Nawet nieźle to brzmi 😉 W rzeczywistości wąska asfaltowa dróżka okrąża z dwóch stron kapliczkę. Wygląda na to, że tu dobrych zdjęć nie będzie i trzeba się będzie pokazać o innej porze dnia. Teraz skrywa ją głęboki cień lasu, nie pomaga też silny kontrast, jaki daje słoneczny dzień.

Kilometr dalej kolejne ciekawe miejsce. Kapliczka Objawienia. Prowadzi do niej leśna ścieżka wysadzona paprociami. Miejsce jest zadbane, jest czyściutko, jest zadaszone miejsce z ławeczkami no i sama kapliczka, która skrywa korzeń sosny.

Jak głosi miejscowa legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie jest to miejsce niezwykłe tutaj miała ukazywała się Matka Boska. Miejsce to zasłynęło jeszcze w czasach, gdy „Unici Podlascy”, za swoje przywiązanie do wiary ojców byli w okrutny sposób prześladowani przez władze Carskiej Rosji. To właśnie w tym miejscu znajdowali pocieszenie i siłę do trwania przy swojej wierze pomimo okrutnych prześladowań. I tu również jak głoszą miejscowe przekazy miały mieć miejsce cudowne uzdrowienia chorych i inne cudowne zjawiska, których nie da się w normalny sposób wytłumaczyć [źródło: bialskieforum.pl].

Stąd miałem plan skrótem dojechać do drogi krajowej, ale tym razem nie będzie mi to dane. Każda droga do lasu zawiera tablicę z ostrzeżeniem o opryskach chemicznych i zakazem wejścia do lasu. Pozostaje jechać do końca wsi, potem skręcam w drogę do kolejnej wsi Woroniec i stąd już docieram do krajówki. Ruch to jest duży, ale na szczęście to tylko kilkadziesiąt metrów i znikam w bocznej drodze do wsi Sycyna. To kolejna wioska z dala od cywilizacji, gdzie życie płynie pomału pośród drewnianych starych domków.

Tu też mam do odwiedzenia pewne miejsce, które ostatnio umknęło moje uwadze. Jest tu stary cmentarz z fundamentami kościoła.

Cmentarz prawosławny w Sycynie – czynna nekropolia prawosławna administrowana przez parafię Świętych Cyryla i Metodego w Białej Podlaskiej, położona w Sycynie. Znajduje się za wsią, od strony południowo-zachodniej.

Cmentarz został założony ok. 1820 na potrzeby miejscowej parafii unickiej. W 1875, wskutek likwidacji unickiej diecezji chełmskiej, została ona przymusowo przemianowana na prawosławną. Pięć lat po tym wydarzeniu cmentarz poszerzono, zaś w końcu XIX w. otoczono go ogrodzeniem murowanym i wzniesiono bramę. Po 1925 cmentarz był oficjalnie nieczynny, kolejnych pochówków dokonywano na nim podczas II wojny światowej i po niej. Na początku XXI w. cmentarz został odremontowany dzięki dotacji unijnej.

Na cmentarzu przetrwało kilka nagrobków z II poł. XIX w.. Znajdują się na nim również trzy nagrobki powstańców styczniowych poległych w potyczce z Rosjanami przy drodze między Sycyną i Worońcem.

Na cmentarzu znajdowała się cerkiew, która uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Podczas remontu cmentarza w miejscu fundamentów budynku wyłożono kamienie.

Cmentarz został wpisany do rejestru zabytków 25 października 1996 pod nr A/1337[źródło: Wikipedia].

Robie po nim krótki spacerek i ruszam dalej drogę. Asfalt się kończy i teraz pędzę doliną Krzny, mijam kolejne zagajniczki, od czasu do czasu pojawiają się jakieś pojedyncze zabudowania. Mijam kawałek bagiennego lasu, potem jeszcze sosnowy zagajnik i jestem w kolejnej wsi Styrzyniec.

Tu dominuje już zabudowa podmiejska co majętniejszych bialczan, którzy uciekli z miasta. Mijam wieś i stąd długa prosta wyprowadza sprowadza mnie znowu do miasta 🙂

Jeszcze parę kilometrów  i po zaliczeniu około 40km mogę obrabiać swoje dzisiejsze łowy fotograficzne.

Burzowe chmury to dla fotografii pejzażowej wymarzona scenografia. Cały dzień wyglądam przez okno i je podziwiam. Nic więc dziwnego, że po południu ich widok podrywa mnie do boju. Szczęśliwie się składa, że miasto kończy się kilkaset metrów od mego miejsca zamieszkania, a potem zaczynają się przestrzenie. Jedyny problem to słupy elektryczne – jest ich tu trochę, no ale to cena cywilizacji 😉

Na horyzoncie czają się dwie czarne chmury, z których leją się efektownie strumienie wody.


Ruszam za nimi w pogoń. Są w bezpiecznej odległości, więc nie ryzykuję, że mnie dopadną. Dystansu przybywa. Po około 10 kilometrach decyduję się na odwrót. Najpierw niebo rozświetla mi tęcza, a za chwilę zauważam, że zajęty pogonią nie zauważyłem trzeciej chmury, która chyłkiem zaszła mnie od tyłu 🙂

Zostaje mocno się sprężyć i przycisnąć tempo. Nowy rower sprawuje się wyśmienicie, więc jestem w mieście dość szybko. Motywacja by nie zmoknąć zadziałała 🙂

Ale na przerwę w brzozowym gaju znalazłem chwilę 🙂

No i mam swoje zdjęcia 🙂

Kolejną nadbużańską przygodę rozpoczynam w Zabużu w pobliżu promu. Ten w Niemirowie niestety nadal nie pływa.

Rower złożony, chwilę czekam, aż prom przybije do mego brzegu. Oczekując, słucham przez chwilę rozmowy dwóch Rosjanek z dwoma Polkami po angielsku 😉 Zdaje się, że rosyjskiego nikt już w szkołach nie uczy. Konkluzja rozmowy jest taka, że prom jest „no pay” 😉  Ten za chwilę przybija do brzegu, więc pakuję się na pokład. Jeszcze tylko dwa auta i już płyniemy.

Napęd promu to sprytny mechanizm wykorzystujący prąd rzeki, wspomagany czasem ręcznie przez pomocnika kapitana 🙂 W dużym skrócie są to dwie linki pozwalające ustawić prom pod kątem w stosunku do osi rzeki i resztę robi szybko płynąca woda.

I już jestem w Mielniku. Ustalam jeszcze tylko godziny przerwy, by zdążyć na kurs w drugą stronę i ruszam w drogę. Dość szybko opuszczam Mielnik. Wielkiego wyboru dróg nie ma – jadę asfaltówką i spoglądam co chwila w las w poszukiwaniu jakiejś odnogi w stronę rzeki. Pierwsza próba jest nieudana – po kilkudziesięciu metrach owszem – jestem nad rzeką, ale leśna dróżka kończy się niedużą polaną i muszę wrócić na główną drogę. Tylko samotny wędkarz patrzy zdziwiony, że ktoś tu trafił oprócz niego. Nadzieja wstępuje dopiero w okolicy wsi Wajków. Leśna droga, w którą skręcam, jak nic zmierza w stronę rzeki. Napotykam jakieś leśne skrzyżowanie i intuicja podpowiada mi, żeby skręcić w lewo, Faktycznie – wyjeżdżam na tyłach wsi nad samą rzeką. Droga niestety robi się słabo widoczna i przedzieram się przez jakieś łąki pogrodzone płotami, pod którymi co rusz muszę przeciągnąć rower. Mijam jakaś wielką rezydencję krytą strzechą, potem jest jakiś zapomniany pomnik poświęcony AK i z ulgą odnajduję drogę wyprowadzającą do wsi.

Mijam Wajków, droga asfaltowa zamienia się w moją ulubiona polną. Co najważniejsze – ciągnie się ona ponad samym Bugiem. Sama przyjemność z jazdy. Z jednej strony rzeka, z drugiej dość wysoka skarpa ukryta w lesie.

Gdzieś w oddali mijam kolejną wieś – Sutno.

Droga wiedzie pomiędzy starymi bużyskami i zmierza ku kolejnej wsi – zbliżam się do Niemirowa. Wcześniej jednak czeka mnie jeden z celów tej wyprawy – skarpa widokowa w Gnojnie, ale widziana z zupełnie innej perspektywy. Okazuje się, że na cypelek wiedzie całkiem wyraźana ścieżka, którą dojeżdżam prawie do rzeki. Ostatnie parę metrów pokonuję pieszo i oto jest. Piękny widok! Na szczycie skarpy widzę kilka osób i skala porównania daje pojęcie o jej wielkości.

Krótka sesja zdjęciowa, mały posiłek w tych pięknych okolicznościach przyrody i wracam na główną drogę. Jest tu sporo wędkarzy, jakieś namioty, wiatka. Smutne w tym wszystkim jest jedynie to, że po drodze mijam stosy śmieci. Tutaj jest ich kumulacja.

Dalej droga wiedzie już prosto do Niemirowa. Wjeżdżam do wsi od strony rzeki. Mijam wysoką wydmę, jeszcze trochę i docieram do centrum. Cisza i spokój. Życie toczy się leniwie. Daleko tu do cywilizacji i bardzo mi to odpowiada.

Mijam leżący na brzegu prom. Znowu nie pływa w tym roku z powodu niskiego stanu wody.

Przed laty Niemirów był tętniącym życiem miastem z przywilejem na dwa targi w tygodniu i kilka jarmarków. Bogactwo czerpał wtedy z położenia nad Bugiem, ważnym traktem handlowym, którym ku morzu płynęły wszelkie dobra, choć głównie zboże i drewno. Istniejąca już w XV wieku osada Niwice, rozrastająca  się przy przeprawie przez rzekę, prawa miejskie uzyskała w 1616 roku za sprawą Stanisława Niemiry, kasztelana podlaskiego. On też nadał jej nowa nazwę.

Cóż się stało z miasteczkiem? Położenie, które służyło mu przez wieki, stało się wreszcie przyczyną jego upadku. W czasie I wojny dwukrotnie przechodził tędy front, walki toczyły się tu w czasie wojny polsko – bolszewickiej, a po 17 września 1939 roku na Bugu wyznaczono granicę między Generalną Gubernią a Białoruską Republiką Radziecką. Ta strona Bugu znalazła się w ZSRR, co gorsza na jego strategicznej granicy. Kazano ludziom wynosić się z nadgranicznej strefy, rozebrać własne domy. Na wzgórzach nad Bugiem umacniały się bunkry linii Mołotowa… Gdy Niemcy odepchnęli Rosjan na wschód część mieszkańców wróciła na stare siedliska, część szukała szczęścia w innym miejscu. Jedna piąta niemirowskiej społeczności, Żydzi, podzielili los współwyznawców. Po wojnie Niemirów utracił prawa miejskie i tak już zostało.

Kościół pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa i Męczennika prezentuje się na tle rynku okazale, choć nie jest wcale ogromny. To tylko kontrast wobec niskiej zabudowy. Białe, zadbane mury ostro kontrastują z zielenią drzew. Zbudowali go w latach 1780-1790 ówcześni właściciele miasteczka, Czartoryscy, po pożarze wcześniejszej drewnianej świątyni. Bryłę ma jeszcze barokową, wystrój już dąży do nowego stylu, klasycyzmu.

Kościół, jak miasteczko, przeżywał trudne chwile. W ramach szeroko zakrojonych na Podlasiu represji po powstaniu styczniowym, został zamknięty i taki pozostał przez 40 lat. Dopiero w 1905 roku, na fali odwilży, car pozwolił przywrócić go katolikom. Gdy Rosjanie wysiedlili mieszkańców, świątynia została pusta. Udało się jednak uratować część wyposażenia.

Na obrzeżach wsi, na wzgórku nad Bugiem znajdujemy cmentarz. Sporo tu starych nagrobków. Jeden ze starszych należy do niejakiego Rączki, który zmarł wioząc do cara petycję o przywrócenie kościoła wiernym. Uwagę zwraca jednak ceglany nagrobek w kształcie kapliczki, stojący niemal pośrodku nekropolii. Rzeźbę na pomniku Konstantego Pieńkowskiego, ziemianina z pobliskiego Sutna, wykonał  Xawery Dunikowski[źródło: krajoznawcy.info].

Czas mam całkiem dobry, więc ruszam polną drogą pod górkę, bo mam tu jeszcze jedną misję. Przejeżdżam mały zagajnik i docieram do końca Polski. Dosłownie. Drogę przegradza mi płot, a dwa słupki graniczne sugerują że dalej „nielzia”.

Podjeżdżam kawałek w stronę rzeki i oto przede mną miejsce, gdzie Bug przestaje być rzeką graniczną i wpływa do Polski. Stąd na północ zaczyna się „zielona granica”. Kilka fotek i zmykam, żeby mnie Straż Graniczna nie ganiała 😉

Wracam do Niemirowa. Stąd kieruję się na Mielnik nieco inną drogą – czeka mnie długa asfaltowa prosta z kilkoma podjazdami i zjazdami 🙂 Tempo jest tak dobre, że na promie jestem pół godziny przed planowanym czasem przerwy 🙂 Wracam na swój brzeg Bugu i można wracać do domu.