8 Zlot Letni 30 lipiec – 3 sierpień 2008

Kolejny wyjazd miał konkretny cel – Sławkowski Szczyt. Chcieliśmy w ten sposób uczcić pamięć Sławka R. – sławnego żeglarza i poety. Pozatem ta góra stała i kusiła tyle lat a zawsze jakoś była omijana w naszych planach.

Zbiórka jak zwykle miała miejsce w Tarnowie pod Teatralną. Pierwszą niespodzianką była kula Michała, którą się podpierał. Wszyscy podziwiali twardziela, który wybierał się na szczyty z takim sprzętem 🙂 Prześmiewca przyznał się jednak, że nas wkręcił 🙂 Najpierw foto przed teatrem (z kulą – a jakże) i w drogę. U Gejzy oczywiście wieczór integracyjny i wspominanie żółtego kogutka 🙂

Ranek powitał nas piękną pogodą i ekipa sprawnie zapakowała się w auta i równie szybko wylądowała na parkingu w Smokovcu. Lanovka wywiozła nas w parę minut do punktu startu czyli na Hrebienok. Szlak na Slavkowski jest niestety długi a przy tym pozbawiony schronisk, więc przygotowaliśmy się na większą wyrypę – ciuchy na wypadek deszczu, pasza i woda. I dobre humory 🙂 Pierwsze parę minut idzie się Magistralą, następnie szlak odbija w lesie ostro w górę. Po godzinie dotarliśmy na punkt widokowy, skąd pięknie widać całą Dolinę Staroleśną i dalej jej odnogę – Dolinę Małej Zimnej Wody z widocznym schroniskiem Zamkovskiego. Oczywiście sesja foto przy tabliczce objaśniającej nazwy okolicznych szczytów. Potem już tylko żmudne człapanie w górę – najpierw wśród kosówki, potem już tylko gołych skał, przerywane co jakiś czas robieniem zdjęć co ciekawszym obiektom na szlaku. Łącznie z siadaniem na wyhladach (chyba najbardziej podobało się to Amelii pozbawionej poczucia przepaścistości). Rysiek na szczęście nie przypłacił tego zawałem 😉

Góra w końcu puściła, ale z przygodami – żeby było weselej, ze szczytu zbiegliśmy przy akompaniamencie piorunów 🙂 To Sławek odezwał się z niebios z tej radości że go odwiedziliśmy. Niektórzy chcieli nawet „jeść ostatnie jabłko w życiu” 🙂 Deszcz towarzyszył nam w drodze aż na sam dół, burza krążyła wokół nas, pioruny waliły w okoliczne szczyty, ale ekipa zeszła bezpiecznie w całości.

Drugi dzień stał również pod znakiem burzy z piorunami, która zgoniła nas ze szlaku. Po długim odsypianiu poprzedniego dnia dość późno wyszliśmy w kierunku Zelenego Plesa. Na tyle późno, że miejsca parkingowe w Matliare były już pozajmowane i samochody zostawiliśmy w Jaworzynie Tatrzańskiej. Jakimiś tajemnymi skrótami, przez falujące trawami zbocza, pośród wiatrołomów, kwiatów, szumiących potoków dotarliśmy po ok. godzinie do właściwego szlaku. I w zasadzie na tym skończyła się wędrówka. Na Łomnicą zrobiło się ciemno, za chwilę zaczęło grzmieć, więc nastąpił odwrót. Zbiegliśmy do Drogi Wolności, dalej asfaltem do parkingu i w ulewie wpadliśmy na kwatarę u Gejzy. Atrakcją dnia było poszukiwanie zaginionych w akcji – zniknął nam Baca i Amelia – nie było z nimi żadnego kontaktu. Wrócili późnym wieczorem, opowiadając historię „alternatywnego zwiedzania gór”. Okazało się, że wjechali kolejką na Skalnate Pleso i tam utknęli, czekając na koniec burzy.

Po dwóch deszczowych dniach, trzeciego nastąpiła miła odmiana. Głodni sukcesów zdecydowaliśmy, że idziemy na Rysy.  Tym razem pogoda dopisała 🙂 Była to moja trzecia kolejna próba wyjścia – tym razem z sukcesem. Dwie poprzednie kończyły się we mgle pod samym szczytem, lub w okolicach schroniska z braku zapasu czasu. Warto było czekać, bo całej drodze na szczyt towarzyszyły przepiękne widoki, również z samego szczytu widoczność była doskonała 🙂 Nie muszę dodawać, że w takich warunkach na szczycie panował spory tłok i trzeba było uważać, by nie zostać Batmanem 😉

Na szczycie obowiązkowo sesja fotograficzno-pieczarkowa, potem zejście w dół. Zgarnęliśmy po drodze „obóz szczytowy”, który rozbił się ok 100m niżej – uskok przed ostatnim podejściem spowodował, że niektórym siadło psyche 😉 Ze źródeł dobrze poinformowanych wiem jednak, że miesiąc później zmierzyli się jeszcze raz z problemem i tym razem z sukcesem – szczyt został wzięty 🙂

Potem już tylko standardowy pakiet – powrót, pakowanie i jazda do domu.

 

Dodaj komentarz