No i mamy nowy 2017 rok. Po kilku szarych dniach przyszła Prawdziwa Zima. Najpierw świat pięknie się zabielił, a potem zaatakował mróz. Duży mróz. Temperatura zjechała poniżej -20 stopni. Wyglądałem co dzień przez okno w pracy, czekając weekendu i myśląc już o pierwszej fotograficznej wyprawie nad Bug. Sobotę poświęciłem domowym sprawom, ale niedziela od rana była moja 🙂

Ranek nie zapowiadał dobrych warunków do zdjęć, więc o 6 rano obróciłem się na drugi bok i spałem dalej 😉 Jednak już około 10 nagle chmury się rozstąpiły i nastąpił zapłon – w kilka minut byłem gotowy do drogi. Ubrany jak na wyprawę arktyczną, z ulgą słuchałem odpalonego przy -15 stopniach silnika 🙂 Plan był od kilku dni z grubsza ułożony – chciałem w jeden dzień objechać jak najwięcej z wielokrotnie odwiedzanych miejsc – od Gnojna do Nepli.

Droga jest dramatycznie oblodzona, jadę około 40km/h i niestety ucieka mi okienko pogodowe. Około 11 docieram do Gnojna. O ile jeszcze w lesie 10 minut wcześniej zimowy las cudownie lśnił w promieniach słońca, to pod skarpą dopada mnie zaciągnięte niebo. Ale nic – nie poddajemy się. 

Dobiegam na punkt widokowy i jak zwykle cieszę oko rozległą panoramą. Drzewa na skarpie coraz wyższe i coraz mniej widać rzekę.

Biegnę dalej, by stromym zejściem dojść do widocznej 30 metrów niżej rzeki. Jej część dopływająca do skarpy jest zamarznięta, ale dalej nurt jest na tyle silny, że nie pokryła się lodem i płynie wartko wzdłuż wysokiego zbocza doliny Bugu. Woda była chyba w czasie zamarzania wyższa i nieco opadła, bo brzegi pokryte są ukośnymi, spękanymi taflami lodu, na których utworzyły się fantazyjne motylki z szadzi.  

Robię panoramę, kilka ujęć spiętrzonych gór lodu i ruszam w górę – na skróty. Wbijam się w ostry żleb wiodący prosto na punkt widokowy. Lekko nie jest. W połowie drogi mam chęć zawrócić, ale widok za plecami mnie zniechęca, więc walczę dalej. Przydałyby się… łańcuchy lub raki 😉 Uff nawet nieźle się zgrzałem 🙂 Znowu stoję na szczycie.

Teraz biegiem do samochodu i pomału ruszam odhaczyć kolejny punkt wycieczki. A dystansu trochę jest – mijam Janów Podlaski i nadbużanką przemykam przez kolejne wioski.

Droga jest jak lusterko – oblodzona i błyszczy, więc dość powoli docieram do kolejnego punktu wycieczki – do Pratulina. Mijam zaprzyjaźnioną agroturystykę i parkuję na końcu wsi. Pierwsze co rzuca się w oczy, to tłum na lodzie 🙂 Oczywiście z samym szefem, czyli panem Pliszką 🙂 Siedzą, chodzą wiercą dziury w lodzie. Słowem łowy na „grubą rybę”. Wściekły mróz zupełnie im nie przeszkadza… 

Kręcę się chwilę po okolicy, wpadam też w okolice łęgu, który z racji wysokiej wody jest częściowo pod wodą – zamarzniętą zresztą – i pracowicie zapełniam kartę, bo pojawiło się trochę słońca 🙂 Spotykam też sympatycznych pograniczników w terenówce, którzy dopytują się jak idzie fotografowanie i czy mi nie zimno 🙂

Za chwilę zarządzam odwrót i jadę dalej. Teraz już blisko, bo do Krzyczewa.

Zaglądam za drewniany kościółek – tu podobnie jak w Gnojnie Bug częściowo zamarzł, ale tam, gdzie jest ostry zakręt i bystry nurt – broni się dzielnie przed mrozem.

Schodzę na chwilę na łęg uwiecznić zimową panoramę i przez chwilę się waham, czy nie zakończyć wycieczki. Ale do ostatniego planowego punktu jest już tak blisko… i do tego znowu pojawia się trochę światła.

Szybka decyzja i parkuję przy czołgu w Neplach 🙂

Warto było. Obiegam wąwóz, który całkiem wdarł się już w pole i przeciął dawną drogę nad rzekę. Teraz trzeba go obejść niedużym laskiem. Punkt widokowy robi niezmiennie wrażenie. Do tego dochodzi zimowa sceneria – zamarznięty nurt rzeki, ośnieżone drzewa, białe pola.

Porcja materiału ląduje na karcie do dalszej obróbki. Jest czternasta – czas wracać do domu. Trochę już czuję siłę mrozu a i żołądek domaga się małego co nieco 😉

Pomalutku przedzieram się zapomnianymi wioskami, bo wybrałem drogę na skróty: przez Mokrany, Malową Górę, Dereczankę, Kijowiec docieram do krajowej „dwójki”. Tu na szczęście nie ma lodu na jezdni i można spokojnie wrócić do domu 🙂

 

…nie pamiętają takiej pogody, jaka trafiła mi się na wyjazd urlopowy. Nawet nasz słowacki gospodarz – Pavol – stwierdził filozoficznie, że „takiego februara to on nie pamięta jak żyje”. Wyjazd na 5 dni przeznaczony był na rekreację i tak też się stało, chociaż nie do końca zgodnie z planem…

Wyruszamy w sobotę i bez przeszkód docieramy na Słowację. Obiad, wieczorek integracyjny, rozpakowanie i spać.

Budzę się o 7 rano i oczom nie wierzę. Wczoraj nic nie było widać, dziś z okna podziwiam nieskazitelnie czyste, błękitne niebo i świecące na biało Tatry. Poprawa humoru jest natychmiastowa i to co najmniej o 300% 🙂 Aparat na statyw i robimy zdjęcia 🙂

Po śniadaniu ładujemy sprzęt do aut i ruszamy na narciarską rozgrzewkę za Poprad. Po 3 latach przerwy wystarczy kilka zjazdów, aby sobie przypomnieć „jak to się robi” 🙂 Siedzimy na stoku prawie do trzeciej, słońce razi w oczy, ale widok na Tatry wynagradza wszelkie niedogodności 🙂

DSC_6490

Wieczorem jeszcze kilka zdjęć, ale niestety warunki już nie te… I tak już będzie do końca wyjazdu 🙁 Kolejny dzień spędzamy na stoku na Łomnicy, ale po 2 godzinach jazdy w ulewie i przemoczeniu wszystkiego uciekamy do naszego pensjonatu. Aparatu nawet nie wyjmuję. Zostaje się integrować 🙂

DSC_6496_1402

Kolejny ranek nie wygląda lepiej. Śnieg zniknął, widoczność minimalna. Zachęcam wszystkich na wyjazd na spacer we mgle. Wjeżdżamy na Hrebienok i ruszamy w stronę Chaty Zamkovskiego. Jest klimatycznie, chociaż resztki lasu w postaci kikutów drzew ginących we mgle przypominają trochę atmosferę horroru 🙂 To moja zimowa premiera w słowackich Tatrach i muszę przyznać, że szedłem tam z ciekawością. Jest fajnie 🙂

Obrovsky wodospad, wodospady Zimnej Wody skute lodem, przysypane śniegiem. Ludzi prawie nie ma, cisza. Wycieczka wszystkim się bardzo podoba, a najbardziej okolice schronisk: Rainerowa Chata z herbatką z rumem i Bilikova Chata z tymże samym trunkiem 🙂 Tego dnia udaje się zrobić trochę nastrojowych zdjęć, które z przyjemnością przedstawiam.

Rano znowu witają mnie na niebie ciekawe zjawiska, które jednak szybko się kończą. Najpierw z chmur wyłania się ściana Łomnicy, potem mgła znika, nad szczytami Tatr tworzy się czapa, która co chwila zmienia się i budzi skojarzenia z najazdem obcych w „Dniu niepodległości” 🙂 Kilka minut i jest po wszystkim. Schodzimy na śniadanie. Temperatura leci w górę, stwierdzam więc, że jazda będzie mało przyjemna i robimy sobie rodzinny wypoczynek w parku wodnym w Popradzie. Pozostaje kilka zdjęć poranka…

Znowu padało całą noc… rano radzimy nad wycieczką w stronę Słowackiego Raju. Kręcimy się jakimiś podniebnymi serpentynami, by stwierdzić że jaskinia Dobszyńska jest zamknięta, a droga na Tomasovsky Vyhlad nieprzejezdna… I tak wróciłem bez zdjęć 🙁 Zostało kilka prób z okna, chociaż za bardzo nie ma co 😉

I wieczorem…

Pięć dni minęło błyskawicznie – został tylko powrót. Niestety – całą drogę lało. Ktoś powiedział, że mamy luty…

 

Ciąg dalszy zimowej wyprawy w okolice Sławatycz. Wracamy z kartami pełnymi zdjęć, ale czeka nas jeszcze misja „gmina Tuczna zimą” 🙂

Przed wyjazdem Mirek przygotował stosowną listę miejsc i teraz zostaje tylko realizować plan.

Na pierwszy ogień idzie mała wioska Międzyleś. Trochę tu jak na końcu świata. Przejeżdżamy całą miejscowość w poszukiwaniu odrestaurowanej cerkwi.

Pierwszą prawosławną cerkiew w Międzylesiu (drewnianą, pod wezwaniem św. Anny) wzniesiono w latach 1907–1909 jako świątynię filialną parafii św. Mikołaja w Zabłociu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i powrocie ludności prawosławnej z bieżeństwa, wskutek trudności stwarzanych przez władze wojewódzkie cerkiew międzyleską można było użytkować w ograniczonym zakresie (tylko 3 razy w roku). Stan taki trwał do 1928, kiedy to umożliwiono wiernym stałe korzystanie ze świątyni. W 1929 dekretem metropolity Dionizego (Waledyńskiego) została erygowana samodzielna parafia prawosławna w Międzylesiu. Jednak już 9 lat później, w ramach akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej cerkiew św. Anny zburzono (14 lipca 1938). Udało się uratować część wyposażenia, m.in. ikonostas, który obecnie znajduje się w cerkwi św. Jerzego w Łobzie. Od tego czasu wierni spotykali się na nabożeństwach w miejscu rozebranej świątyni, a w czasie II wojny światowej – w budynku szkolnym. W 1947, po rozpoczęciu Akcji „Wisła” parafię zlikwidowano, a nielicznych pozostałych wiernych dołączono do parafii w Zabłociu. W związku ze stopniowym powrotem części wysiedlonych na ojcowiznę, parafię w Międzylesiu reaktywowano dekretem metropolity Bazylego (Doroszkiewicza) z dnia 14 lutego 1983. W 1980 rozpoczęto budowę nowej, tym razem murowanej cerkwi (również pod wezwaniem św. Anny), którą ukończono w 1985[źródło: Wikipedia].

Cerkiew znajdujemy na końcu wsi. Piękny parking, zadbane otoczenie, do tego szadź na drzewach – wszystko to sprawia, że miejsce wzbudza w nas same pozytywne doznania 🙂 Największą jednak furorę robią dwa krzyże w środku pola. Przebijamy się na przełaj przez zamarznięte bruzdy ziemi, by po dotarciu na miejsce odkryć, że wiodła tam całkiem cywilizowana i ubita droga 🙂 Następuje długa seria ujęć z każdej strony, łącznie z „wciągającą” ośnieżoną drogą, która ginie gdzieś na horyzoncie we mgle.

DSC_6005_Jordan

Ruszamy dalej. Kolejny punkt to to stary wiatrak w Tucznej. Okazuje się, że stoi on na prywatnym podwórku. Wrodzony talent dzielnych fotografów do zjednywania ludzi powoduje, że za chwilę pojawia się „pan młynarz” i i już mamy przewodnika po obiekcie. Pan jest już dobrze po siedemdziesiątce i jest zadowolony, że trafiła mu się taka fucha.

DSC_6057_Jordan

Wyprowadza nas na samą górę, gdzie cierpliwie pozuje stadu paparazzich 🙂 Ja staram się bardziej skupić na detalach wiatraka. Jest w naprawdę w dobrym stanie, jak na swoje 100 lat. Stracił tylko skrzydła no i w dachu straszy dziura, przez którą widać bocianie gniazdo. Na rozmowach i fotografowaniu zlatuje nam godzina.

DSC_6051_Jordan

Ruszamy dalej. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w zagubionej w lesie wiosce Choroszczynka, po drodze fotografujemy mały zagubiony w lesie domek i jazda do domu na gorący obiad, bo zimno dobiera się już do nas z każdej strony 🙂

DSC_6108_Jordan

Mroźny początek roku dał nadzieję na prawdziwą i długą zimę, która przetrwa przynajmniej do 19 stycznia, kiedy to umówiliśmy się w ramach Tajnej Niezależnej Grupy Plenerowej na fotografowanie Święta Jordanu w Sławatyczach.

Prawosławni i wierni innych obrządków wschodnich 19 stycznia obchodzą Święto Chrztu Pańskiego, czyli Święto Jordanu. To jedna z dwunastu najważniejszych uroczystości w roku liturgicznym. W naturalnych akwenach – rzekach, stawach i strumieniach – odbywa się wtedy tradycyjne poświęcenie wody. Tam, gdzie jest lód, wykuwa się przeręble w kształcie krzyża. Poświęconą wodę wierni zabierają do domów i przechowują jako źródło łask. Wcześniej obmywają w tej wodzie twarz albo cali się w niej zanurzają. Czczą w ten sposób pamiątkę chrztu św. w Jordanie, a dodatkowo hartują swoje ciało, by nie chorować przez cały następny rok.

Temperatura spadła tego dnia do -10 stopni, drzewa pokryły się piękną szadzią, więc z przyjemnością urwaliśmy się w plener, bo od ostatniego minęło już trochę czasu. Śliska droga spowodowała, że prędkość przemieszczania się nie była nadzwyczajna, mimo to do Sławatycz sprawnie dotarliśmy około 10. Mirkowe 4×4 w tych warunkach sprawdzały się wyśmienicie 🙂 Wszystko przykryte grubą warstwą śniegu, tylko trochę szkoda, że słońce nie zdecydowało się wyjrzeć.

W cerkwi w centrum Sławatycz trwały jeszcze obrzędy, których nie chcieliśmy zakłócać, więc wybraliśmy się najpierw nad Bug. Już 2 stycznia oglądałem zamarzający nurt rzeki, więc nie zdziwiło mnie, że teraz cała jest skuta lodem. Już z daleka widać było wyciętą w kształcie krzyża przerębel. Nad nią z wyciętych kawałków lodu ustawiono krzyż. Całość dopełniały choinki  i stoliki – również z lodu.

Ponieważ do procesji było jeszcze sporo czasu, wyciągnęliśmy na początek gorącą herbatkę, a potem ruszyliśmy do Sławatycz pokręcić się po miejscowości, poobserwować toczące się pomału życie. Padła propozycja wpaść do sklepu na lody i oranżadę, jednak ktoś przytomnie stwierdził, że może jednak nie w styczniu…

Odwiedziłem oczywiście słynnych brodaczy ze Sławatycz 🙂

Jest tu jeszcze jedna atrakcja – jakiś lokalny zbieracz zgromadził na kawałku łąki różne dziwne maszyny w stanie mocno świadczącym o tym, że  okres ich świetności przeminął. Ośnieżone – prezentowały się całkiem fotogenicznie. Bractwo rzuciło się na nie z aparatami, szukając co ciekawszych detali w celu uzyskania efektów artystycznych 😉

Wreszcie nadszedł czas uroczystości, na którą czekaliśmy już około dwie godziny. Od strony cerkwi ruszyła w naszą stronę procesja. Dość szybko nas minęła i zeszła nad zamarzniętą rzekę. Co tu pisać – uroczystość jest niezwykła i na pewno dostarcza jej uczestnikom przeżyć duchowych. Staraliśmy się poruszać wokół miejsca ceremonii z pewnym wyczuciem, by nie zakłócać powagi uroczystości. Zamarznięty nurt pozwalał na wejście na lód i fotografowanie nie tylko z brzegu, ale również z perspektywy rzeki. Lód miał na pewno ze 30 cm – oceniliśmy to na podstawie grubości krzyża, który z niego wycięto. Godzinną uroczystość zakończyło poświęcenie wody, którą jej uczestnicy zbierali do przyniesionych naczyń.

Chwilę jeszcze postaliśmy, dzieląc się wrażeniami i ruszyliśmy na poszukiwania zleconych przez szefową Fotoklubu tematów 🙂

Uroczystość w krótkim fotoreportażu:

…czyli „rozmówki polsko-słowackie” 😉

Plan znany był od dawna – niezałatwione porachunki z Giewontem. Mekka klapkowców już dwa razy pogroziła nam zimowym palcem – „nie jestem taka łatwa jakbyście chcieli” 😉

Postanowiliśmy więc oblegać złośnika aż do skutku – a przynajmniej w myśl przysłowia „do trzech razy sztuka”. Przygotowania rozpoczęliśmy tym razem dużo wcześniej. Nakręcanie zacząłem już w grudniu, aby sprawnie zgrać skład i szybko zarezerwować schronisko. Rok wcześniej zrobiłem to o wiele za późno i pozostał nam Ornak zamiast Hali Kondratowej. Ale może dobrze się stało, bo pogoda była niezimowa…

Stały skład ustalił się błyskawicznie, a Wojtek podsunął mi myśl, która już za mną chodziła od jakiegoś czasu – zaprośmy Lenkę, poznaną na letnim zlocie w Zubercu słowaczkę  🙂 Trochę pełny obaw – w końcu znała nas tylko jako konsumentów czernohorskiego i oravskiej pohutki – wysłałem zaproszenie. Ku wielkiej naszej radości odpowiedź była natychmiastowa – TAK! Jako że miał to być zimowy debiut Lenki, przygotowałem szybko pisemny „poradnik zimowego turysty ircownika” 🙂

Nasz skład miała uzupełnić w tym roku jeszcze jedna osoba, czyli Basia z zaprzyjaźnionego fotoklubu z Siedlec. Przegadaliśmy z Basią temat gór przy okazji jesiennych Warsztatów w Janowie Podlaskim i od razu wyczułem, że to pokrewna górska dusza i szybko się wśród nas odnajdzie 🙂

Ostatecznie już na początku grudnia wykonałem telefon do schroniska na Halę Kondratową i zarezerwowałem komplet miejsc. Pozostało czekanie…

Im bliżej zlotu, tym większe jednak zaczęły się kłopoty ze składem. Taka tradycja… Najpierw okazało się, że Radek przeszedł operację i lekarze zabronili mu większych wysiłków, a za chwilę Grasię dorwała „choroba norweskich biegaczek”  🙁 Dwa filary zlotów odpadły w przedbiegach… Poległ też Baca, któremu przyjazd uniemożliwiły choroby i kłopoty zawodowe. Ostatecznie zostało nas osiem osób, ale na kilka dni przed wyjazdem Kasia z żalem powiedziała, że nie jest w stanie zostawić Koziołka z nianią i będzie nam kibicować z Zakopanego.

No to została szczęśliwa siódemka 🙂

Wyjazd tradycyjnie zaczyna się wcześnie rano, chociaż tym razem wcześnie oznacza na szczęście tylko 4 rano 🙂

Piotrek zostaje gwałtowanie wyrwany ze snu i jak zwykle zapomina grzebienia 😉 Po godzinie jesteśmy już w Siedlcach, gdzie czeka Basia z bagażem i pudełkiem własnoręcznie robionych mufinek 🙂 Potem już bez żadnych przeszkód przemieszczamy się tam gdzie zwykle, czyli do ośrodka sportu w Zakopanem. Przed Zakopanem łapię kontakt telefoniczny z Lenką, którą przygarniamy z dworca PKP. Jest lekko wystraszona i wcale się jej nie dziwię 🙂

DSC_5639.jpg  Tu spotykamy Kasię, Koziołka i nianię Koziołka. Wbijamy się do naszej ulubionej Kolibecki, ostrzegając nowych załogantów, żeby uważali na zamówienia, bo będą trudności ze zjedzeniem 😉 Równo o 14 przebrani, spakowani, z ciężkimi plecakami podjeżdżamy busem do Kuźnic i zaczynamy podejście do schroniska. Brzuchy pełne, to i idzie się całkiem dobrze. Pogoda może nie rozpieszcza, jest klimatyczna mgiełka, ale za to widoki piękne – drzewa obsypane są białym puchem. Pot trochę płynie  z czoła, bo początek szlaku ma spore nachylenie. Koziołek dzielnie maszeruje, a jak mu się nudzi marsz, siada na sanki i Kasia pracuje za dwoje 🙂 Odejście szlaku za budką TPN daje już trochę wytchnienia, bo jest prawie płasko.

DSC_5650.jpg  Szybko osiągamy Kalatówki. Tu Kasia z wielkim żalem żegna się z nami. Dalej idziemy już sami i po 40 minutach jesteśmy w schronisku. Ciężkie plecaki lądują na łóżkach. Co za ulga 🙂

Nasz plan zakładał, że wejdziemy wszyscy razem, ale wskutek kłopotów z biletami, Wojtek z Dorotką dojeżdżają 2 godziny po nas. Po chwili odpoczynku i krótkiej naradzie wyruszamy im naprzeciw. Minęli akurat Kalatówki, więc spotykamy się dość szybko 🙂 Powitanie, toast „ludwiczkiem” i teraz możemy im kibicować, idąc na lekko. Szczególnie Wojtkowi, który kolejny raz przestrzega „nie kupujcie plecaków dziewięćdziesięciolitrowych” 😉

Wypakowujemy plecaki i nareszcie możemy oddać się ulubionemu zajęciu, czyli gadaniu 🙂 Lenka przez chwilę szuka „zdroju ciepła”. Patrzymy na siebie z niepokojem… i wreszcie odnajdujemy kaloryfer 🙂

Z racji tego, że schronisko jest malutkie, a nasz pokój przechodni, szybko łapiemy świetny kontakt z innym ekipami. Basia szaleje z aparatem, bo fotografowanie ludzi to jej żywioł. Lenka zaczyna się uczyć wersji polszczyzny, jakiej zapewne nie uświadczy w szkole 🙂 Nad całością czuwa Basia, która jest polonistką i przywołuje „nauczycieli” co jakiś czas do porządku. I tak nie unikniemy za 2 dni określenia naszego zlotu jako „perwersyjnego” 😉 A miał być podobno „międzynarodowy”…

Kończymy dobrze po północy, starając się jednak dać wyspać sąsiednim pokojom… Chociaż słychać, że bawią się nie gorzej od nas 🙂

DSC_5721.jpg  Rankiem przeżywam szok… wstałem bez budzika o 6:30. Zapowiadane na dziś okno pogodowe już nas kusi za oknem 🙂 Zbiegamy na śniadanie i sprawnie ubieramy się w stroje szturmowe. Giewont, bój się 😉

W międzyczasie Basia przeżywa małe załamanie nerwowe po konsultacjach z zaprzyjaźnionymi góralami, którzy straszą ją jako mogą, byle nie szła z nami 🙂 Udaje mi się ją uspokoić obietnicą, że zawróci kiedy tylko zechce, jeśli poczuje się niepewnie. Z każdym jednak krokiem widzę, że promienieje coraz bardziej i już wiem że jest moja 😉 Idziemy w głąb doliny, przed nami przebiegła ekipa w rakietach, ślad jest wyraźny. Sprawnie docieramy w okolice Piekła i tu nasi poprzednicy robią ostry zwrot w żleb i ciągną ślad na azymut, który wyznacza krzyż na Giewoncie. Ten świeci co chwila bielą w pięknym słońcu, by za chwilę skryć się w chmurach. Lekko wieje, pogoda jak marzenie. Pomni wszelkich przestróg, rozbijamy stawkę wędrowców w długi łańcuszek – idziemy co 20 metrów, błyskawicznie nabierając wysokości. Letni szlak pozostał gdzieś dalej pod śniegiem, a my kierujemy się w okolice Szczerby. Stok jest stromy, więc staramy się robić minimum przystanków, aby jak najszybciej opuścić żleb i wejść na pierwsze wypłaszczenie.

DSC_5738.jpg  Tam wreszcie robimy chwilę przerwy. Kolejny kawałek stromego płata śniegu i jesteśmy na grani. Chwila przebijania się przez kosówkę, kilka skałek i stoimy pod pierwszymi łańcuchami. Tu zaczyna się szlak letni na szczyt. Jesteśmy u stóp „narodowej góry Polaków”.

DSC_5820.jpg  Poprzednia ekipa urządziła tu sobie biwak, jest Paula, Olaf, Grzesiek. Urządzamy mały obóz szturmowy. Teraz czas na atak szczytowy. Widać lekką niepewność w oczach naszych koleżanek, no ale determinacja zwycięża – być 15 minut od szczytu i nie wejść? Mam wrażenie, że wejście zajmuje nam nie 15 a 5 minut 🙂 Po prostu wbiegliśmy na szczyt. Łańcuchy są dobrze widoczne, pewnie asekurują, raki wchodzą w zmarznięty śnieg – więc cała siódemka stoi za chwilę przy krzyżu. Nareszcie 🙂

Giewont

DSC_5832.jpg  Radość i widoki. Widoki i radość. Najbardziej cieszą się Basia i Lenka – pierwsze zimowe wyjście w Tatry i od razu takie osiągnięcie. To się nazywa debiut! Co chwila odsłaniają się widoki na całą Halę Kondratową, Długi Giewont, tylko Zakopane w dole skryte we mgle, tak jak i Wysokie Tatry.

Robimy obowiązkowy zestaw zdjęć, zjadamy pieczarki i… żal opuszczać to miejsce. Cisza, spokój, rozległa panorama i tylko my. Aż trudno uwierzyć, że latem tworzą się tu kolejki, w  których nieraz przychodzi czekać 2 godziny… Teraz czeka nas zejście. Wiadomo, że te zawsze są trudniejsze. Widać przed sobą sporo powietrza, początek drogi nie jest ubezpieczony, a przy tym zasypany śniegiem. Trzeba uwierzyć, że raki działają i czujnie krok za krokiem pokonać pierwsze kilka metrów w dół. Doświadczenie bierze górę i schodzę pewnie aż pod ścianę, wspomagając się chwilami łańcuchem. Nasze koleżanki jednak pierwszy raz doświadczają ekspozycji i idą krok za krokiem, asekurowane przez męską część grupy. Na łańcuchach jest już łatwiej, jeszcze trochę uwagi i jesteśmy znowu na biwaku pod szczytem. Czekają tam na nas nasi znajomi i wspólnie zaczynamy ostrożnie schodzić w dół. Znowu ustawiamy większe odstępy, obserwując się nawzajem. W drodze powrotnej niektórzy zaliczają kilka drobnych zjazdów, na szczęście bez strat – z wyjątkiem jednego złamanego kijka 🙂

DSC_5869.jpg  Część grupy pokonuje drogę w dół dość szybko – u wylotu żlebu czekamy na schodzących wolniej, bo idą ostrożnie i powoli. Miejsce jest trochę wietrzne, więc decydujemy się na zmianę miejscówki na bardziej zaciszne i bezpieczne miejsce.

DSC_5910.jpg  Rozsiadamy się na dmuchanej macie Grześka, dziewczyny przechodzą przyśpieszony kurs sikania na śniegu – niestety brak dokumentacji fotograficznej 😉 Podejmuję próbę udawania niedźwiedzia, który wyłazi z kosówki, ale ku memu rozczarowaniu, nikt misia nawet nie zauważył… Stuptuty Pauli zrobione z worek-texów niestety uległy zużyciu i chyba jej trochę zimno, bo nogawki ma przemoczone do kolan. Robię więc ze swoich pleców osłonę od wiatru i tak czekamy na pozostałych, którzy nadciągają po około pół godzinie. Pojawia się też niezawodny Olaf, który ma chyba napęd atomowy… Towarzyszą nam „ludwiczek” i imbirówka, które nie pozwalają zmarznąć – wznosimy kolejny toast za sukces.

Ruszamy do schroniska, w którym pojawiamy się około 14. Bigosik, odpoczynek. Nim zdołamy dojść do siebie, wpada po raz kolejny Olaf i tak od niechcenia informuje że był własnie na Giewoncie i zszedł (zbiegł???) w 18 minut na dół. Po czym… bierze czekan i przez pół godziny rozbija lód przed schroniskiem „coby się ludzie nie ślizgali”…. ciekawe co on bierze? 😉

Basia próbuje prostować barwny język Olafa i zostaje „profesorką” 🙂

Zapada zmrok, kręcimy się od stolika do pokoju i trochę nas nosi. Pierwsi na nocny wypad wyruszają Wojtek i Konrad. Wypogadza się zupełnie, na nocnym niebie pojawiają się miliony gwiazd, księżyc świeci tak intensywnie, że można chodzić bez czołówki. Zarządzam „szkolenie lawinowe” czyli zabawy na śniegu. Nim jednak się wyszykujemy, pierwszej dwójki już nie ma… Potem się pochwalą, że zabiegli aż pod Piekło. My tradycyjnie wbijamy się w wąwóz 100 metrów za schroniskiem. Jest dużo śmiechu, próby zjazdów w różnych położeniach, nauka obsługi czekana, hamowanie niekontrolowanego zjazdu i na koniec zasypanie śniegiem 🙂

DSC_5968.jpg  Kończymy zabawy po złapaniu porcji śniegu w miejsca do tego nieprzeznaczone 😉 Teraz grzane wino, pogaduchy, wspólne przeżywanie sukcesu. O 22 wynosimy się na górę. Jako ósma dołącza do naszej sali zakręcona Paula, której śmiech spod sufitu towarzyszy nam cały wieczór 🙂 Piotr jak zwykle sypie kawałami jak z rękawa, a Lenka przechodzi ekspresowy kurs polszczyzny, jakiej nigdy nie nauczyłaby się w szkole 😉 Tłumaczymy jej nasze „dziwne” pseudonimy z FB. Konrad zostaje „ty niedźwiedziu”, Piotr „ty kocie wyleniały”. Ja może przemilczę kim zostałem…

Nie da się tu opisać śpiewnej wymowy Lenki – połączenie słowackiej intonacji z polszczyzną daje coś, co brzmi jak balsam dla uszu 🙂 Myślę, że w tym momencie Lenka ostatecznie pozbyła się wszelkich wątpliwości co do przyjazdu i poczuła się wśród nas jak w rodzinie.

W trakcie wspólnych rozmów ustalamy że nie kopiemy grobów… w planach mieliśmy kopanie jam w śniegu, co trochę dziwiło Lenkę. Jak nam za chwilę wyjaśniła – u nich „jama” ma dość „podziemne” znaczenie 😉 Ponieważ jesteśmy sami w pokoju, w dodatku przyłączają się sąsiedzi, pozwalamy sobie na trochę dłuższą i głośniejszą integrację. Z dolnego łóżka towarzyszą nam jęki fachowo masowanej Basi 😉 Nie ma że boli – jutro będzie jak nowo narodzona 🙂

DSC_5991.jpg  Nasze spotkanie trwa w najlepsze, gdy rusza temat, który już znamy z opowieści Lenki – morsowanie. Skłania to co poniektórych do podjęcia próby wyjścia na zewnątrz w strojach lekko niekompletnych w celach badawczo-organoleptycznych 🙂
Nie wszyscy się odważyli, ale kilka morsów wybiegło przed schronisko, a nawet fotograf wychylił się na chwilę w celu uwiecznienia tegoż wydarzenia, jednak czując przeciąg od dołu szybko uciekł 😉

Zmęczenie powoduje, że pomału odpływamy.

DSC_5998.jpg  Rano o dziwo o 6:30 budzę się wyspany i rześki. Wieczorem podziwiałem fantastyczne rozgwieżdżone niebo z wielkim księżycem, teraz wszystko zasnuwa mgła.
Na razie pułap chmur jest dość wysoko i widać naszą dzisiejszą drogę przez dolinę, ale z dzisiejszej wycieczki będziemy już wracali z minimalną widocznością.

Po obfitym śniadaniu sprawnie szykujemy się do wymarszu i obieramy kierunek na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Idziemy dłuższy czas dnem doliny, a pułap chmur stopniowo obniża się, by w końcu całkiem nas wchłonąć jak cukrowa wata 🙂

Basia i Dorotka decydują się na powrót do schroniska – zmęczenie dnia poprzedniego daje o sobie znać, a perspektywa braku widoków tylko utwierdza je w przekonaniu, że nie ma po co iść. W zasadzie swój plan wykonały dzień wcześniej i nikt nie ma do nich pretensji, że wracają 🙂 Basia zapewne zajmie się ściganiem z aparatem wszystkiego co żyje w schronisku i do tego nie ucieka, a Dorotka najpewniej będzie asystentką 😉

DSC_6019.jpg  My ruszamy dalej i szybko zbliżamy się do ściany kończącej dolinę, która stopniowo staje się coraz bardziej stroma. Mgła gęstnieje, widoczność spada do 10-15 metrów, nic nie widać, szlak skrył się głęboko pod śniegiem, tylko niezawodna aplikacja Trekbuddy w moim telefonie co jakiś czas utwierdza nas w przekonaniu, że idziemy we właściwym kierunku.
Wspinamy się zaśnieżonym żlebem w dużych, 10 metrowych odstępach, z jednej strony chcąc widzieć się nawzajem, a z drugiej próbując ograniczyć ryzyko zbyt dużego nacisku na zbocze. Wg wskazań GPS szlak najpierw trochę oddala się od naszej trasy a następnie zaczynają się zygzaki pod przełęczą, na które za chwilę się natykamy. Jeszcze parę metrów i stajemy z Wojtkiem przy słupku oznaczającym przełęcz 🙂
Tuż przed samym wyjściem na przełęcz tracimy na chwilę z oczu idących za nami – okazuje się że myśleli, że jeszcze sporo drogi przed nimi i 30 metrów niżej założyli biwak 🙂

DSC_6054.jpg  Pokrzykując we mgle naprowadzamy grupę stojąca niżej i już stoimy w komplecie. Zakładamy dłuższy biwak. Nie wieje, jest nawet niezbyt zimno, tylko ta mgła… Wkrótce zaczyna się z niej wyłaniać większa grupa, która podążała za idącym przed nami Grzegorzem. Grześ, mimo że nie jest ircownikiem, towarzyszył nam w wycieczkach na swoich rakietach już drugi dzień, bo chyba Lenka wpadła mu w oko. My jednak czuwamy nad naszą koleżanką, by nie straciła za bardzo głowy 🙂

Otwieramy plecaki i trwa świętowanie sukcesu. Zaskakujemy nowo przybyłych słoikiem pieczarek, ale okazuje się że oni też mają swoje zwyczaje – ekipa wyciąga paczkę białoruskich papierosów dla prawdziwych twardzieli a potem nogi…. i robi pompki 🙂

Mają też pigwówkę, którą dzielą się z nami 🙂
Zrzut ekranu 2015-03-02 o 18.56.19

Dłuższy popas trwa prawie godzinę. Wspominamy nasz ostatni pobyt tutaj – też nic nie było widać, ale wiało tak, że nie dało się ustać na nogach. Dziś jest cisza…
nie ma nawet odrobiny wiatru, więc się tak bardzo nie wyziębiamy. Niestety – rozjaśnienia, na które czekamy, też nie ma. Wszystko otula gęsta mgła. Docierają kolejne osoby i na przełęczy robi się całkiem spory tłum. Rozgrzewamy się gorącą herbatka z termosów.
Wojtek „łapie fazę” na Kopę Kondracką, ale brak perspetywy na widoki zniechęca mnie do tego pomysłu. Potem zbiorę za brak zdecydowania… ale artyści tak mają, szczególnie jak noszą kilka kg sprzętu foto na szyi i jedyną opcją jest testowanie balansu bieli 😉

DSC_6063.jpg  Czas schodzić. Po kilku metrach pada propozycja „dupozjazdu”. Pomysł trochę ryzykowny, bo w rakach, z plecakami i kijami w dłoniach. Ekipie idzie całkiem dobrze, podjeżdżają po kilka metrów, zwalniają, przyśpieszają. Ja niestety mam dodatkowy balast w postaci sprzętu foto na szyi. Siadam w rynnę śniegową, którą przed chwilą zjechali moi przyjaciele i błyskawicznie nabieram „speeda”. Hamowanie kijami idzie marnie, rakami nawet nie próbuję 🙂 Mając aparat przed sobą i brak perspektywy obrotu na brzuch na wypadek „utraty kontroli trakcji”, rezygnuję z jazdy już po kilkunastu metrach…
Nie wierzyłem, że można tak szybko nabrać prędkości na stoku, a jeszcze trudniej wyhamować tą szaloną jazdę. Teraz już wiem 🙂 I nie będę się dziwił wypadkom na stokach przy schodzeniu…

Moja rozpędzona ekipa znika we mgle, a ja depczę w mleku rynną zrobioną przez ich zadki. 10 minut zajmuje mi dotarcie do nich – czekają na mnie na małym wypłaszczeniu, zadowoleni z życia i jazdy bez trzymanki 🙂 Dalej dolina robi się płaska, nie da się już zjeżdżać i dość szybkim tempem po około pół godzinie docieramy do schroniska. Cała dalsza droga w dół odbywa się w gęstej mgle…

DSC_6071.jpg  Jest dość wcześnie, zjazd znacznie skrócił nasze zejście. Naszych pań nie ma, ustalamy że poszły na Kalatówki coś zjeść. Postanawiamy do nich dołączyć. 100 metrów za schroniskiem… spotykamy obie niewiasty dziarsko zdobywające wysokość na ostatnim podejściu 🙂 Dzięki naszemu urokowi osobistemu i sile perswazji decydują się na marsz z nami… W tył zwrot. Basia po kilku metrach kwituje nasz pomysł „chyba mam deja vu”… 😉 No, dwa razy w przeciągu kilku godzin iść na Kalatówki – tego jeszcze w historii zlotów nie było 🙂

Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Mgła nie odpuszcza. Lokujemy się w restauracji, zamawiamy miejscowe specjały… grzane wino rozleniwia…

Czas na mały wątek forumowy… od jakiegoś czasu utrzymuję kontakt z pewnym sympatycznym podróżnikiem imieniem Vlado. Jakkolwiek zarzekał się, że jest nietechniczny, udało mi się nauczyć go obsługi Trekbuddy 🙂  Przed zlotem pochwaliłem się, że będe na Kondratowej i ten postanowił mnie ścigać przez pół Polski, aby się w końcu spotkać… Co za determinacja 🙂 Nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłem, że wreszcie pogadam z Vlado na żywo po godzinach spędzonych „na słuchawce” 🙂

Kończąc obiad na Kalatówkach, odbieram telefon od Vlada, że jest już w schronisku razem z Iwonką i Markiem S. No to lecimy 🙂

Wpadam i rozglądam się… sympatyczna dwójka na ławce pod ścianą – ale przecież w życiu nie widziałem moich forumowych przyjaciół. Jedno spojrzenie – nie ma innej możliwości – to muszą być oni 🙂 Okazuje się jednak że to Marek S nie Vlado 🙂 Vlado przed chwilą wybiegł i zasuwa właśnie po ciemku na Giewonta… ma zaraz wrócić. Zaraz?
Nam ta wyprawa zajęła cały dzień 🙂 Już sie boję gdziekolwiek wyruszać z nim na szlak 😉

My sobie rozmawiamy z Iwoną i Markiem,a tu nie mija pół godzinny i jest – przyjemne pogaduchy przerywa gość, który energicznie wpada do schroniska z szerokim uśmiechem i obwieszcza, że troche sobie pobłądził po Giewoncie, ale w gruncie rzeczy to był wypad jak do sklepu za rogiem 😉

Rozmawiam z całą trójką jak ze starymi znajomymi 🙂 Góry i podróże jednak łączą. Próba zdobycia miejsc w schronisku dla Vlada i Iwony, którą prowadziłem od dwóch dni, niestety nie powiodła się, więc moi gości muszą zejść do gościnnego domu Marka. Pożegnaliśmy się, mówiąc sobie „do zobaczenia” – i mam nadzieję że nie było to nasze ostatnie spotkanie.

DSC_6077.jpg  Wracamy do integracji, którą energicznie kończy szefowa schroniska równo o 22, ustawiając wszystkich do pionu w sposób zdecydowany acz niezwykle sympatyczny 🙂 Pośród śmiechów rozchodzimy się na swoje łóżka, by tam już znacznie ciszej spędzić resztę wieczoru. Nam na ósme łóżko zostaje przydzielony pan „elastyczny” 😉
Wbijamy wszyscy na dolna platformę połączonych łóżek. Gorący prysznic, grzaniec i zmęczenie powodują, że koło północy zaczynam odpływać i zostaję przepędzony do śpiwora. Do tego te kojące jęki masowanej Basi 😉

DSC_6095.jpg  Powrót… ta chwila, którą chcielibyśmy odwlec jak najdłużej… Już teraz wiemy, że zlot był wyjątkowy, nowe zlotowniczki wniosły mnóstwo świeżości, radości i pomysłów. Mamy nadzieję, że zechcą jechać na kolejne zloty. Powielamy stary schemat: śniadanie, pakowanie, wspólne zdjęcie i już czas do domu…

DSC_6161.jpg  Szybko schodzimy do Kuźnic, obiad w Kolibecce, spotkanie z Kasią i Koziołkiem. Lenkę pakujemy do busa na Siwą Polanę, skąd ma pójść do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Zaskakuje nas swoim niezwykłym pomysłem powrotu do domu przez Grzesia – ale cóż – siła młodości 🙂 Na Grzesiu mają ją przejąć jej koledzy z Zuberca.  Niezwykła dziewczyna.

A my… jedziemy 8 godzin i o 21 jesteśmy w domu.

Suplement zdrowotny 🙂

Podejście
26Giewont
27Przełęcz pod Kopą Kondracką i Kalatówki
28Powrót
01