15 Zimowy Zlot Ircowników – Porachunki z Czerwonymi Wierchami

Od lata rozmawialiśmy na temat powrotu na Halę Kondratową. Odbyły się tu już dwa zloty i dwa razy zakończyliśmy naszą przygodę na przełęczy pod Kopą Kondracką. W okolicznościach dość wietrznych i mało widokowych..

Skład zacząłem kompletować jeszcze w listopadzie, bo schronisko na Kondratowej jest malutkie, a przy licznej ekipie dostępność łóżek może być problematyczna. O ile ze składem poszło szybko, to z terminem było nieco gorzej… weekendy były już zajęte i zaproponowałem nowy wariant zlotu – od niedzieli do środy. Większości pasowało, więc szybko dokonałem rezerwacji i zostało odliczanie dni.

Obóz szturmowy

Ruszamy w niedzielny poranek o 7 rano i z wielkim zdziwieniem stwierdzamy, że kraj jakiś wymarły, na drodze prawie nie ma ruchu i w efekcie lądujemy w Krakowie po zaledwie 4,5 godzinach jazdy. Niesamowite. Mamy więc szansę dołączyć do pozostałych, którzy przybywają do Zakopanego pociągiem i busem na umówioną w okolicy czternastej zbiórkę. 

Wpadamy na Zakopiankę i szukamy jakiś przydrożnej knajpki, by coś zjeść. Jeden raz szedłem głodny do schroniska z ciężkim plecakiem i byłem na granicy „odcięcia mocy”, więc przysiągłem sobie więcej nie powtórzyć tego błędu 🙂

Knajpka okazała się całkiem fajna, z bali, w góralskim stylu, a placek po zbójnicku wyśmienity 🙂 Po pół godzinie jedziemy do centrum Zakopanego, gdzie u zaprzyjaźnionej góralki mam zostawić pod domem auto. W mieście istne szaleństwo – bo jest to dzień, w którym ma się odbyć indywidualny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich. Tysiące ludzi krążą w biało-czerwonych czapach, szalikach, pelerynach trąbiąc z całych sił w wielkie wuwuzele. Przejmuje nas nasza gospodyni i zachęca do pozostania na kawie, ale szkoda nam trochę światła dziennego, więc umawiamy się, że siądziemy na chwilę schodząc z gór. Dorota pakuje nas w swoje auto, jedziemy na kuźnickie rondo, a tu wszystkie drogi obstawione policją i gęsto od ludzi. Wszyscy pędzą na skocznię. Dorota się jednak nie zraża i wywozi nas tajnymi i sekretnymi dróżkami znanymi tylko miejscowym w miejsce, skąd mamy 10 minut do Kuźnic 🙂

Zarzucamy plecaki i ruszamy z Piotrem na szlak w kierunku Kalatówek. Nareszcie!

Przed nami ruszyła Kasia z Koziołkiem i Elą, Rysiek, Wojtek i Dorotka. Ruszamy dziarsko, ale już początek szlaku na Kalatówki daje się we znaki – jest ślisko. Na razie jednak dajemy radę bez raków. Sprawnie docieramy na leśną odnogę szlaku, jeszcze parę minut i Kalatówki. Mijamy polanę i wchodzimy na wąską ścieżkę w kierunku Hali Kondratowej. Tu już jest gorzej, na stromych odcinkach buty się ślizgają, a ciężki plecak wcale nie pomaga w łapaniu równowagi. Szybka decyzja i zakładamy raki.

Teraz od razu nabieramy tempa i w ciągu kilku minut łapiemy kontakt z ekipą przed nami 🙂 Jak zwykle radość ze spotkania i za chwilę spokojnie maszerujemy do schroniska. Tylko Wojtek nas trochę pogania, bo wygląda, że ma w plecaku zapasy na dwa miesiące 🙂

Dzielnie radzi sobie również Ela, która ma pierwszy raz na butach raki. Nigdy nie jest za późno by spróbować czegoś nowego 🙂

Jeszcze parę minut, ostatnia prosta i widać światełko schroniska. Witają nas jego nowi gospodarze. Szybko nawiązujemy nić porozumienia 🙂 Wszyscy wyciągają dokumenty, tylko Piotr stoi i drapie się w głowę… bo zdziwiony stwierdza brak portfela. Na szczęście – jak się później okaże – zostawił go w kurtce, w której przyjechał i która leży teraz w samochodzie. No i teraz musi sobie przypomnieć wszystkie dane z dowodu. Na szczęście pamięć go jeszcze nie zawodzi 🙂 Zostaje też zmuszony ustalić cenę na swoje usługi, bo musi zarobić na schronisko – pięć euro za wszystko 🙂

Po około godzinie jako ostatni dojeżdża do nas Radek. No to jesteśmy prawie w komplecie. Baca ma w tym roku dołączyć do nas dzień później.

Znaczki zlotowe rozdane – zlot można zaczynać 🙂

Przemieszczamy się do naszego ulubionego pokoju czyli dwójki ośmioosobowej 🙂 I oczywiście musimy się nagadać, jednak koło 22 znikamy w śpiworach – każdy jest trochę zmęczony po podróży.

Dzień ataku

Rano pogoda nie rozpieszcza, jest powyżej zera, lekka mżawka, mgła. Wierzymy jednak w odmianę i zaraz po śniadaniu ruszamy cała grupka w głąb doliny w kierunku Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Tuż przed nami szykuje się inna ekipa. Może bym o niej nie wspominał, gdyby nie jej skład: Marek idzie ze swoimi dziećmi – starsze ma 7 lat a młodsze – 3 lata! Będziemy dziś śledzić z uwagą ich drogę na szczyt.

W miarę nabierania wysokości, ostry na początku horyzont zaczyna się rozmywać w lekkiej mgiełce. Docieramy do Kamienia, gdzie zarządzamy pierwszy mały postój. Tu się rozdzielamy. Ekipa babska pod wodzą Adasia decyduje się na odwrót, a pozostali zagłębiają się w mgłę otulającą zbocze. Podejście robi się strome i szybko zdobywamy wysokość, tracąc jednocześnie orientację w terenie. GPS z grubsza wskazuje, że szlak jest gdzieś pod nami, ale gdzie jest przełęcz, wiemy tylko orientacyjne. Przecinamy nieduży żleb, by wyjść na wypukłe żeberko – każda wypukła formacja to dodatkowe bezpieczeństwo. Jest trochę oblodzone, ale raki dobrze trzymają. Rysiek ma je na nogach pierwszy raz i uczy się zaufania do sprzętu. Jeszcze trochę wysiłku i wychodzimy… 100 metrów od przełęczy i sporo wyżej ponad nią. Za to bliżej Kopy…

I teraz następuje cud natury. Chmury w parę minut się rozstępuję i roztacza się przed nami niesamowity widok na wszystkie strony świata. Po słowackiej stronie doliny toną w chmurach, a nad nimi górują wszystkie okoliczne granie skąpane w zimowym słońcu. Kopa Kondracka lśni nieskazitelną bielą na tle intensywnie niebieskiego nieba, po polskiej stronie mamy widok aż po horyzont zakończony poduchą chmur i na deser na wschodzie pokazują się Tatry Wysokie. Euforia 🙂 Spełniło się moje marzenie chodzenia ponad chmurami 🙂

Troszkę wieje, niektóre porywy są nawet dość silne, ale decydujemy – idziemy na Kopę. To w końcu trzecia próba, poprzednie dwie skończyły się we mgle przy słupku na przełęczy. Podobnie było z Giewontem.

Szeroki grzbiet ułatwia nam zadanie, a bliskość szczytu sprawia, że stajemy na nim błyskawicznie. Tu porywy są jeszcze silniejsze. Zapieramy się mocno kijami i chwilę naradzamy co dalej.

Pada pomysł pójścia na Przełęcz Kondracką i może nawet na Giewont. Niestety – wieje zza Kopy, tam gdzie idzie szlak graniowy. Nie ma też pewności, jak wygląda zejście z Przełęczy w dół wprost do Piekła 😉 Decyduje rozsądek i wracamy drogą, którą przyszliśmy. Jest też z nami Rysiek – nowicjusz zimowy i nie chcemy go zbędnie narażać. Jest prawie pusto, ale Ci co dziś weszli, też decydują się na powrót drogą przez przełęcz pod Kopą.

Robimy szybko obowiązkowe zdjęcie szczytowe i ruszamy w dół. Tu natykamy się na dzielnych młodych taterników idących ze swoim tatą. Piotr proponuje asekurację małolatom, by nie odfrunęli z porywami wiatru 🙂 Radek z Wojtkiem i Piotrem ruszają jeszcze raz na szczyt, a ja pomału schodzę z Ryśkiem na przełęcz. Chwilę czekamy na pozostałych i już w komplecie, powoli schodzimy z Przełęczy wprost w dolinę. Oczywiście ze sporymi odstępami, by nie cisnąć niepotrzebnie na mocno ośnieżone zbocze. Zejście żlebem jest nieco łatwiejsze niż nasza droga podejściowa – śnieg zamiast lodu ułatwia stawianie kroków, więc błyskawicznie tracimy wysokość i spokojnie docieramy do schroniska.

Jeszcze wieczorne fotografowanie chmur.

I to była ta nudniejsza część dnia 😉

Siadamy do obiadu i udajemy się na zasłużoną poobiednią drzemkę. Bardzo krótką… Od jakiegoś czasu potwierdza się fakt, że rejon Kalatówek jest wyjątkowo niebezpieczny i podstępny 🙂 Około siedemnastej ciśnienie podnosi wszystkim Baca, który miał dziś dojechać i właśnie dzwoni z alarmem, że podchodził od Kuźnic i teraz nie za bardzo wie gdzie jest, a poza tym to wyszedł bez posiłku i trochę go odcina…

Spontaniczna akcja ratunkowa kończy się tym, że Wojtek wybiega tak jak stał – czyli bez telefonu, czołówki i raków, a za nim kolejne dwie ekipy wyposażone tylko w telefon 🙂 Łapią na szczęście gorącą herbatę i czekoladę dla Bacy. Po 15 minutach odbieram telefon, że w sumie to raki i czołówki by się jednak przydały, więc dziewczyny pakują mi wielki worek akcesoriów, który zarzucam na plecy. Wyglądam trochę jak Mikołaj 🙂 W progu natykam się na naszego starego przyjaciela Olafa – mocno zdziwionego moim wyposażeniem… Rzucam tylko „ja tu jeszcze wrócę”  i pędzę na odsiecz dzielnym ratownikom 🙂

Ruszam w dół nie bardzo wiedząc gdzie też podziewają się pozostałem ekipy. Wojtek zbiegł już – jak się później okazało – do Kuźnic, Dorotka rwie włosy z głowy, jedna ekipa biega nartostradą, druga ponad Kalatówkami, a Bacy nie ma… W pewnym momencie wszyscy szukają wszystkich 🙂 Tylko Radek, który podobnie jak Baca chodzi własnymi ścieżkami, pakuje się w jakąś niedźwiedzią dróżkę leśną w okolicach stoku narciarskiego i… trafia swój na swego 🙂 

W międzyczasie odnajduję wracające ekipy ratunkowe i obdarowuję je zawartością swojego worka. Ci jednak nie wiedzą jeszcze, że Baca się już odnalazł, więc ruszają ponownie w dół nartostradą. Ja zaś wracam na kwaterę, by szykować kolejną herbatkę dla powracających z akcji. Na szczęście mamy kontakt telefoniczny, więc udaje nam się ustalić, że wszyscy szczęśliwie zmierzają w kierunku schroniska 🙂 Takiej akcji Kondratowa pewnie jeszcze nie widziała 🙂 Jesteśmy znowu w komplecie i można w końcu zasiąść przy stole z Olafem i jego towarzyszką Gośką.

Baca dostaje górę czekolady i wraca do żywych 🙂

Olaf zaś wyciąga Colę. Z puszczy – jak twierdzi. Białowieskiej. Jeden łyk utwierdza nas w przekonaniu, że to wyjątkowa Cola. Nawet nie pytam ile miała procent 😉 Wypada dodać, że Olafa spotkaliśmy na jednym z naszym zlotów i od tamtej pory utrzymujemy kontakt. Wielki ukłon od ircowników, bo specjalnie dla nas przeciągnął urlop i wpadł na Kondratową, by się z nami spotkać.

Jako że obsługa schroniska pozwoliła nam posiedzieć na dole i mieliśmy jadalnię na wyłączność, miły i sympatyczny wieczór trwał prawie do dwudziestej trzeciej. W międzyczasie zdążyliśmy zaliczyć morsowanie w klapkach, które zakończyło się efektownym zjazdem na tychże, tudzież na innych częściach ciała, w efekcie czego trzeba było szukać plastrów na obtarcia 😉 Oczywiście czujne niewiasty wszystko wypatrzyły z góry przez okno…

W międzyczasie padały też co śmielsze pomysły przejścia do historii. Jednak moja propozycja, by dokonać pierwszego zimowego wejścia na Giewont w klapkach nocą – jakkolwiek wzbudziła aplauz, nie znalazła chętnych do realizacji 🙂 Sława musi poczekać.

A może by na Giewont?

Noc była piękna, księżycowa, z milionem gwiazd, ale w nocy się zasnuło i rankiem stwierdzamy, że widoczność siadła, w dodatku świeży opad zasypał wszystkie ślady z poprzedniego dnia.

Postanawiamy ruszyć w stronę Giewontu, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja i czy są jakieś szanse podejść wyżej. Lekko prószy śnieg, temperatura jednak poniżej zera, co daje jakieś szanse na fajną wycieczkę.

Ponownie ruszamy w głąb doliny. Przedzieramy się przez świeży śnieg. Przed nami widać pojedynczy ślad – ktoś przeciera pewnie drogę i ma zapewne podobny do naszego plan. Wkrótce go spotkamy – wycofał się powyżej Piekła – rozsądek zwyciężył.

My też docieramy w okolice Piekła, wcześniej jednak Koziołek ponownie ciągnie babską część grupy w swoją stronę, bo chce pobrykać w świeżym śniegu. Siła charakteru i urok osobisty sprawiają, że kobiety nie potrafią mu odmówić. A co będzie jak dorośnie 😉

My idziemy dalej. Z trzech stron czają się ściany pełne śniegu. Czekają… A środkiem płynie lodowiec. Spiętrzone lawinisko straszy śmiałków, a sterczące seraki przypominają, że żarty się skończyły. Pierwszy raz widzę tak groźnie wyglądający żleb.

No cóż, Giewont nie jest nam pisany tym razem. Naszą uwagę przykuwa jednak całkiem zgrabna górka z lewej strony. Od razu mamy gotową nazwę – to Kondratowy Pik Ircowników – potem na mapie sprawdzamy, że to żebro nazywa się Krokiew – gdybyśmy wiedzieli, można by podjąć próbę zejścia z lądowaniem telemarkiem 🙂

Natychmiast powstaje plan zdobycia Piku Ircowników. Radek fachowo toruje drogę wzdłuż żeberka. Idzie nam całkiem dobrze, bo śnieg jest dobrze zmrożony i rzadko się w nim zapadamy. Dwadzieścia minut i jesteśmy na szczycie.

Na szczycie zakładamy biwak i wyciągamy z plecaka pieczareczki – w occie, a jakże.

Towarzyszą nam kozice. Stoją niedaleko na zboczu i ignorują silny wiatr. Zastanawiamy się głośno czy jest im zimno 🙂 

Schodząc, odkrywamy niewielki nawis śnieżny. Nadaje się świetnie na próby lawinowe 🙂 Pierwszy naciera Radek i roznosi lawinę w pył 🙂 Zostaje nam tylko przejść środkiem i sprawdzić, że śnieg jest jednak stabilny i mamy niewielką szanse zjechać w białym puchu.

Za chwilę spotykamy parę młodych wędrowców, która również podjęła próbę wyjścia na Giewont. Za naszą radą zmieniają plan i pójdą na Pik Ircowników. Giewont jest dziś zresztą skryty w chmurach i mgle i jeszcze go dzisiaj nie widzieliśmy.

My zaś odkrywamy ekipę Koziołka, który harcuje w śniegu. Dziewczyny rozbiły biwak i czekają, kiedy mu się w końcu znudzi. No to sobie poczekają 😉 Przyłączamy się do nich i już w komplecie rozkręcamy małą imprezę śnieżną. 

Piotrek robi nam szkolenie, jak się otwiera piwo rakiem 😉 Całkiem niechcący sam się chwilę wcześniej tego nauczył, wdeptując w puszkę, która chłodziła się w śniegu 🙂 Na szczęście niewiele cennego trunku uciekło w śnieg.

Zapasy zużyte, piwa brak – wracamy. Wszyscy ruszają ścieżką, tylko ja wbijam się z dziką rozkoszą w sam środek doliny i wytyczam nowy ślad na nietkniętej ludzką stopą wielkiej śnieżnej pościeli 🙂 Ale radocha! Cała Dolina Kondratowa moja 🙂

Spotykamy się ponownie pod schroniskiem i zarządzamy odpoczynek. Wpadamy na nasze łóżka zadowoleni z życia. Nie wszyscy 🙂 Z okna naszej „dwójeczki” widzimy Wojtka, który zagaduje spotkaną dziś pod Giewontem pannę. Szybka akcja i z pokoju leci do Wojtka MMS ze stosownym foto. „Ona ma chłopaka”. Mina Wojtka bezcenna.

Zapada zmierzch, skończył się krótki, zimowy dzień, a przed nami kolejny punkt planu – wyprawa na Kalatówki na szarlotkę i piwo. Schodząc mamy okazję podyskutować o szczegółach wczorajszej akcji ratowniczej i poznać zawiłości i zdradliwość tutejszej topografii 🙂 Półgodzinny spacer kończy się w kawiarence, wciągamy pyszne ciastko, gadamy, planujemy, śmiejemy się i wspominamy. Zostałem w końcu uświadomiony, jakie jest rozwinięcie często widzianego na murach skrótu – to oczywiście Chwała Wszystkich Dzielnym Policjantom 🙂

Robi się sennie, więc podrywamy się i kolejne pół godziny mija nam na podejściu na Halę Kondratową. Uff, nie zgubiliśmy się 🙂 Radek pokazuje nam, gdzie odnalazł Bacę. No w zasadzie to trudne nawigacyjnie miejsce. Co prawda stoi drogowskaz, że trzeba skręcić w ścieżkę, ale kto by tam zwraca uwagę na drogowskazy 🙂 Szczególnie po ciemku.

Przed schroniskiem zarządzam performens. Wszyscy mają biegać z czołówkami. Ma się ten posłuch. Biegają.

Znowu rozsiadamy się w jadalni, by wyciągnąć resztki zapasów. Taka tradycja. Po co znosić w plecaku jak można zjeść 😉 Zagląda do nas schroniskowy kot zwabiony zapachami. Zostaje przechwycony i chwilę tłumaczymy mu, jak ma pozować do zdjęcia. Posłuchał. A mówią, że koty są charakterne.

Przez cały wieczór telefon Bacy jak zwykle na zlotach wydaje dziwne dźwięki, a po każdym z nich dzielny Baca biegnie odbierać tajemnicze komunikaty z Centrali. Dyskretny jest chłop  – nigdy się nie przyznał dla kogo pracuje 😉

Powrót

Dzień powrotu to już stały schemat. Pobudka, pakowanie przed śniadaniem. Wchodząc do jadalni, Piotr kolejny raz zaczepia głową o framugę drzwi. Stoi chwilę nieruchomy i zdziwiony, ale nie widzę gwiazdek wirujących wokół głowy, więc chyba przeżył. Potem śniadanie, plecak na plecy i schodzimy.

Ostatni rzut oka na schronisko.

Nie śpieszymy się bardzo, w końcu to tylko godzina. Chcemy się jeszcze nacieszyć swoim towarzystwem. W Kuźnicach łapiemy busa i ostania niespodzianka zlotu – Kolibecka zamknięta – otwarcie o dwunastej. Tyle niestety nie możemy czekać. Pędzimy więc do centrum Zakopanego, gdzie się rozstajemy – ja z Piotrem idziemy do auta, reszta wbija się do regionalnej knajpki.

Tym razem nie wymigaliśmy się od kawy i siedzimy jeszcze chwilę w mieszkaniu Doroty, podziwiając Giewont za oknem, a potem jazda w drogę. Bez niespodzianek i na spokojnie docieramy na dwudziestą do domu.

A na letni coś się znowu wymyśli 🙂

Statystyki zlotowe:

28 stycznia

29 stycznia

30 stycznia

31 stycznia

I kroczki:

Dodaj komentarz