Beskid Śląski – rodzinne wędrowanie

Poszukując nowych nieodkrytych ścieżek, namówiłem całą rodzinę i znajomych na wyjazd w Beskid Śląski. Mając jakieś mgliste wspomnienia z dzieciństwa z jedynego tam pobytu, byłem ciekawy jak to wygląda po tylu latach. Zakwaterowaliśmy się w Wiśle, skąd chyba najbliżej było do wszystkich szlaków wokół. Tygodniowy pobyt umiliła nam fantastyczna pogoda, która dopasowała się idealnie do naszych planów – piękna i słoneczna w dni górskich wycieczek, lekko pochmurna na zwiedzanie Wisły i okolic. Nie zabrakło oczywiście wyjazdu do Cieszyna i Czech.

dsc_7785  Pierwszy dzień stanowił w zasadzie „rozpoznanie terenu” – wiszące chmury nie zachęcały do wyjścia w góry, więc udaliśmy się na spacer do centrum, który wkrótce zamienił się w wycieczkę ciuchcią po okolicach Wisły. Zaliczyliśmy obowiązkowe punkty na „ceprowym szlaku” – skocznię narciarską w Wiśle-Malince, zamek prezydencki oraz tamy dolną i górną na Wisełce. Tama zbudowana została w latach 1968-1973 jako zbiornik wody pitnej. Spiętrza połączone wody potoków – Białej i Czarnej Wisełki i ma wysokość 30 m, a długość 280 m. Tama pełni również funkcję popularnego deptaka spacerowego.

dsc_7869  Zamek Prezydenta RP w Wiśle zbudowany został w latach 1929 – 1930 w miejscu spalonego drewnianego zameczku myśliwskiego Habsburgów z początków XX wieku. Był darem ludu Śląskiego – powracającego po ponad 600 lat do Macierzy – dla Prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego i jego następców. Na Rezydencję Prezydenta RP Zamek – Narodowy Zespół Zabytkowy w Wiśle – składają się następujące obiekty:

  • Zamek – historyczna rezydencja Prezydenta RP Ignacego Mościckiego,
  • Drewniana zabytkowa kaplica z 1909 roku,
  • Zamek Dolny wraz z Gajówką.

Już wieczorem w naszej kwaterze udało mi się spotkać przemiłych speców od łażenia po Beskidzie Śląskim. Siedząc w knajpce i słuchając amatorów karaoke, zajęliśmy się studiowaniem rozłożonej na cały stół mapy, w wyniku czego powstał plan na więcej niż tydzień 🙂 Pozdrawiam niniejszym Grażynę dziękując za poświęcony czas 🙂

Kolejny dzień zaczął się deszczowo, więc góry musiały poczekać, a ekipa ruszyła na podbój Cieszyna. Od razu polecam rozpoczęcie wycieczki po Cieszynie od Punktu Informacji Turystycznej na Rynku. Miła pani wręczyła nam plan miasta i przez 15 minut ciekawie opowiadała i rysowała szczegółową trasę z najważniejszymi punktami do zwiedzania. Nic dodać nic ująć – mapa w dłoń i w drogę.

dsc_8011  Cieszyn jest pięknym miastem z wielowiekową tradycją, że wspomnę tylko o Studni Trzech Braci czy Zamku Cieszyńskim. Koniecznie też trzeba zobaczyć Książnicę Cieszyńską z niezwykłą Biblioteką Jana Szersznika. Nie obyło się oczywiście bez spaceru do Czeskiego Cieszyna. Otwarta granica sprawia, że miasto stanowi jedność, ale widać różnice architektoniczne i kulturowe po obu stronach Olzy. Po południu pogoda na tyle się wyklarowała, że zaproponowałem krótką rozgrzewkę przed poważniejszymi wyzwaniami. Tuż za kwaterą wypatrzyłem początek krótkiego szlaku, więc spacer szybko zamienił się w 10 kilometrową wyprawę doliną w okolice Gościejowa.

Prognozy na kolejne dni były wręcz rewelacyjne, więc zaczęła się część wyjazdu, którą najbardziej lubię, czyli pod górkę 😉 Na pierwszy ogień poszła Barania Góra. Uzbrojeni w mapę i dobre humory, odbyliśmy kilkugodzinną wyprawę z Czarnego na szczyt, zakończoną stawieniem się na nim w komplecie całej ekipy, łącznie z najmłodszą uczestniczką wycieczki – pięcioletnią Anią. Według GPS zrobiliśmy tego dnia łącznie około 22 kilometry. Na szczycie trwały akurat prace związane z porządkowaniem wyrębu – towarzyszył nam dźwięk pracujących pił mechanicznych i jeżdżący wielki traktor transportujący pnie. Ciekawy klimat szczytowy 🙂 W tle zaś na kolejnych lekko przymglonych planach mogliśmy podziwiać Babią Górę a za nią Tatry. Przepiękna pogoda sprzyjała podziwianiu panoram we wszystkie strony świata. Młodzież szybko zapomniała o trudach podejścia.

Eksperymentując z telefonem udało mi się stworzyć opis trasy i nanieść na nią „kluczowe trudności” – dla chętnych do spaceru na Baranią Górę z pięciolatkami 🙂

trasa

I profil trasy:

Idąc za ciosem kolejnego dnia znów ruszyliśmy w trasę, realizując plan ustalony w knajpce 🙂 Co prawda główną atrakcją miało być podejście na Skrzyczne od Szczyrku, ale szybko nastąpiła spontaniczna zmiana planu – chcieliśmy pierwotnie wejść z Przełęczy Salmopolskiej na Malinów na punkt widokowy i zawrócić, ale widoki i trasa były tak piękne i nakręciły ekipę, że ruszyliśmy dalej w kierunku Malinowskiej Skały a potem na Skrzyczne. Już po powrocie zgodnie orzekliśmy, że była to jedna z najpiękniejszych widokowo wycieczek wyjazdu. Sprawia to fakt, że na trasie jest bardzo mało lasów, a większość drogi pokonuje się grzbietami, do tego mało podejść i zejść i praktycznie cały czas widoczny cel wycieczki. Do tego cisza, spokój, prawie pusty szlak – spotkaliśmy tego dnia zaledwie kilka osób – to klimat wycieczek górskich, który najbardziej lubię. Jak sobie przypomnę koszmarek weekendowych tatrzańskich dolin… Finał nastąpił na Skrzycznem, gdzie góral zagrał nam skocznie na skrzypeczkach 🙂 Aby zdążyć na posiłek zdecydowaliśmy się na zjazd kolejką do Szczyrku, gdzie po krótkiej akcji logistycznej udało nam się ściągnąć stojące na Przełęczy Salmopolskiej auta i wrócić na czas do Wisły.

Kolejny dzień to nieustająco dobra pogoda, więc realizacji planu ciąg dalszy. Auta „rozwiezione” na początkowy i końcowy punkt trasy, więc wjeżdżamy w Ustroniu kolejką na Czantorię. Krótki spacer i jesteśmy na szczycie pod wieżą. Młodzież oczywiście pobiegła na wieżę, pozostali oddali się błogiemu wygrzewaniu na słoneczku. Tłum na Czantorii całkiem spory, jakieś grupy kolonistów, zresztą kompletnie nieprzygotowanych i niezainteresowanych tym gdzie są i co robią w towarzystwie niepanujących nad towarzystwem opiekunek. Byliśmy za chwilę świadkiem ich karkołomnego zejścia w stronę Soszowa – patrzyłem z przerażeniem jak mało nóg nie łamią, zbiegając w przysłowiowych „klapkach” po stromym skalisto-kamiennym zboczu.

dsc_8620 Zejście w stronę Przełęczy Beskidek jest rzeczywiście trochę wymagające, to w końcu 300 metrów w dół leśnym kamienistym traktem. Po drodze co jakiś czas otwiera się piękna panorama na Wisłę, potem szlak robi się już łagodny i wreszcie otwiera się Polana Soszów. Zmęczona ekipa dopadła do knajpki i rzuciła się na pyszne pierogi. Ze względu na najmłodszego piechura tempo marszu było raczej powolne, więc rozważaliśmy przez chwilę jakiś wariant odwrotu do Jawornika, ale ostatecznie mój wrodzony dar do przekonywania, że „już blisko” zwyciężył i poderwałem wszystkich do dalszego marszu.

dsc_8674  Paredziesiąt metrów morderczego podejścia w słońcu i Soszów Wielki zdobyty! Potem jeszcze Cieślar, coraz więcej odkrytych polan i przepiękne widoki. Aparaty fotograficzne nieustająco w akcji 🙂 Przed nami był finał trasy – Stożek Wielki. Na jego widok w ekipie zapanowało zwątpienie. Spotkany pod Czantorią wesoły Czech z harmonijką krótko streścił nam całą trasę, dodając na końcu, że Stożek to „droga krzyżowa”. Nie da się ukryć – z miejsca gdzie staliśmy robił wrażenie 🙂 W tej sytuacji powstał plan B. Czas nas już naglił, więc rozdzieliliśmy grupę na „atakującą szczyt” i „atakującą parking”. Czwórka szczytowa dosłownie wbiegła pod schronisko na szczycie 🙂 Pot lał się z czoła, ale nie wypadało wymiękać przy córci, która narzuciła tempo prawdziwego ekspresu 😉 Warto było, bo miejsce jest klimatyczne i widok spod schroniska piękny. Kilka minut odpoczynku i nastąpił odwrót. Zejście jest długie i mozolne – kończy się na parkingów w Łabajowie, gdzie chwilę przed nami dotarła pozostała część wycieczki. Stąd już na zasłużony późny obiad 🙂

Dodaj komentarz