Dobra passa trwa. Pogodowa oczywiście. 8 październik to może odrobinę ze wcześnie na pełnię jesiennych barw w Bieszczadach, ale aura nam to wynagrodziła. Czwarty rok pod rząd trafiamy w okienko pogodowe.

Jak co roku telefon do Leśniczówki i Artur już na nas czeka. Co prawda pszczelarze zajęli nam kwaterę, ale szef błyskawicznie organizuje agroturystykę po sąsiedzku, z której jesteśmy bardzo zadowoleni.

Wyjazd w czwartek po pracy, jeszcze tylko czterysta kilometrów i około 23 jesteśmy na miejscu 🙂 Nazbierało się nas trochę… 12 osób siedzi w malutkiej kuchni i robimy wstępną integrację przed jutrzejszą wycieczką. Muszę przyznać, że nauka nie poszła w las i świadomość mojej ekipy znacznie wzrosła: trzeba wstać na śniadanie na ósmą, dojechać kawałek a potem jeszcze przejść trochę 😉 Nikt nie protestuje, gdy po pół godzinie impreza wstępna kończy się rozejściem po pokojach 🙂 Zresztą po kilku godzinach jazdy każdy jest zmęczony…

Zgodnie z planem o ósmej jemy śniadanie (oczywiście w Leśniczówce!), jeszcze obowiązkowa kawka i pakujemy się w auta. Czeka nas dojazd na Przełęcz Wyżniańską. To około godziny jazdy. O 10 jesteśmy na miejscu, plecaki na grzbiet i w drogę. Energia wszystkich rozpiera, bo po pół godzinie jesteśmy przy Bacówce pod Małą Rawką.

„Trzy pięćdziesiątki” – tak zareklamowałem swoim wędrowcom dzisiejszą trasę. Pierwsza pięćdziesiątka skurczyła się do 30 minut, więc morale wzrosło 🙂 Do czasu wkroczenia na drugą „pięćdziesiątkę” 😉 Przed wyruszeniem na dalszą część szlaku nie wspomniałem o małym niuansie – teraz czekało nas 350 metrów podejścia 🙂 Zwątpienie przeplatało się z euforią 🙂 Pozostaje pominąć milczeniem, co mówiła wycieczka o tym, który ich mobilizował, że to „już zaraz za krzakiem” 😉 Zrobiło się z naszego podejścia 1,5 godziny, ale osiągamy sukces i 100% ekipy staje na szczycie Małej Rawki. Krótki posiłek i jak zwykle przerażenie w oczach na widok dalszej trasy 🙂 Tłumaczę, że według mapy to tylko 20 minut… Niedowierzanie – faktycznie po 20 minutach stoimy na pierwszym z wierzchołków Wielkiej Rawki! Dziś wyżej już nie będzie. Teraz krótki spacer długim grzbietem Rawki na drugi wierzchołek. Od wyjścia z lasu widoki nas rozpieszczają na każdy możliwy sposób. Szeroka panorama obejmuje całą Połoninę Wetlińskę, Caryńską, pasmo Tarnicy, a dole Ustrzyki, a z drugiej strony część ukraińską i słowacką. Widoczność jest znakomita, choć lekko mgliście. Taka wędrówka to sama przyjemność.

DSC_2411 Panorama

Dość szybko stajemy na niższym z wierzchołków Wielkiej Rawki. Widok słupków granicznych mobilizuje wszystkich do zejścia około 5 minut w dół.

DSC_2489 Panorama

Tu robię wykład, jak blisko jest na Krzemieniec i jakie to wyjątkowe miejsce 🙂 Widok ścieżki schodzącej sporo w dół i perspektywa kolejnego podejścia rodzi mały podział w grupie 🙂 Na tych co chcą i wątpiących. Frakcja druga poddaje się jednak wobec większości, do której moje argumenty przemawiają 🙂 Ruszamy szybkim tempem w dół, osiągamy siodełko i teraz znowu do góry na Krzemieniec. Dla podniesienia morale sugeruję odliczanie słupków granicznych – zaczynamy od „trzynastki” i zgodnie z planem po pół godzinie jesteśmy przy „jedynce”. Obwieszczam koniec trasy i udzielam pochwały 😀

DSC_2662 Panorama

Biwak trwa około pół godziny, oceniam nasze ramy czasowe i szanse na utrzymanie się w nich 🙂 Dajemy sobie 2,5 godziny na zejście i ku wielkiej radości dokładnie tyle czasu zajmuje nam dotarcie na Przełęcz Wyżniańską. Co głód robi z ludźmi 😉

Dojazd do Berezki skrótami przez Buk i Terkę to równo godzina bez minuty 🙂 Na omówionym obiedzie stawiamy się punktualnie!

Godzinka odpoczynku i ruszamy po drobne zakupy na ognisko. Artur rozpala nam ogień pod grillem w swojej ogromnej altanie, gdzie siedzimy ze dwie godziny przy pieczonej kiełbasce, wspomnieniach dzisiejszego dnia i śmiechu z opowiadanych dowcipów.

Imprezę rozpędzają pszczelarze…

Wycieczka w wersji reporterskiej:

i w wersji artystycznej 🙂

Trasa:

Zrzut ekranu 2015-10-15 o 20.23.18

Przenosimy się do naszej kwatery, aby posiedzieć trochę dłużej. Kolejny dzień nie wymaga już takiej mobilizacji i pozwalamy sobie na spanie do ósmej.

Po śniadaniu zbieramy się trochę wolniej, wypijamy kawkę i ruszamy na podbój Bieszczad. Dziś plan jest naprawdę lekki – na początek postanawiamy zwiedzić rezerwat Sine Wiry.

Docieramy sprawnie w okolice wsi Polanki, gdzie czeka nas duży parking i w dodatku pusty. Teraz idziemy około godziny wzdłuż rzeki Wetlinka, która wije się meandrami w głębokim wąwozie. Docieramy do miejsca, gdzie szutrówkę przegradza szlaban i za chwilę widać wielką tablicę z nazwą rezerwatu.

DSC_2891_2_3_tonemapped

Tu wchodzimy na właściwą ścieżkę przyrodniczą. Prowadzą  nas w dół przygotowane przez BPN schody zrobione z drewnianych stopni. Wiele jest ostatnio dyskusji na temat podobnych wynalazków na szlakach turystycznych w Bieszczadach. Niby argumentacja o skierowaniu ruchu na właściwe tory do mnie przemawia, ale ginie gdzieś przy tym dzikość takich miejsc, a ułatwienia tylko nakręcają skalę zadeptywania przyrody przez tłumy, które i tak idą „zaliczyć miejscówkę” i na drugi dzień nie pamiętają, gdzie były….

A sine Wiry – są świetne! Siedzimy tu dobrą godzinę, małolaty mają zabawę w skakanie po kamieniach, starsi też podchwytują klimat i skaczą 🙂 Wyciągamy kanapki, termosy i delektujemy się ciszą miejsca, szumem wody i ciepłym, jesiennym słońcem.

Jeszcze tylko przemarsz korytem rzeki i docieramy na koniec ścieżki. Tu zbaczamy na chwilę, aby podziwiać skalne urwiska, wyżłobione przez wodę. Potem w górę, na główną drogę i spacerem wracamy na parking. Dla urozmaicenia robimy skrót przez rzekę, skacząc  po kamieniach. Najmłodsza cześć ekipy ma niesamowitą frajdę 🙂

Z tego samego parkingu ruszamy w stronę Łopienki. Znajduje się się tam polecana przez Artura odrestaurowana cerkiew. Dopisuje nam szczęście – jest otwarta i zaskoczenie – trafiamy na mszę 🙂 Prawdziwą, turystyczną, w sercu Bieszczadów 🙂 Wrażenie niesamowite. Tu właśnie jest wiara, a nie w pałacach stawianych ku chwale proboszczów 😉 Ksiądz, młody bardzo, błogosławi zebranych, pakuje strój liturgiczny  i naczynia do plecaka i już wygląda jak jeden z wielu wędrowców, którzy tu trafili 🙂

Łopienka, to nieistniejąca wieś z połowy XVI wieku, położona u podnóży Łopiennika (1069m n.p.m) a właściwie pomiędzy Łopiennikiem, a znajdującym się na północ od niego szczytem Korbania (894m n.p.m). Wieś zasłynęła przede wszystkim z tego, iż podobno ukazała się tu Matka Boska pod postacią ikony. Wkrótce po tym Łopienka stała się słynnym ośrodkiem kultu maryjnego. Ikonę umieszczono w kapliczce, a niedługo potem w drewnianej wówczas cerkwi pw. Świętej Paraskiewii. Obecna – murowana cerkiew – datowana jest na I poł. XIXw [źródło: Twoje Bieszczady].

Zwiedzamy w ciszy wnętrze cerkwi, kręcę się chwilę wokół. Jesienne słoneczniki kontrastują z błękitem nieba i białymi murami. Takie momenty zawsze dobrze mnie nastrajają.

Po drodze mijamy dymiące retorty.

DSC_2974

Kolejny nasz cel to Kamień Leski. Dla urozmaicenia jednak i popatrzenia na piękno Bieszczadów jak najdłużej wybieramy dłuższą wersję trasy do Leska przez Małą Pętlę Bieszczadzką. Mijamy Terkę i skręcamy w prawy w stronę Czarnej. Widoki są piękne, bo pogoda „trzyma”. Mnóstwo serpentyn, więc kierowcy się nie nudzą, mijamy Ustrzyki Dolne i kierujemy się na Lesko. W Lesku zgodnie z nasz tradycją robimy najpierw popas w Słodkim Domku i po kawce i kilku ciachach kierujemy się na parking przy Kamieniu Leskim.

DSC_3021

Kamień Leski (ok. 410-420m n.p.m) – to niezwykle oryginalny pomnik przyrody nieożywionej zbudowany z piaskowca krośnieńskiego. Swój dziwaczny kształt zawdzięcza naturze (erozyjnym oddziaływaniom atmosferycznym) i mieszkańcom okolic. W XIX stuleciu bowiem u jego podnóża pozyskiwano kamień. Po dawnym kamieniołomie widoczne są do dziś dwie głębokie wyrwy z pionową ścianą skalną od strony Glinnego. Dziś porośnięte młodym lasem dodają temu zakątkowi szczególnego uroku [źródło: Twoje Bieszczady].

Wyobrażałem go sobie jak pojedynczy ostaniec, a tu niespodzianka, to długi na prawie 200 metrów mur skalny, który można przejść górą i dołem. Wycieczka zajmuje dobre pół godziny. Trochę ubolewam, że widzę mnóstwo wkutego żelaza, bo łojanci nie odpuszczą żadnemu kawałkowi skały (sorry Xymox za tą wstawkę – musiałem 😉 ).

I to już koniec tegorocznych Bieszczadów. Jest późne popołudnie, więc wracamy do Berezki. Tam dopada nas gospodarz, że czekają na nas rydze, o które się dopytywaliśmy dzień wcześniej. I kilkanaście kilogramów prawdziwków. Trzeba tylko po nie pojechać… Po fakcie okazuje się, że czekały prawie pod Przemyślem 🙂 Ale co tam – warto było. Spec od smażenia na masełku i z czosnkiem uwija się cały wieczór, bo przysmak znika błyskawicznie 🙂

Zgodnie oceniamy, że były to bardzo udane dwa dni.

 

Wrześniowe niedzielne poranki nie sprzyjały podjęciu działalności fotograficznej, więc jak tylko pogodynka zapowiedziała „żyletę o poranku”, silna grupa NGP zadała sakramentalne pytanie: co robimy? Jakiś czas temu padł pomysł na odwiedzenie mostu we Fronołowie. Nadszedł więc czas na realizację 🙂

Wyjeżdżamy wcześnie rano, bo chcemy zdążyć na wschód słońca. Od mostu dzieli nas około 50km. Docieramy punktualnie 🙂 Jeszcze tylko krótki spacer ponad torami i z mgły wyłania się wielka stalowa konstrukcja. Jest rześko, żeby nie powiedzieć – zimno 🙂 Obowiązkowe czapki, ciepłe polary i zaczynamy łowy. Najpierw na pana z rowerem, który przemierza most, potem już z mostu na wychodzące z wody słońce. Lekkie mgiełki, jakieś ptaszyska i wszechobecna pomarańczowa poświata stwarza niepowtarzalny nastrój 🙂

DSC_2017_8_9_tonemapped

DSC_2029 Panorama_1

Most składa się właściwie z dwóch mostów obok siebie, my wybieramy ten po prawej, bo drewniane klepki, po których idziemy, budzą jednak większe zaufanie 🙂

Szczegółowa historia mostu jest do przeczytania na stronie www Fronołowa.

Słoneczko podnosi się coraz wyżej i zaczyna przyjemnie grzać. Warunki zdjęciowe są idealne. Szybko jesteśmy z drugiej strony Bugu i schodzimy pod most. Stąd można zrobić efektowne zdjęcia konstrukcji, która w tym momencie jest w całości oświetlona ciepłym porannym słońcem. Każdy buszuje za swoimi tematami, tylko Jarek gdzieś się zapodział – potem okaże się że efektownie upolował pociąg jadący przez most. Patrząc z dołu, był to pojedynczy wagonik 🙂

DSC_2043_4_5_tonemapped

Na chwilę dołącza do nas pan ze spinningiem… na chwilę. Po pierwszym rzucie kotwica utknęła w czymś na dnie, jedno szarpnięcie i została sama żyłka… Pan rzuca wiązkę, której nawet nie jestem w stanie zapamiętać i znika… Nie będzie rybki na obiad 🙁

Wracamy na górę i przebiegamy most w druga stronę. Znowu słychać odgłos syreny z lokomotywy. Zastanawiamy się, czy zdążymy przebiec na drugą stronę przed pociągiem, ale jakoś brak chętnych na podjęcie wyzwania 🙂 Z mgły wyłania się potężny towarowy skład, ale niestety nie złoty, tylko cementowy 🙂

DSC_2070 Panorama DSC_2081_2_3_tonemapped

Teraz czas na zdjęcie pamiątkowe NGP. Proponujemy ustawić czas na samowyzwalaczu na 2 sekundy, ale Piotr szacuje, że przy biegu po torach zabraknie mu pół sekundy 😉 Potem jeszcze chwilę eksperymentujemy, realizując jakieś tajemnicze wizje artystyczne. Praca twórcza trwa w najlepsze 🙂 Słońce tymczasem wspina się wysoko, więc nasze fotograficzne światło szybko się kończy.

Jest ósma, szkoda wracać. Po krótkie naradzie ruszamy do Drohiczyna, który według zgodnej opinii ma „największy potencjał”. Do Drohiczyna jest około 20km, droga mija błyskawicznie. Umilamy sobie jazdę wyszukując na polach bunkry z linii Mołotowa. Trochę ich tu zostało…

Parkujemy w centrum i obieramy kierunek na Górę Zamkową. Na wprost parkingu kusi reklama świderków amerykańskich 😉 Oczywiście foto pamiątkowe obowiązkowo! Za chwilę na centralnym placu Drohiczyna Piotr przeprowadza test praktyczny „po co zakładamy osłonę obiektywu”. Osłona nie wytrzymała – aparat przeżył 🙂 Robi się … gorąco – nie tylko z powodu upadku aparatu. Pogoda nas zaskoczyła – świtem było koło 4 stopni, teraz prawie 20. Zrzucamy kurtki, polary – robi się letnio 🙂

Przy drodze spotykamy kota… ale niestety nikt z nas nie ma Canona 🙂 Żart taki – dla wtajemniczonych 😉

W drogę – najpierw jednak chcemy zrobić trochę zdjęć skarpy z dołu. Omijamy górę i wychodzimy na łąkę w okolicy plaży. Woda jest znacznie wyższa od tej, którą tu widziałem w sierpniu. Piaszczyste łachy skrył nurt rzeki. Słynna drohiczyńska skarpa jest teraz w całości oświetlona porannym słońcem, w którym mienią się kolory jesieni. Przed nami klasyczna widokówka. No dobra, mamy to 😉

DSC_2191_2_3_tonemapped DSC_2198 Panorama

 

Czas na górę. Zdobywamy ją w stylu alpejskim – w jednym podejściu i korzystając z unijnych udogodnień w postaci alejki wysypanej grysem i drewnianych poręczy 🙂 Gdzie te czasy, jak właziło się na nią na czworaka po gliniastym zboczu… Nawet bunkier został zgwałcony przez rurki ze stali, który błyszczą w słońcu, jak przysłowiowe „psu jajka” 😉

DSC_2224_5_6_tonemapped DSC_2227 Panorama

Na górze chwila relaksu, potem jeszcze każdy „robi swoje”, czyli fotografuje w indywidualnych klimatach. Schodzimy na dół w poszukiwaniu knajpy. Po mieście krążą pierwsze poranne wycieczki, bo aura sprzyja. Drohiczyn słynie przede wszystkim ze swoich kościołów, a dziś wyglądają one szczególnie efektownie – swoją bielą kontrastują z intensywnie niebieskim niebem. Mam wrażenie, że Drohiczyn zdecydowanie zyskał na wizerunku. Ostatnio jak go widziałem, wydawał mi się takim zapomnianym i zaniedbanym miasteczkiem. Zdecydowanie się to zmieniło. Odnajdujemy restaurację Zamkową. Towarzystwo rozsiada się pod parasolką i każdy zamawia coś dla siebie. Po przejściu około 100 metrów, Piotr stwierdza że czas na poranny jogging. No tak… w knajpie został jego portfel to i motywacja jest większa 🙂

Dziś limit czasu wyznaczają „imieniny u cioci”. Nie siedzimy więc długo i ruszamy dalej w kierunku zaproponowanym przez Jarka. Docieramy na peryferia miasta. Urzeka mnie Kościół zakonu Benedyktynek. Stoi wysoko na wzgórzu, wokół pusto, klasyczna fasada, biel i intensywny błękit nieba. Scena przywraca mi pamięć 🙂 Byłem tu… jako kolonista z wycieczką, mając pewnie z 10 lat 🙂

DSC_2260

Czas ucieka, więc pora na odwrót. Ale lekko nie ma. Wystarczy jedno lustro na skrzyżowaniu, by w głowach od razu urodziło się tysiąc pomysłów 🙂 Tacy z nas artyści 😉

DSC_2264

Wracamy na parking. Naszą uwagę zwraca sklepik z szyldem „50 lat tradycji”. No takich miejsc szukamy! Wpadamy do środka na lody. Bardzo szybko dogadujemy się, że to te same lody, które jedliśmy w sierpniu w Perlejewie (vel Zamek Krzyżacki) 🙂 Pozdrawiamy „dziewczynę od lodów” i jazda do domu 🙂

Zaczepiamy jeszcze po drodze Rezerwat Trojan, ale to już nie pora na zdjęcia… Piotr zdążył na imieniny 🙂

Dziś pierwszy dzień jesieni, więc ostatni letni wpis dla stęsknionych za letnimi upałami. Tegoroczne lato było wyjątkowo gorące, w efekcie czego korzystałem do woli z możliwości chodzenia suchym dnem Bugu. W jeden z sierpniowych poranków ruszyłem trochę dalej niż zwykle – pod Drohiczyn. Dla odmiany na drugi brzeg Bugu. Przyjemny chłód poranka, uzupełniony zapas wody i jazda. Mijam odwiedzany ostatnio Drażniew z rzeką Kałużą i wpadam do kolejnej wioski Góry. Fajnie tu 🙂 Drogi we wsi piaskowe, las, chodzą sobie krowy, kury, kaczki… jest siódma rano więc ludzie nieliczni. Szukam drogi prowadzącej nad Bug. Wieś się kończy i zaczynam przemierzać nadbużańskie łąki. Droga wygląda na „unijną” – gładka, wysypana szutrem. Utwierdzają mnie w tym wielkie tabliczki z symbolami dofinansowania. Wzbijam tumany kurzu i po około 3 kilometrach jest rzeka 🙂

Bug tworzy w tym miejscu wielkie zakole, którego wypukła część wbija się w słynną drohiczyńską skarpę. Pierwszy raz mam okazję podziwiać panoramę „zza Buga” 🙂

Odnajduję prom, do którego wiodła moja droga – nieczynny z powodu niskiego stanu wody. Wracam w okolicy góry zamkowej. Tu znowu spacer po dnie. Wbijam się daleko poza połowę koryta rzeki suchą stopą. Potem buty zostawiam na piasku i jeszcze kilkadziesiąt metrów w wodzie nie przekraczającej 30 cm.

DSC_0297 Panorama DSC_0310 Panorama DSC_0324 Panorama

Po godzinie mam sfotografgowane wszystko co się dało 🙂 Czas na odwrót. Trochę wcześnie na powrót do domu, więc dojeżdżam w kilkanaście minut do Drażniewa i skręcam do wsi. Tu czas się zatrzymał, pierwsi ludzie siedzą już na ławeczkach przed domami, garnki na płotach, życie płynie powoli. Mijam wieś i jadąc wzdłuż rzeczki dojeżdżam na kawałek łąki, gdzie chowam samochód w cieniu i postanawiam obadać kolejny odcinek Kałuży. Ten fragment jest bardziej dziki, zarośnięty, mnóstwo tu zwalonych drzew. Zaglądam co raz na nurt rzeki, uwieczniając kolejne fragmenty i co ciekawsze miejsca. Kilometry lecą, upał rośnie, wody pitnej ubywa. Docieram na odcinek, którym niedawno szedłem. Tu można znowu zacząć trekking rzeczny środkiem przyjemnego chłodnego traktu. I tak docieram nad Bug. Tu już teren znam, więc nawet za bardzo nie chce mi się wyjmować aparatu. Godzinkę wygrzewam się na piasku, ale że temperatura grubo przekroczyła 30 stopni, ruszam na przełaj przez łąki i pola do auta. Kolejne kilometry zrobione 🙂

Ruszam w drogę powrotną, a tu jeszcze rakieta w Sarnakach na mnie czeka 🙂 Oczywiście parkuję i biegnę uwiecznić jedyny taki pomnik.

Pomnik w Sarnakach upamiętnia jeden z niezwykle ciekawszych epizodów ostatniej wojny. Epizod, mniej krwawy, bez spektakularnych zmagań oddziałów, strzelaniny i brawurowych ataków żołnierzy. A przecież wpisany w historię walk wywiadów, określony później jaki kolosalny, mający znaczący wpływ na przebieg działań wojennych, sukces ! Mowa o wunderwaffe i wykradzeniu przez Polaków tajemnicy rakietowych pocisków. Jak powszechnie wiadomo Niemcy nową, piekielnie groźną a przy tym skuteczną broń rakietową testowali na poligonie zlokalizowanym na wyspie Uznam w rejonie obecnego Świnoujścia. Prace doświadczalne zostały odkryte przez Anglików i zespół hangarów i laboratoriów obróciły w perzynę skuteczne naloty. Ośrodek Peenemuende przestał istnieć w sierpniu 1943 roku. Niemcy nie przerwali jednak zaawansowanych prac i nowy ośrodek konstrukcyjny ulokowali tym razem w głębi Generalnej Gubernii, w okolicach Mielca, na poligonie artyleryjskim Blizne. Tam zrodził się pomysł wykorzystania do ostrzału wysp brytyjskich cygarowatej rakiety określonej kryptonimem V 2. Pocisk wystrzeliwano z wyrzutni w kierunku północnym. Pierwsze próby były więcej niż zadowalające. Rakieta unosiła się na zakładaną wysokość i swobodnie szybowała na dalekie odległości. Detonowany pocisk był odszukiwany w terenie przez specgrupy Luftwaffe, wszystkie odłamki zbierano skrupulatnie co do jednego. Pod koniec maja 1944 roku jedna z wystrzelonych z poligonu Blizne rakiet doleciała na odległość ponad 250 kilometrów i łagodnie osiadła w mokradłach nad Bugiem w okolicy Sarnak. Nie detonowała. Żołnierze z leśnej grupy Armii Krajowej błyskawicznie przejęli pocisk. Rakieta została przez polskich inżynierów rozebrana na części składowe. Żelastwo kilkoma samochodami przewieziono do Warszawy i radiową drogą o niezwykłym trofeum poinformowano Londyn. W lipcu 1944 na prowizoryczne, leśne lądowisko nad Dunajcem, w okolicy wsi Wał Ruda w rejonie Żabna przyleciał z Brindisi we Włoszech angielski samolot transportowy. Szczęśliwie wylądował i równie szczęśliwie wystartował zabierając na pokładzie zdemontowane części rakiety i polskich specjalistów pracujących nad rozpracowaniem pocisku [źródło: Pomnik w Sarnakach].

Stąd już tylko pół godziny jazdy i z ulga chowam się w chłodnych murach domu 🙂

Nie, nie – nie szukaliśmy złotego pociągu 🙂

Bug od maja systematycznie opadał i w końcu osiągnął rekordowo niski stan. Odsłonił tym samym swoje skarby schowane w nurcie…

Media nagłośniły szczególnie mocno dwa z nich: przeprawę w Grannem i zatopioną kanonierkę koło Broku.

Wraz z Niezależną Grupą Plenerową umawiamy się o 6 rano i w ruszamy w drogę. Mijamy Siemiatycze, Drohiczyn i już jest Granne. Poszukiwania trwają moment i oto przed nami pręży się w porannym słońcu historyczna przeprawa.
BezNazwy_Panorama2 BezNazwy_Panorama3

Grupa naciera i powstają szybko dziesiątki fajnych zdjęć 🙂 Pale wyglądają jak zęby smoka, poranne słoneczko daje piękne światło. Spotkany miejscowy cyklista opowiada, że o świcie są piękne mgiełki, ale to oznacza wyjazd o 4 rano… brrr 😉

Czas w drogę, bo parowiec czeka. Ruszamy dalej, ale po kilku kilometrach podróż przerywa okrzyk: Zamek Krzyżacki! Taaa 😉

Przed „zamkiem”, w którym odbywa się akurat poranna niedzielna msza, stoi sympatyczna „dziewczyna z lodami”. Prawdziwymi domowymi lodami, z bańki. Już lubimy te tereny 🙂 Poczułem się jak na odpuście 40 lat temu 🙂

DSC_1532

Po pysznych lodach i prawdziwej oranżadzie marki Krynka jedziemy na poszukiwanie wraku. Do Broku docieramy dość sprawnie dzięki wsparciu GPS, ale poszukiwania właściwej lokalizacji w rzece idą nieco trudniej. Jadąc wg opisów znalezionych w sieci, trafiamy pod leśniczówkę Bojany, okazuje się jednak, że poza pięknymi łachami piasku nic więcej tu nie ma. Obadawszy dno, idziemy dalej wzdłuż Bugu około 3 km i wreszcie jest!

DSC_1615

A tu istne szaleństwo: tłum ludzi, lokalny biznesmen za „piątaka” wozi chętnych łódką na wyspę, drugi pilnuje butów 🙂 Tłum z drugiego brzegu idzie w bród, bo wody ledwo do pół uda. Gdzieś z boku zaczyna się przeprawiać na wyspę stado quadów 😉 Jeden trochę utonął 😉 Przybijają kajaki z dziewczynami w strojach mocno niekompletnych. Z obstawą …

BezNazwy_Panorama4

Ale my tu dla wraku a nie dla dziewczyn tyle kilometrów jechaliśmy 🙂 Robimy sporo fotek, chociaż ciągle ktoś włazi w kadr… Pan z łódki też nam pozuje jako model 🙂

Czas na odwrót. Idziemy przez łąki, a w przeciwną stronę nadciąga kolejna fala w strojach „kościółkowych” 🙂

W drodze powrotnej wypatrujemy mały „performens”. Całkiem sensowny, ale chyba nic nie zmieni mojego stereotypu Polaka-brudasa, który wywali do lasu wszystko, byle mieć problem daleko od siebie. A trochę po tych lasach się kręcę. Ręce opadają…

I na koniec przystanek w Ciechanowcu. Przy drodze jest Muzeum Rolnictwa i korzystamy z okazji, by i tam zajrzeć. Warto. Najwięcej emocji wzbudza galeria głów działaczy ludowych. Artyści od razu „łapią fazę” i robi się wesoło 🙂 Z niespodzianek typu ” jaki ten świat mały” – spotykamy Anię z siedleckiego fotoklubu. Zdziwienie obu stron – bezcenne 🙂

Podsumowanie: znaleźliśmy wszystko co planowaliśmy, przejechane 300km, Piotrek nie zdążył na ugotowane ziemniaki 😉