Ten zlot miał stać pod znakiem szturmu na Giewont. Na obóz wybraliśmy Halę Kondratową z malutkim przytulnym schroniskiem u stóp Długiego Giewontu. Wyjechaliśmy z Piotrem dość późno, więc w okolicach Krakowa dopadł nas zmierzch. Do Zakopanego dotarliśmy jako ostatni i reszta ircowników już się grzała w schronisku, gdy my dreptaliśmy jeszcze do Kuźnic z ciężkimi plecakami. Na spotkanie ku nam wyruszył ze schroniska Xymox, by wspierać nas duchowo w dość krótkim podejściu. Oj, lekko nie było – nauczka, by po całym dniu jazdy najpierw napełnić żołądek a dopiero potem ruszać w górę 🙂

Warunki śniegowe nie były najlepsze, świeży opad, ścieżki nieprzedeptane, chatar ocenił nasze szanse na Giewonta bardzo sceptycznie i usilnie namawiał na zmianę planów. Rano oceniliśmy sytuację i daliśmy się przekonać na zupełnie inną trasę – śnieg sypał gęsto, szlaków nie widać, widoczność słabiutka. I nie był to zły pomysł, bo obrany wariant dostarczył dużo wrażeń!

Zeszliśmy na Halę Kalatówki i następnie Ścieżką nad Reglami kopiąc się w śniegu i podziwiając odłożone na gałęziach pierzynki dotarliśmy aż do Sarniej Skały. Stamtąd po małym odwrocie zeszliśmy Doliną Białego do Zakopanego, gdzie czekał na nas zasłużony obiad w Kolibecce 🙂 Potem już tylko powrót do schroniska i wieczorek integracyjny z chatarem 🙂

Drugi dzień powitał nas pięknym słoneczkiem i wspaniałymi widokami. Tym razem nie daliśmy się odwieść od pomysłu zdobycia Giewonta i wyruszyliśmy w głąb Hali Kondratowej. Obiecaliśmy solennie chatarowi, że jak ocenimy, że się nie da, to zawrócimy. Do Kamienia szło świetnie, przetarliśmy ścieżkę i dotarliśmy pod ścianę Kopy Kondrackiej. Pierwszy wariant podejścia skończył się zakopaniem się w śniegu i nawet Piotrek robiący za buldożer zakopawszy się po klejnoty – odpuścił. Ruszyliśmy dalej w głąb Piekła – kluczyliśmy w kosówce, omijające zaśnieżone żleby schodzące z Giewonta, chwilami kopaliśmy się ostro w górę i tak dotarliśmy do górnej granicy kosówki. Od Przełęczy Kondrackiej dzieliło nas kilkadziesiąt metrów śnieżnego pola, ale wyglądało ono bardzo niepewnie. Po naradzie podjęliśmy decyzję – odwrót. I tak Giewont nas pokonał – ale nie nasz zdrowy rozsądek 🙂 Powrót, jedzonko i stwierdziliśmy że szkoda siedzieć w schronisku, jak można zrobić sobie szkolenie lawinowe 🙂 100 metrow od schroniska natrafiliśmy na rewelacyjny wąwóz szkoleniowy – mocno zaśnieżony, z nawisami – w którym natychmiast zaczęliśmy kopać jamy, ćwiczyć podchodzenie i dupozjazdy 🙂 Oj, nie da się tego opowiedzieć… ale to był szał 🙂

Tak dotlenieni, popadaliśmy późną nocą, by rano zacząć się pakować i schodzić w dół 🙁 Kolejny zlot przeszedł do historii, ale też kolejny raz był niepowtarzalny i zgodnie oceniliśmy, że nadal nie brak nam pomysłów 🙂

A teraz galeria ze zlotu… namiastka tego co się działo 🙂