W poszukiwaniu historii

Tą historię zacznę od cytatu.

11 września 1939 roku trzy samoloty z 53 Eskadry Obserwacyjnej przydzielonej do dyspozycji armii Modlin, w składzie dwa samoloty RWD-14 „Czapla” i jeden nieuzbrojony RWD-8 otrzymały polecenie przebazowania z lotniska Stara Wieś koło Węgrowa, do którego zbliżała się niemiecka kolumna pancerna, na lotnisko w Brześciu nad Bugiem. W trakcie przelotu polskie samoloty biorąc za charakterystyczny punkt orientacyjny tory linii kolejowej Warszawa – Brześć leciały wzdłuż nich.  Polscy piloci oczywiście nie mogli wiedzieć o tym, że niemieccy lotnicy również używają tej linii kolejowej jako punktu orientacyjnego. Tego dnia o godz.16.05 lecący niemiecki pilot hptm. Wolfgang Falck z 2/76ZG  na Messerschmitt Bf 110 C, około 8 km na południowy wschód od Białej Podlaskiej zauważył powolnego trzysilnikowego Fokera. Chociaż polska załoga również zauważyła niemieckiego dwusilnikowego myśliwca i usiłowała uciec lotem koszącym, to jednak Niemiec dogonił go i ostrzelał. Nieuzbrojony transportowy Fokker F-VII z 4. Eskadry Bombowej Lekkiej ze Lwowa pilotowany przez plut. Antoniego Krula usiłował lądować awaryjnie na zaoranym polu. Podczas tego lądowania samolot rozbił się, ale na szczęście załoga wyszła z tego bez szwanku. Pięć minut później gdy Wolfgang Falck już miał wracać na macierzyste lotnisko zauważył kolejny nieuzbrojony i powolny polski samolot RWD-8 na, którym lecieli p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol oraz por.obserwator Stanisław Hudowicz. W tym starciu załoga Polskiego RWD-8 nie miała najmniejszych szans. Messerschmitt Bf 110 hptm. Wolfganga Falcka z 2/76ZG  oddał zabójczą serie do RWD-8 który rozbił się w pobliżu torów kolejowych.Obaj piloci p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol i por.obserwator Stanisław Hudowicz zgineli [źródło: aloszak].

W miejsce to trafiłem pierwszy raz kilka lat temu, zwiedzając okolicę na rowerze. Oczywiście nie wiedząc o jego istnieniu ani nie znając powyższej historii.

Oczekiwanie na głębokie zaspy w tym roku raczej będzie bezskuteczne, więc na propozycję Galerników, by zorganizować zimowy marsz niezależnie od aury zareagowałem natychmiast i rzuciłem hasło: idziemy do lotników. Pomysł chwycił i tym sposobem w niedzielny poranek spotykamy się na dworcu PKP, by w ciągu 11 minut znaleźć się na stacji Sokule, gdzie zacznie się nasza przygoda. Przed nami około 15 kilometrów drogi powrotnej przez Puszczę Bialską do naszego miejsca zamieszkania.

Ze zdziwieniem odkrywam, że jest tu znakowany szlak turystyczny.

Nocny przymrozek skutecznie utwardził nam drogę, więc leśnymi szutrami idzie nam się całkiem dobrze.

Na początek odkrywamy tajemnicze, opuszczone siedlisko. Oczywiście nie wypada go nie spenetrować 🙂

Mimo snucia różnych śmiałych teorii nie udaje nam się ustalić jego przeznaczenia.

Ruszamy dalej. Przed nami ukryta w lesie wieś Sokule. Taka, gdzie zatrzymał się czas i prowadzą do niej jedynie polne drogi. Lubimy takie klimaty.

Wzdłuż drogi biegnącej przez wieś odkrywamy drogę krzyżową zbudowaną z brzozowych pni.

Są też inne ciekawe obiekty.

A na drodze witają nas spragnieni głaskania miejscowi.

Przy końcu wsi odkrywamy opuszczone domostwo. Z pewną nieśmiałością zaglądamy do środka. Nie ma tu życia, ale zostały ślady wiary. Pustka i tylko wiszące symbole robią na wszystkich ogromne wrażenie. Dom wygląda, jakby jego mieszkańcy wyszli dosłownie przed chwilą.

Jeszcze tylko stadion…

I znowu zmierzamy do lasu. Zima tęgo trzyma 😉

Tutejsze przydrożne kapliczki chronione są płotami z drutu…

Połowa trasy za nami, pora na leśny biwak. W ruch idą kanapki, gorąca herbata i inne dobra wyciągnięte z plecaków.

Mijamy dziwne przydrożne dzieła natury. I – niestety – całe połacie lasu, który zniknął. Jakkolwiek leśna autostrada, którą idziemy może cieszyć rowerzystów, to jej zbudowanie miało jeden zasadniczy cel – sprawny wywóz wyciętego lasu 🙁

Dochodzimy do kolejnej stacji i skręcamy w leśną przecinkę. Tu niedaleko będzie cel naszej wyprawy.

Na razie jednak robimy jeszcze jeden biwak.

Kilka minut i odkrywamy w leśnej głuszy to, czego szukaliśmy.

Od czasu jak tu byłem, troszkę wszystko zniszczało. Chyba wymyślę jakąś wyprawę odnawiającą 🙂 Na razie jednak sprawnie robimy porządki i za chwilę wszystko wygląda dużo lepiej.

Kilkaset metrów dalej jest druga mogiła. Tą łatwiej znaleźć, bo już z daleka widoczna jest czerwień flagi.

Chwilę rozmawiamy o historii i w drogę.

Marsz umilają nam popisy kaskaderskie leśnych mieszkańców 😉

Chwilę zastanawiam się czy nie było ich trzech…

Mijamy leśną kopalnię żwiru.

Kolejna wieś przed nami – Porosiuki. Jesteśmy już blisko miasta. Porywam jeszcze małą grupkę w leśną ścieżkę, aby przywitać się z drzewem, które chce na nas popatrzeć.

Popatrzyło, pomachało gałęzią na pożegnanie i możemy wracać. Przekraczamy tory i już jesteśmy we wsi.

Tu też straszą jakieś opuszczone budynki.

Idziemy…

Dopada nas cywilizacja.

Ten widok już znam, bo to moja rowerowa trasa. Komuś się chciało rozwlec wzdłuż leśnej drogi pół samochodu. Zgłaszałem to już do Urzędu Gminy, ale brak odzewu i reakcji. A może to taka lokalna atrakcja a ja się czepiam?

O, jest tu więcej atrakcji. Pomniki przyrody muszą mieć godne otoczenie.

Wychodzimy z lasu i już jesteśmy nad Krzną. Za nami 15 kilometrów, mnóstwo wrażeń i trochę zmęczenia.

Chwila na pożegnanie i każdy pędzi w swoją stronę. Do następnej wyprawy.

Dodaj komentarz