Mroźny początek roku dał nadzieję na prawdziwą i długą zimę, która przetrwa przynajmniej do 19 stycznia, kiedy to umówiliśmy się w ramach Tajnej Niezależnej Grupy Plenerowej na fotografowanie Święta Jordanu w Sławatyczach.

Prawosławni i wierni innych obrządków wschodnich 19 stycznia obchodzą Święto Chrztu Pańskiego, czyli Święto Jordanu. To jedna z dwunastu najważniejszych uroczystości w roku liturgicznym. W naturalnych akwenach – rzekach, stawach i strumieniach – odbywa się wtedy tradycyjne poświęcenie wody. Tam, gdzie jest lód, wykuwa się przeręble w kształcie krzyża. Poświęconą wodę wierni zabierają do domów i przechowują jako źródło łask. Wcześniej obmywają w tej wodzie twarz albo cali się w niej zanurzają. Czczą w ten sposób pamiątkę chrztu św. w Jordanie, a dodatkowo hartują swoje ciało, by nie chorować przez cały następny rok.

Temperatura spadła tego dnia do -10 stopni, drzewa pokryły się piękną szadzią, więc z przyjemnością urwaliśmy się w plener, bo od ostatniego minęło już trochę czasu. Śliska droga spowodowała, że prędkość przemieszczania się nie była nadzwyczajna, mimo to do Sławatycz sprawnie dotarliśmy około 10. Mirkowe 4×4 w tych warunkach sprawdzały się wyśmienicie 🙂 Wszystko przykryte grubą warstwą śniegu, tylko trochę szkoda, że słońce nie zdecydowało się wyjrzeć.

W cerkwi w centrum Sławatycz trwały jeszcze obrzędy, których nie chcieliśmy zakłócać, więc wybraliśmy się najpierw nad Bug. Już 2 stycznia oglądałem zamarzający nurt rzeki, więc nie zdziwiło mnie, że teraz cała jest skuta lodem. Już z daleka widać było wyciętą w kształcie krzyża przerębel. Nad nią z wyciętych kawałków lodu ustawiono krzyż. Całość dopełniały choinki  i stoliki – również z lodu.

Ponieważ do procesji było jeszcze sporo czasu, wyciągnęliśmy na początek gorącą herbatkę, a potem ruszyliśmy do Sławatycz pokręcić się po miejscowości, poobserwować toczące się pomału życie. Padła propozycja wpaść do sklepu na lody i oranżadę, jednak ktoś przytomnie stwierdził, że może jednak nie w styczniu…

Odwiedziłem oczywiście słynnych brodaczy ze Sławatycz 🙂

Jest tu jeszcze jedna atrakcja – jakiś lokalny zbieracz zgromadził na kawałku łąki różne dziwne maszyny w stanie mocno świadczącym o tym, że  okres ich świetności przeminął. Ośnieżone – prezentowały się całkiem fotogenicznie. Bractwo rzuciło się na nie z aparatami, szukając co ciekawszych detali w celu uzyskania efektów artystycznych 😉

Wreszcie nadszedł czas uroczystości, na którą czekaliśmy już około dwie godziny. Od strony cerkwi ruszyła w naszą stronę procesja. Dość szybko nas minęła i zeszła nad zamarzniętą rzekę. Co tu pisać – uroczystość jest niezwykła i na pewno dostarcza jej uczestnikom przeżyć duchowych. Staraliśmy się poruszać wokół miejsca ceremonii z pewnym wyczuciem, by nie zakłócać powagi uroczystości. Zamarznięty nurt pozwalał na wejście na lód i fotografowanie nie tylko z brzegu, ale również z perspektywy rzeki. Lód miał na pewno ze 30 cm – oceniliśmy to na podstawie grubości krzyża, który z niego wycięto. Godzinną uroczystość zakończyło poświęcenie wody, którą jej uczestnicy zbierali do przyniesionych naczyń.

Chwilę jeszcze postaliśmy, dzieląc się wrażeniami i ruszyliśmy na poszukiwania zleconych przez szefową Fotoklubu tematów 🙂

Uroczystość w krótkim fotoreportażu:

Nowy Rok postanowiliśmy w grupie Galerników powitać z przytupem. Przytup był wskazany, bo temperatura spadła do -15 stopni 🙂

W sobotę 2 stycznia spotkaliśmy się  – a jakże – pod galerią i wyruszyliśmy do Serpelic, gdzie zarezerwowany został lokal pod noworoczne biesiadowanie. Wstępnie jednak powinna się odbyć pierwsza noworoczna wycieczka. Kilka dni wcześniej padła propozycja, bym znalazł coś w okolicy, z czego natychmiast skorzystałem i zaproponowałem wypad do rezerwatu „Trojan” pod Mierzwicami. To tylko około 6 km od Serpelic.

W oczekiwaniu na grupę, zrobiłem mały wypad nad Krznę – zimny wiatr szybko mnie jednak stamtąd wygonił 🙂

Pogoda była znakomita, ani jednej chmurki, ale za to mróz taki, że strzykało w płucach 🙂 Ścieżkę przyrodniczą przez rezerwat „Trojan” wypatrzyłem jeszcze latem i nawet pisałem o niej „wrota do lasu”. Przyszedł czas na zbadanie terenu 🙂

Zaczynamy szybko, aby rozgrzać się trochę, bo choć pogoda jest słoneczna, to zimno dobiera się do nas przez każdą szparę w ubraniu. Najpierw spokojnie, lasem i nic nie zapowiada atrakcji. Przedzieramy się przez zręb w poszukiwaniu „białego królika” – tak oznaczono nasz szlak 🙂 Znowu wchodzimy w las i zaskoczenie! Przed nam ogromne wąwozy! W całym nadbużańskim przełomie Bugu jeszcze takich nie widziałem. Krajobraz „prawie” górski 🙂 Niestety – szybko się kończy – wychodzimy ponad dolinę Bugu. Jeszcze trochę lasem, chwila zastanowienia, bo brak oznaczeń i zakręcamy w kolejną leśną drogę. Znowu trafiamy na „białego królika” 🙂 Zakręt i wracamy. Ponownie docieramy do wąwozów, ale w zupełnie innym rejonie. Znowu zaskoczenie – jak duże wysokości osiągają  okoliczne wzgórza. Ponownie wychodzimy na drogę. Przebijamy się nad Bug, gdzie skarpą wiedzie dalsza część szlaku.

Ale widowisko! Bug broni się resztkami sił przed zamarznięciem. Po obu stronach tworzy się już stała tafla, a środkiem płyną gigantyczne kry. Podchodzimy pod zakręt zwany Kolanem – Bug mocno zwęża się i zakręca o około 170 stopni. Prąd w tym miejscu gwałtownie przyśpiesza, uderzając w z całą siłą w skarpę, na której stoimy. Huk jest ogromny. Kry wpadają z trzaskiem na siebie, omywając przy okazji zamarzniętą już zatokę. Gdyby nie to, że jest bardzo zimno, można by tam długo stać i podziwiać tę walkę żywiołów. Jest już czternasta, więc słońce zaraz będzie zachodzić 😉 Stoimy w głębokim cieniu, w oddali widać brzeg oświetlony ciepłym, zimowym słońcem. Koniec podziwiania.

Zostaje przemarsz do aut, które czekają 500 metrów dalej i jazda do Serpelic.

Tam zaszywamy się na zamówiony obiad w sympatycznym ośrodku Ostoja. Zastawiony stół już na nas czeka. Mamy też muzykę – pośpiewaliśmy, pojedliśmy, Nowy Rok powitaliśmy 🙂

Jeszcze zdjęcia:

Jedne z najkrótszych dni w roku… połowa grudnia. Śniegu jednak nie widać, słońce ledwo się pokaże, zaraz znika. W piątek wyruszam w długo odkładaną służbową podróż w teren, a że światełko piękne, wrzucam na przednie siedzenie aparat, niech będzie pod ręką 🙂

Jadę przez jakieś odludzia, zagubione podlaskie wioski i docieram do Hanny. To rejony Bugu, których nie miałem okazji bliżej zwiedzić, więc po zakończeniu pracy pozostaje przyjemniejsza część – powrót przez nadbużańskie pola i łąki.

Zaraz za Hanną stoi wieża – to część infrastruktury towarzyszącej projektowi Green Velo – ścieżki rowerowej biegnącej wzdłuż granicy. Piękna wyasfaltowana droga dla rowerów robi wrażenie. Włażę oczywiście na wieżę, mimo zimnego wiatru 🙂 Panorama nie oszałamia, więc będę musiał się zastanowić, „co autorzy mieli na myśli”, stawiając ją tutaj 😉

Green Velo to olbrzymi projekt unijny (274 mln zł) budowy ścieżek rowerowych, którymi można przejechać od Olsztyna do Końskich na Podkarpaciu. Tylko w województwie lubelskim trasa liczy ponad 401 km długości, a ich wybudowanie kosztowało 55 mln złotych. Udało się zrealizować największy taki projekt w Europie, a województwo lubelskie było pierwszym, które zakończyło prace. Ścieżki na Lubelszczyźnie nie wszędzie wyglądają tak samo. 44 km z nich jest asfaltowych, reszta to kostka brukowa lub kruszywo, a 18 procent trasy stanowią drogi gruntowe. Jest tak w miejscach, gdzie trasa wiedzie między lasami czy polami. Green Velo na Lubelszczyźnie wiedzie przez dolinę Bugu, Wieprza i Roztocze. I nie jest to przypadek, bo twórcy trasy chcieli pokazać rowerzystom najbardziej urokliwe zakątki wschodniej Polski. Na Lubelszczyźnie trasa zaczyna się na granicy z Podlasiem w Janowie Podlaskim, jest poprowadzona przez Włodawę i Chełm, żeby dotrzeć do Zwierzyńca i dalej na Podkarpacie. Na szlaku rowerowym znajdują się perełki lubelskiej architektury, roztoczańskie Stawy Echo, Szczebrzeszyński Park Krajobrazowy z wąwozami lessowymi czy liczne sanktuaria – w Kostomłotach, Kodniu czy Jabłecznej [źródło: Kurier Lubelski].

Mapa trasy

Za chwilę docieram do leżącej nad samym Bugiem wsi Kuzawka. Obowiązkowy przejazd przez samą wieś, cichą i senną, ale troszkę już ucywilizowaną. Przy remizie wypatruję dzwon alarmowy zrobiony z szyny kolejowej 🙂

Zaraz za wsią Bug podchodzi pod samą drogę, korzystam więc z okazji, by zrobić kilka zdjęć.

DSC_4962_3_4_tonemapped
DSC_4965_6_7_tonemapped

Mijam Sławatycze i kieruję się na Kodeń. Zaraz za Sławatyczami korzystam z pierwszej okazji by odbić „na wioski”. Absolutna błogość 🙂 W ciepłym, popołudniowym słońcu wszystko jest pogrążone w brązach. Mijam kolejne jeziora, pojedyncze domy, wąska droga kręci się pomiędzy rozlewiskami, rzędami wierzb, za chwilę natykam się na boczną drogę do Mościsk – słynących z zalewania przez wiosenne roztopy i docieram do Nowosiółek. Stare spróchniałe płoty, rzędy wierzb – jaka tu cisza i spokój. Do cywilizacji zdecydowanie tu daleko 🙂

Ruszam dalej i tak docieram do Jabłecznej. Jestem tu pierwszy raz, ale znam miejsce ze zdjęć mego przyjaciela Tadeusza Żaczka, który jest bardzo zżyty z tym miejscem i jak nikt inny potrafi ująć w swojej fotografii duchowość prawosławia.

Historia miejsca jest dokładnie opisana na stronie www monastyru.

To już ostatni punkt mojej wycieczki – dojeżdżam do Kodnia i stąd najkrótszą drogą wracam do Białej.

Listopad to oczywiście coroczne Warsztaty Fotograficzne Fotoklubu Podlaskiego. Jedenaste już z kolei. Pierwszy weekend listopada nie rozpieszczał nas pogodą, ale nie poddaliśmy się. Nawet mglista i deszczowa aura może być inspirująca 🙂

Od piątku realizujemy ustalony plan – zaczynamy od wystawy powarsztatowej z roku ubiegłego. To samo miejsce co zwykle, czyli Stara Plebania w Janowie Podlaskim. Są oczywiście pączki, najwyższe w okolicy nasycenie aparatów na metr kwadratowy, przemowa Kasi, która dzielnie sobie radzi w zastępstwie szefowej Stowarzyszenia – Marzenki.

Około 18 przenosimy się się do Stadniny, gdzie spotykamy się już od lat. Rok wcześniej mówiło się, że to podobno ostatnie spotkanie w tym miejscu, bo hotel miał być zburzony i miała się rozpocząć budowa nowego, ale jak widać janowska Wygoda jest wieczna i nadal stoi 🙂 Ze swoim niepowtarzalnym klimatem.

Po kolacji spotykamy się z pierwszym z zaproszonych gości. Jest nim Inez Baturo – specjalizująca się w szczególnie mi bliskim gatunku fotografii – pejzażu. Mamy okazję wysłuchać ciekawej opowieści, przeplatanej wyświetlanymi na ekranie zdjęciami. Jest wśród nich wiele zdjęć górskich i te najbardziej przykuwają moją uwagę.

Zwracam uwagę przede wszystkim na fakt, że fotografie są stonowane, działają uspokajająco – bo też robione są w specyficznych warunkach! Mgły, deszcze, świt albo nawet przed świtem – nie epatują kolorami, za to stwarzają nastrój ciszy, spokoju, tajemniczości. Musze przemyśleć swoją górską twórczość 🙂 Tylko czy stać mnie na nocne wejście na szczyt Świnicy, aby zastał mnie tam wschód słońca… 😉

Po pokazie tradycyjny już wieczór integracyjny, niekończące się rozmowy, które przeciągają się do 1 w nocy, a czasem i dłużej 🙂

Drugi dzień wygląda na taki, jak na zdjęciach z pokazu Inez – jest mokro, deszczowo, ponuro, mgliście. Hm – jest potencjał 😉

Zaczynamy od zdjęcia grupowego. Dość sprawnie zbieramy grupę, by nikogo nie trzeba było „wklejać w fotoszopie” 🙂

DSC_4262

Na początek oczywiście śniadanie i ruszamy w teren w poszukiwaniu tematu Warsztatów, czyli „Śladów wiary na Podlasiu”. Pierwsze lądowanie odbywa się przy „kamiennych babach” – fantazyjnych konstrukcjach z kamieni polnych, które od lat układa właściciel posesji niedaleko Cieleśnicy. Do tego tuje przystrzyżone „na pudla”, a wszystko we mgle i drobnej mżawce – stwarza lekko abstrakcyjny widok 🙂

DSC_4289

Ruszamy dalej. Dojeżdżamy aż do Pratulina, gdzie zaskakujemy wizytą pana Józefa Pliszkę, u którego gościliśmy w maju na plenerze. Gospodarze częstują nas ciastkiem i kawą, trochę wspominek i czas na zdjęcia. Jedziemy jeszcze dwa kilometry do Łęgów i robimy obchód wsi. Idziemy kawałek nasypem nadbużanki, fotografujemy pale przedwojennego mostu. Jest oczywiście lustro, które wyzwala tysiąc pomysłów na jego wykorzystanie 🙂

DSC_4377

No i supermarket rodem z „wczesnego Gierka”. Takich kiosków już chyba nie będzie… trzeba je uwieczniać, bo niedługo nikt nie uwierzy, że istniały 🙂

DSC_4382

Z Łęgów jedziemy do Derła. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na cmentarzu unickim w Pratulinie. W środku lasu zaskakuje nas znak drogowy „ustąp pierwszeństwa przejazdu”. Wygląda dość abstrakcyjnie 🙂

Trochę informacji o podlaskich unitach znalazłem na  stronie www unici.pl.

DSC_4440

Kilka kilometrów dalej jest Derło. Trochę na uboczu, ale jak wszędzie, tu tez dotarły wielkie pieniądze ze stolicy i straszy coraz więcej tabliczek „teren prywatny”. Na końcu wsi jest słynna „droga fotografów”, którą po raz kolejny uwieczniamy na tysiąc sposobów. I krzyż na wzgórzu pomiędzy lipami. W swoich letnich wędrówkach nad Bugiem zostawiam tu samochód.

DSC_4451

Frakcja przyrodnicza odkrywa w krzaku gniazdo i z zapałem je fotografuje pod wszelkimi możliwymi kątami 🙂 Wpadamy też na chwilę do wsi, bo jest tu kilka fajnych budynków, są ludzie grabiący liście, którzy zachwalają architekturę kibelka za domem. Ma wkrótce zniknąć… Jeszcze kilka zdjęć szczegółów architektonicznych, jakieś kolorowe okiennice, ganeczki. Cywilizacja niestety pożera urokliwe nadbużańskie wioski.

DSC_4510

Wracamy na obiad, a po obiedzie spotkanie z kolejnym z gości – z Maksem Skrzeczkowskim. Pokaz jest prowadzony w stylu rasowego showmana – najpierw dla pobudzenia uwagi i głębszych przemyśleń artystycznych każdy rozgryza gorzkie ziarno kakaowca 🙂 Teraz możemy się skupić na pokazie. Maks prezentuje kilka nurtów swojej fotografii – sztukę cyrkową, podróże po Ukrainie, Kazimierz Dolny.

Po pokazie chwila przerwy i teraz uczestnicy mogą zaprezentować swoją twórczość. Kolejny rok zanudzam towarzystwo kolorowymi Bieszczadami 😉 Dla równowagi pokazuję czarno-biały reportaż „Pan Tadeusz”… nie, nie robię konkurencji Mickiewiczowi 😉 Wybrałem trochę zdjęć pana Tadeusza z Olchowca, którego miałem okazję poznać w lipcu przy okazji wędrówki po Beskidzie Niskim.

Niedziela wita nas poprawą pogody. Niewiasty wylegają na balkony, fotografowie łapią za sprzęt i ruszają na łowy fotograficzne. Na wybiegach jest mnóstwo koni, więc ich miłośnicy mają w czym wybierać. Mocno wieje, co jakiś czas z trzaskiem pada niedaleko wielkie drzewo, na niebie apokaliptyczne chmury 🙂 Jest klimat 🙂

Czas na pokaz kolejnego z gości – jest to Andrzej Baturo, legenda wśród fotografów, prywatnie mąż Inez Baturo. Pan Andrzej pracował wiele lat jako fotoreporter dla takich tytułów jak „ITD”, „Na przełaj”, „Razem”. Stąd też jego fotografia to przede wszystkim ludzie. Rzadko pojawiają się pojedyncze zdjęcia – prezentowany pokaz to całe kompletne cykle, zamykane na ogół jakimś podsumowującym zdjęciem. Dwie godziny mijają błyskawicznie, opowieść jest bardzo ciekawa. Ja mam szczególny sentyment do „Na przełaj”, która to gazeta w czasach mojej młodości wyróżniała się w moim odczuciu spośród dostępnych tytułów swoim zaangażowaniem, poruszanymi tematami i czytałem ją „od deski do deski” 🙂

Po pokazie ruszamy jeszcze raz na spacer po Stadninie. Łapiemy chwile, gdy mocne światło tworzy piękne kontrasty z bielą budynków i podkreśla jesienne barwy przyrody.

Jeszcze obiad, pożegnania… i koniec Warsztatów.

Oczywiście Tres Amigos nie zapomnieli o zdjęciu pamiątkowym 🙂

Miał być jesienny wypad na grzyby.. ale jak to u mnie bywa – wyszło więcej zdjęć jak grzybów.

Rano podziwiam sympatyczne trawki, potem zapuściłem się w leśne wąwozy wokół Serpelic. Przynajmniej widać, że Podlaski Przełom Bugu to nie jakiś strumyk na łące, a prawdziwy przełom 🙂 Chociaż zdjęcia tego nie oddają, to skarpy często osiągają paręnaście metrów.

Zrobiłem zrzut okolicy z mapy laserowej – widać na nim świetnie całą okolicę.

1 2

W drodze powrotnej zahaczam jeszcze o najsłynniejszą podlaską widokówkę, czyli skarpę w Gnojnie. Wody w Bugu nadal nie ma (wrzesień), za to chmurki bardzo fotogeniczne. Tyle że nic z nich nie pada…

Zakręt widziany „z dołu”.

DSC_1883 Panorama DSC_1894_5_6_tonemapped
DSC_1900_1_2_tonemapped