Doroczny plener Fotoklubu Podlaskiego  zaplanowaliśmy w kolejnej z gmin bialskiego powiatu – Zalesiu. Poszukiwania odpowiedniej kwatery zakończyły się wyjątkowym sukcesem – agroturystyka „Malówka” w Malowej Górze okazała się strzałem w dziesiątkę. Sympatyczny gospodarz, wyśmienite domowe jedzenie, ale przede wszystkim okolica i krajobrazy trafiły idealnie w mój gust. Do tego fantastyczna, słoneczna pogoda, której skutkiem są spalone czoło i ramiona 🙂 Sztuka wymaga poświęceń 😉 Przyjechaliśmy około 17 w piątkowe popołudnie, a wieczór spędziliśmy na integracyjnym spotkaniu nad rzeką. Gospodarstwo ma do tego celu specjalna miejscówkę – altanka, ławeczki i fachowy grill, obok jest przystań dla kajaków, bo jedną z form działalności gospodarstwa są spływy kajakami po Krznie i Bugu. Niezmiennie powodzeniem cieszyły się ogórki małosolne i smalec domowy przygotowane tradycyjnie przez – Małgosię szefową Fotoklubu.

Każdy znalazł tu coś dla siebie: były modelki, które chętnie pozowały i do tego mruczały, modelki nieletnie prychały i szczerzyły ząbki i za karę zostały nazwane gremlinsami 🙂 Żeby nie było wątpliwości, to mam na myśli koty 🙂 Kury znosiły zielone jajka a pies Gacek zazdrośnie pchał się w obiektyw. Wokół prowokacyjnie latały różne ptaszyska, co wywoływało zbiorowy odruch sięgania po teleobiektywy 🙂

Kiedy w końcu komary wygoniły nas znad rzeki, rozłożyliśmy rzutnik i zaprezentowaliśmy trochę swoich zdjęć w postaci diaporam wyświetlanych na ekran zrobiony z prześcieradła 🙂

Coś z klimatu Laibach 🙂

t063

Ranek nie zapowiadał się najlepiej, kilka rzutów oka o 5 rano wystarczyło, bym zrezygnował z porannej sesji – spałem błogo do 7. Na łowy poszedł tylko Andrzej, który poszukiwał od świtu śniętych pająków w porannej rosie 🙂

Do śniadania pogoda się klarowała,a potem to już… patelnia. Ekipy się rozjechały w teren a my ruszyliśmy w kilka osób na poszukiwania miejscowego „celebryty”, którym okazał się przemiły i pełen życia i pogody ducha pan Leon Szabluk. Mimo, że ma 80 lat, można mu pozazdrościć energii. Z uśmiechem przyjął naszą wycieczkę, pokazał swoje prywatne muzeum, gdzie trzyma swoje prace, oprowadził po warsztacie, o wszystkim opowiedział i cierpliwe znosił nasze fotograficzne zapędy 🙂 I tak nie wiadomo kiedy zleciała godzina.

Teraz moje i pozostałych drogi się rozeszły – postanowiłem odszukać wypatrzone internecie w ramach przygotowań do pleneru meandry Krzny wbijającej się w las. Pozostali wrócili do wsi, a ja w przeciwna stronę, nabijając licznik kilometrów 🙂 Już poprzedniego dnia miałem wrażenie, że w rzece jest bardzo wysoki stan wody, ale teraz tylko się to potwierdziło. Po przejściu około 100 metrów wybrana przeze mnie droga nagle skończyła się … pod wodą. Wycofuję się i ruszam drugą drogą przez las. Wkrótce trafiam tabliczkę że wjazd zabroniony, bo teren prywatny, no ale ja idę nie jadę… Pół kilometra dalej napotykam siedlisko, gdzie trwa budowa domu. Gospodarz na szczęście okazuje się pomocny i doradza, jak skrócić drogę przez las i trafić na szukaną skarpę.

Jeszcze ze 2 kilometry marszu i wychodzę na mała polankę. Tu Krzna wykonuje kilka zwrotów o 180 stopni, wbijając się nurtem w las, efektem czego powinna być piaszczysta skarpa, opadająca do wody. Powinna być… ale wody jest 1.5 metra więcej niż powinno, więc woda sięga około pół metra poniżej polanki. Jak na Krznę, wygląda to nawet dość groźnie, bo na ogół jest to płytka, spokojna rzeczka. A dalej już tylko łąka, a na niej woda… W gorącym słońcu wygląda to wszystko niesamowicie: błękit nieba, intensywna wiosenna zieleń trawy, woda, w której to wszystko się odbija i jeszcze płynące po niebie obłoki.

DSC_7475 Panorama DSC_7480 Panorama DSC_7523 Panorama DSC_7528 Panorama

W wodzie widać wyraźną ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki, na kolejne wyższe brzegi. No cóż, buty na plecy i robimy za bociana. Tak udaje mi się przejść kilka kolejnych zakrętów Krzny. W końcu jednak trafiam na rozległe rozlewisko, poprzecinane kanalikami leżącej trawy, położonej przez szybki prąd płynącej w nich wody. Obszar jest bardzo rozległy, ale kończy się brodzenie, bo wody jest tam sporo i nie uśmiecha mi się podtopienie sprzętu 🙂 Wracam więc na wyższy brzeg, aby chwile popatrzeć na płynące leniwie obłoki i ciemną, szybko płynącą wodę w rzece.

A słońce robi swoje…tylko jeszcze o tym nie wiem 😉

Tu robię to co lubię: panoramy, pejzaże, HDR – i tak szybko zlatuje godzina. Przypominam sobie o obiedzie, więc zarządzam odwrót i godzinę później jestem znowu w „bazie” 🙂

Biegniemy nad rzekę, bo mieli pojawić się kajakarze… niestety do obiady zostaje 5 minut a ich nie ma, więc decydujemy, że teraz oni będą czekać na nas 😉

Po obiedzie najpierw wracamy nad rzekę, aby obfotografować kajakarzy, którzy wreszcie dojechali swoimi rowerami. Chwilę trwa wodowanie, krótka sesja i tyle ich widziano 🙂

Mirek zarządza wyjazd w poszukiwaniu tajemniczego „wzgórza z ruinami”, które widział po drodze dzień wcześniej. Wyjeżdżamy więc poza Malową Górę, jadąc większymi i mniejszymi drogami, aż w końcu znajduje owo wzgórze, gdzie ruiny okazują się nieczynną żwirownią 🙂 Mimo wszystko warto było zajrzeć, bo widok stąd jest ładny, widać jakieś klasyczne pejzaże znane z pulpitów Windows 😉 Wracając, nie odmawiamy sobie przyjemności sfotografowania suszących się gatek 🙂 Potem wyruszamy na poszukiwania sklepu w celu nabycia stosownego zapasu płynów skutecznie chłodzących – czyli piwa 🙂 Jeszcze po drodze trafia nam się piękny obrośnięty dzikim bzem domek, chwilę tez podziwiamy Krznę z mostu w Nowosiółkach. Wracamy na kwaterę, a tu gospodarz proponuje, że zawiezie nas na kilka okolicznych punktów widokowych. Oczywiście nie odmawiamy, pakujemy się w komplecie do busa i za chwilę jesteśmy na sporym wzgórzu za wsią. Widok rzeczywiście efektowny, mam nawet jakieś skojarzenia z Bieszczadami 🙂

Drugi przejazd kończy się na wzgórzu, które już znamy, bo byliśmy tam całkiem niedawno. To „wzgórze z ruinami” 🙂 Tym razem jednak wyjeżdżamy na sam szczyt, skąd szeroko podziwiamy Malową Górę. Potem jeszcze podjeżdżamy nad staw, gdzie w wodzie ładnie odbija się panorama Malowej Góry, a na uschniętym drzewie siedzi czapla, która z miejsca staje się obiektem westchnień posiadaczy zoomów 🙂

Światło się kończy więc pora wracać. Znowu rozstawiamy sprzęt do pokazów i oglądamy wspólnie nasze dokonania, przy autentycznej 30 letniej Russkiej, którą serwuje gospodarz 🙂

Nocka jest krótka, bo dziwnie szybko się wysypiam i o 4 rano zaliczam pierwsze przebudzenie. Były ładne mgiełki, ale jakoś nie zmobilizowałem się do powstania. Tylko tradycyjnie Andrzej od rana gania pająki i inne ptaszyska. Ja za to przed śniadaniem buszuję w makach i chabrach na łące 🙂

Po śniadanku wrzucamy spakowane już bagaże i kończymy plener. Jak zwykle było sympatycznie, trafiliśmy świetną kwaterę z jeszcze lepszym gospodarzem, dopisała pogoda, humory dopisały, czego efektem była kolejna sesja Tres Amigos 🙂

t089

HDR:

Sobotnia trasa:

malowa

Mój pierwszy wyjazd mazurski postanowiłem wykorzystać nie tylko do leżenia na plaży, (a pogoda sprzyjała ku temu, bo przez tydzień utrzymywała się upalna pogoda i temperatury sięgały 33 stopni), ale może przede wszystkim do zobaczenia największych atrakcji tego rejonu Polski. Tak więc do południa trwało „łapanie słonka”, a potem w drogę. Nasza główna kwatera znajdowała się w strategicznym punkcie, czyli w Węgorzewie, więc miejsc wartych zobaczenia wokół nie brakowało. W trakcie kilkudniowego pobytu pokręciłem się z aparatem po dość rozległym terenie, co niniejszym staram się pokazać na kilku fotkach 🙂 Ująłem je tematycznie – na początek tematyka wojenna.

Obiektem, od którego zacząłem swoją wycieczkę, był Wilczy Szaniec – osławiona mazurska kwatera Hitlera i od niej zaczyna się galeria. Zagubione w lesie budowle, rozsadzone ogromnymi ładunkami, nadal robią wrażenie –  sześciometrowe stropy, podwójne ściany z betonu o grubości 2 metrów ledwo ruszyły się z miejsca w wyniku wybuchów i nadal stanowią rozpoznawalne bryły potężnych bunkrów. Oczywiście na miejscu kwitnie biznes fotograficzny „fotka z Niemcem” 🙂 Warto wziąć przewodnika, bo można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy – a potem najlepiej odwieźć go do pobliskiego Kętrzyna – nie trzeba wtedy szukać atrakcji na mapach, bo niezbędną wiedzę pozyska się w ciągu 15 minut 🙂

Podobnym, ale znacznie skromniejszym obiektem,  jest polowa kwatera Himmera, znajdująca się w lesie nieopodal Pozezdrza  przy szosie Węgorzewo-Giżycko. Kwatera występowała pod kryptonimem „Hochwald” (wysoki las). Cechą charakterystyczną kwater głównych i polowych była ich lokalizacja tuż przy linii kolejowej Kętrzyn – Węgorzewo – Giżycko. Roboty budowlane i instalacyjne ukończono wiosną 1941r. Kierownictwo nad pracami sprawowała Organizacja Todt, wyspecjalizowana w takich budowlach, a przede wszystkich ciesząca się zaufaniem zleceniodawców. Dotarcie do obiektu wymaga 15 minut marszu lasem, w tym czasie atrakcją są zmagania z legendarnymi mazurskimi komarami 🙂 Gryzą jak wściekłe i nie mają litości 😉

Niedaleko Węgorzewa odnalazłem po krótkim spacerze cmentarz wojenny z okresu I wojny światowej. Jest on jednocześnie punktem widokowym na jezioro Święcajty. Spoczywa tutaj 344 żołnierzy niemieckich i 234 rosyjskich którzy polegli w latach 1914 – 1918. Cmentarz jest zadbany i robi wrażenie swoim położeniem – jest to niewysokie wzgórze opadające dość stromo w stronę jeziora – porośnięte starymi, poskręcanymi sosnami. Dla fotografa jako obiekt bardzo atrakcyjny 🙂 Moje wrażenie trochę popsuły kręcące się wokół quady, jakoś ich właściciele nie potrafią uszanować takich miejsc (jak i wielu innych) 🙁